IndeksFAQSzukajRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Reunion

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Hawthorne

avatar

http://vampireknight.forumpl.net/t3422-hawthorne
Zarejestrował/a : 28/07/2017
Liczba postów : 13


PisanieTemat: Reunion   Pią Sie 04, 2017 11:38 pm

-Nie mogę w to uwierzyć, naprawdę trafiliśmy w odpowiednie miejsce? Wygląda jak sam cholerny koniec świata, pieprzony Vlad pewnie specjalnie mi go przydzielił.
Mimo swojej pozycji i znaczenia czuł się bezsilny wobec czegoś tak prostego jak warunki pogodowe. Śnieżyca nie dawała im spokoju, kto w ogóle wpadł na pomysł by całość akcji przeprowadzić w zimę? Jakby informatorzy nie mogli trochę przeczekać i jak znalazł na wiosnę dać wszystkie potrzebne informacje. Nadgorliwe padalce. Dotarcie do samego miasta w porównaniu z tym, co działo się teraz było jeszcze w miarę wygodne ale wszystko skończyło się w momencie, w którym sam Hawthorne i cała reszta eskapady musiała zacząć iść pieszo. Docenił teraz, trochę po fakcie, że w wspólnym gronie w samym jeszcze osiedlu pożywili się ciepłą, gęsta krwią a na dodatek otrzymał ni to kożuch, ni to płaszcz zrobiony z futra, w którym się po prostu zatopił. Trzymając wysoko kołnierz i chustę by chronić usta, drugą nieregularnie osłaniał oczy, i tak szedł w tę biel, pustą i przerażającą nicość. Jakby zaraz miał się w tym wszystkim zatopić, a jedynym co utrzymywało go w ryzach była złość wobec świata i nieświadomie czekający na nich nowy nabytek. Cel całej misji.
-Yhym.
Jego przyboczna przeżywała to jeszcze bardziej ukrywając się za plecami wampira, nawet nie marnowała sił na niepotrzebne słowa. I tak dobrze, że pomyślała zawczasu i do wyprawy dołączyła akurat dwójkę wampirów, którzy potrafili kontrolować lód. To właśnie ta para prowadziła całość wycieczki samymi myślami wykopując wygodną i twardą ścieżkę. Niestety wszechobecny padający, wręcz nacierający z nieba śnieg był dla nich przeszkodą nie do opanowania, i mimo narzekań Hawthorne postanowili poradzić sobie z tym w najlepszy i najprostszy sposób - czyli zagryźć zęby i jak najszybciej dojść na miejsce.
-Żeby zrezygnować z spokojnego rezydowania na wschodnim wybrzeżu dla tego czegoś.
-Ehem.
-Ale pozostaje mieć nadzieję, że nasz nowy krewny wynagrodzi to nam z nawiązką! Szczerze powiedziawszy Lily, w takim naszym małym sekrecie, to mimo wszystkich okoliczności jestem nadzwyczajnie podekscytowany i aż boję się, że trochę wyjdę z roli... a ten cały zakon, jakoś mu nie ufam. Ten Vlad wszędzie musi wściubiać swój nos, ale nie damy mu się, czyż nie moja droga?   
-Dziadku proszę, daj już temu spokój. Jak już mówiłam na morzu, specjalnie dotarłam do Peonari zawczasu by wybrać zaufanych i znanych nam wampirów, i do tego jeszcze towarzyszy nam amerykańska śmietanka. Naprawdę wszystkim się zajęłam, zaufaj mi!
-Dobrze, przepraszam, po prostu, ciężko mi tak nic nie robić, aż się zaczynam martwić.... wspominałem jak w starych czasach się wszystkim zajmowaliśmy? Wydawano roz... (...)
Dziewczyna westchnęła, poczekała te kilka dłuższych minut, bowiem te śpiewkę znała na pamięć. Wielkie wampiry, bezpośrednio związane z samą głową rodu chodziły na te swoje niebezpieczne misje, niczym jacyś podrzędni sługusi wykonywali wszystko co tylko im rozkazano. Posłusznie. Szybko. Bez słowa wątpliwości. Stare, wspaniałe czasy.... skoro takie były, to aż chciałaby się zapytać starego Asmodey czemu nadal tego nie praktykują? Chociaż pewnie tylko chwalił się pusto chcąc w jakiś sposób dać znać, że nie zawsze był tak bezużyteczny jak teraz. Kto go tam wie. Nie chcąc by zanadto się rozkręcił w aspekcie przeszłości, a co dopiero ją w to wciągnął, sama wampirzyca wykorzystała chwilę jego wytchnienia i szybko wtrąciła się z tym, co teraz powinno ich martwić.
-I też się cieszę, że poznamy nowego Asmodey. Jeszcze niespaczonego całą tą europejską wampirzą okrutnością i przesytem brutalnego świata.
I w tym momencie oczy Lily jakby błysnęły jakimś wewnętrznym żarem. Bo co by nie mówić, cała ta sytuacja, ich obecność właśnie w tym miejscu, w tym czasie, ostatecznie sprowadzała się do jej prywatnej wizji i głupiego życzenia. Gdy usłyszała, że nowo stworzony wydział rodu Asmodey okazał się strzałem w dziesiątkę i znalazł kilka zagubionych dusz, pełnych rodowej krwi, była cała w skowronkach. Zjednoczenie z brakującymi elementarnie! Znalezienie każdego jednego i przywrócenie ich do społeczeństwa w odpowiedniej formie. Sam Vlad szybko pomysł poparł. W końcu nikt nie powinien, a zwłaszcza inne wampirze rody, mieć żadnej kontroli nad członkami ich wysokiego rodu... historia zna przypadki wymuszonych pretendentów, nic nie wartych kukiełek i tym razem nie warto było ryzykować. A Palownik miał hopla na punkcie rodu i każda okazja była dobra, by wzmocnić jego pozycje. A jeżeli dzięki temu będzie miał jeszcze więcej wampirów z krwi własnej do dyspozycji, to cała ta akcja wydawała się niczym ze snu, zwłaszcza, że niektóre relacje były nad wyraz bliskie w ich pokrętnym drzewie genealogicznym. Co ciekawsze i dokładniejsze informacje do niej trafiły i nieokreślony bliżej wampir z dalekiej północy wyglądał jak jej marzenie. Stojący wysoko w rodowej hierarchii. Młody. Nie tknięty przez nikogo, nie poczuł nawet oddechu żadnego Asmodey na swoim karku. Nie został skażony i nie zostanie! A przynajmniej tak pobożnie sobie dziewczyna życzyła w głowie, wierząc głęboko, że chociaż jego uda się odratować od rodzinnego szaleństwa. I tak też Lily podsunęła pewnej starej wampirzycy, która znana była z ostrego i ciętego języka, pomysł że przecież sam Hawthorne dawien już dawno nie pojawił się na żadnym oficjalnym "zlocie" rodzinnym, nie wspominając o wykonywaniu jakichś większych zadań. Czy nadal można mu ufać? Czy nadal jest częścią familii? Czy Ameryka nie zrobiła z niego jakiegoś następnego, niebezpiecznego wampirzego lorda, który będzie chciał zburzyć cały porządek? Luźno rzucone myśli zrobiły swoje i w taki to sposób sprowokowany Vlad wymusił na Hawthorne jego europejską obecność. Lily wiedziała, że za nic w świecie ten nie wróci do domu, i tak jak miało się stać, wszystko skończyło się jego akceptacją misji pozyskania a następnie postawienia do pionu tego nieznanego jeszcze za bardzo, ale pełnego drakulskiej krwi wampira - do którego w bólach zmierzali.

~~

Nie minęło wcale tak dużo czasu, a byli na miejscu. W kompletnej głuszy. Cała ich szósta stała na progu terenów, które już można było nazwać lokalnym podwórkiem. Nie wyróżniały się od ziemi niczyjej niczym a niczym, a ilość śniegu i zasp w obu miejscach była ta sama, ale choć wzrokiem tego nie dało się zauważyć, zmiana była wyczuwalna. A zwłaszcza dla samego starego Hawthorne, którego przeszły ciarki od góry do dołu. Nastroszył się, stanął pewniej, jakby gotowy do walki czy jakichś nieoczekiwanych akcji. Sama Lily nic takiego nie czuła przez co stan podwyższonego ryzyka jej dziadka tylko ją speszył i poddenerwował. Skróciła dystans między nimi jeszcze bardziej i pociągnęła go za poły ubrania. Nie chciała żadnych opóźnień, a przecież samą willę mieli przed sobą, raptem kilkanaście metrów. Czas po to sięgnąć a nie stać jak głupki!
-Ten piękny zapach! Rozpoznam go wszędzie. Wprawdzie są to zaledwie male drobne strzępy... ale co poradzić, taka pogoda... och moja biedna, Ty i też kiedyś tego doświadczysz, a na razie korzystaj z słodkiej nieświadomości. No to zaczynamy!
Poklepał dziewczynę po głowie i dał reszcie wampirów znak. Dwójka lodowych szybko pozbyła się większości śniegu przed nimi, robiąc twardy, prosty i czysty plac, po którym można się było bez problemów poruszać, a wtedy wkroczył trzeci, który potrafił panować nad pogodą. Piękny dar, ale równie złudny, co potężny. Nie dość, że zakres działania pozostawiał wiele do życzenia, to gdy ten manipulował naturalnym porządkiem tego świata, był całkowicie wyłączony z gry - bezbronny i odkryty. Niemniej, na obecną chwilę było to jak znalazł i już po kilku pełnych zdenerwowania minut opad ustąpił i można się było trochę rozluźnić. Zrobiło się aż nazbyt wygodnie? Może słońca nie było, i miało się wrażenie jakby zawierucha ciągle koło nich szalała... to była jakby gdzieś dalej. Czwórka podrzędnych wampirów schowała się w okolicy, niespecjalnie chcąc manifestować swoją obecność, ale na tyle blisko, że byli gotowi raz dwa przybiec swojemu panu na pomoc. Sam Hawthorne niezbyt się poczuwał i po kilku odkaszlnięciach wysłał przodem dziewczynę, i chociaż można to nazwać perfidnym tchórzostwem, to wiekowe odruchy procedur i nakazów były tak głębokie w jego krwi, że nawet nie pomyślałby w ten sposób. Tak się po prostu robi i tyle. Gdy Lily była przy drzwiach, ten stanął za nią w odległości kilku metrów. Pewnie i prosto wpatrując się z skupieniem przed siebie, czekając na palcach na gospodarzy. Jeszcze zawczasu rozluźnił trochę swoje szaty, zdjął chustę, rozpiął co się dało, by dać dobre pierwsze wrażenie i w żaden sposób nie ukrywać twarzy czy postury. Nawet uśmiechnął się lekko, aczkolwiek w miarę pozytywnie. Nie mógł się już doczekać! Tyle niewiadomych... i w takim to właśnie stanie wszystko się zaczęło. Lily zrobiła jeszcze jeden pewny krok do przodu i zaczęła walić pięścią w drzwi by przywołać domowników.
Powrót do góry Go down
 
Reunion
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Vampire Knight :: Informacje :: Kącik Graczy :: RETROSPEKCJE-
Skocz do: