IndeksSzukajRejestracjaZaloguj

Share
 

 Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3=

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2
AutorWiadomość
Manuela
Manuela
Manuela
Manuela

http://vampireknight.forumpl.net/t4162-manuela#91509 http://vampireknight.forumpl.net/t4173-manuela http://vampireknight.forumpl.net/t4161-manuela
Zarejestrował/a : 28/06/2019
Liczba postów : 127


Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 Empty
PisanieTemat: Re: Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3=   Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 EmptyPon Sie 12, 2019 11:23 pm

Dała mu się ciągnąć bez słowa. Pustym wzrokiem jeszcze tylko patrzyła za resztkami, które pozostały po małym, drobnym ciałku jej brata, oraz za Szawłem i Jakubem, którzy zostali odeskortowani przez nazistów. Dokąd?
Nie wiedziała. Jeszcze nie. Dopiero kiedyś, gdy w uda im się znowu spotkać, może zobaczy, przez jakie tortury musieli przejść – i to najpewniej z jej powodu.
Zaczęła obwiniać się w myślach, że coś zrobiła nie tak. Że to wszystko jej wina. Że gdyby nie ta przeklęta butelka, za którą wtedy z rozpaczy złapała, aby uchronić się przed gwałtem, być może Joachim by żył. Szaweł i Kuba zostaliby w barakach, a ona…
Ona by tylko posłużyła za zabawkę Niemca – i tyle.
Czy oprócz tego jeszcze postąpiła źle? Czy powiedziała coś niewłaściwego wobec Fergala? Czy fakt, że mu się opierała, aż tak go wkurzył?
To nie tak, że przestała go teraz obwiniać i nienawidzić – niczego nie pragnęła w życiu tak jak tego, aby dał wreszcie spokój jej rodzinie i poszedł do diabła. Ale to, co zrobił jej, braciom, ukochanemu i Esterce, powoli wypaczało jej psychikę tak, że Manuela była nawet skora uwierzyć, że to wszystko jej wina.
Coś jej mówiło, że Szaweł i Jakub nie zginą. Nie bez niej w pobliżu – Rekin będzie chciał, aby to widziała, Manuela to czuła. W końcu mówił, że ją całkowicie zniszczy.
Dlatego postanowiła, że choćby nie wiadomo, co jej robił, będzie teraz całkowicie posłuszna. Byleby jakkolwiek złagodzić tę karę, którą jej właśnie wymierzał za uderzenie butelką – bo kobieta była pewna, że bracia i Jakub cierpieli właśnie przez to.
Domyśliła się w połowie drogi, co znowu z nią zrobi, ale ani trochę się nie opierała. Szła grzecznie tuż obok niego, przełykając łzy, które jeszcze spływały jej po policzkach, i próbując opanować płacz.
Boże, co ona powie Esterce, gdy uda jej się ją zobaczyć? Jak jej wyjaśni, że… Joachim… tak samo jak Zachi…
Zerknęła na niego mokrymi oczami, gdy wspomniał o mamie.
Z matką? Teraz?
Teraz, gdy kolejne z jej dzieci zostało pożarte i rozszarpane na kawałki?...
Teraz, gdy to na niej, na Manueli, spocznie ciężar przekazania tej wiadomości?...
Przełknęła nerwowo ślinę. Nie wierzyła Fergalowi, że z dobroci serca postanowił pozwolić im się spotkać. Co jeśli matulę też chciał zabić na jej oczach?
Szła z coraz większym strachem, przez budynek, który już znała, i przez pokój, w którym prawie ją wykorzystał, ale nie zatrzymywała się i hardo stawiała kroki w milczeniu. Kiedy minęli naprawione biurko, przepchnął ją przez kolejne drzwi.
Od razu rzuciło jej się w oczy ogromne łóżko. Przełknęła ślinę, zaciskając nerwowo dłonie.
Obiecała sobie, że teraz będzie posłuszna – dla dobra rodziny. Musiała.
Dlatego nic nie powiedziała, kiedy zdarł z niej przemoczone od śniegu ubranie i stanęła przed nim naga, wychudzona i drżąca. Trzęsła się z zimna, bo choć w środku było ciepło, to jednak zimny, wilgotny pasiak zrobił swoje.
Objęła się chudymi rękami, zasłaniając piersi i kawałek brzucha, po czym spojrzała Fergala z przerażeniem. Miała nawet pytać, co powinna zrobić, ale Niemiec akurat ściągał koszulę. Zaczęła modlić się w duchu ze strachu, gdy zobaczyła jego umięśnione, pięknie wyrzeźbione ciało – pewnie ważył przynajmniej dwa razy tyle co ona.
Mógłby ją spokojnie zgnieść, zabić nawet jedną ręką czy wziąć ją bez specjalnego wysiłku. Manuela pamiętała też o jego nieludzkiej, zwierzęcej naturze.
Boże, dlaczego wyżywał się akurat na niej, słabej, niedożywionej, która nie była w stanie choćby go od siebie odepchnąć? Czy aż taką przyjemność sprawiała mu świadomość, że miał nad nią pełną władzę, że może jej boleśnie uświadomić hierarchię w obozie?
Bez ostrzeżenia dostała w brzuch, mimo że nic nie zrobiła. Jęknęła, zakrztusiła się i skuliła, a zaraz po tym rzucił ją na łóżko. Instynktownie przyjęła pozycję embrionalną, aby chronić zranione miejsce na ciele, ale Fergal to wykorzystał – doskoczył do niej, a zaraz po tym boleśnie wbił zębiska w ramię.
Spoiler:
 
Ale Fergal jak zwykle pozostał bezlitosny – i już po chwili matka była świadkiem, jak jej najstarsza córka była brutalnie brana przez jednego z najgorszych niemieckich katów. Manuela zawyła cicho i odwróciła głowę tak, aby matka przynajmniej nie widziała cierpienia na jej twarzy.
Mama!... – krzyknęła jedynie, a zaraz po tym spróbowała unieść własną dłoń spod uścisku Fergala, aby zagryźć swoje palce.
Nie chciała, aby matka słyszała jej płacz.
Kiedy w końcu Rekin z nią skończył i zostawił nagą oraz poranioną, mama od razu do niej doskoczyła i wzięła w ramiona. Manuela wtuliła twarz w jej piersi, ledwo ruszając całym ciałem, i zaczęła płakać.
Z jednej strony chciała być silna, chciała jej pokazać, że jest dorosła, że jest w stanie przez to wszystko przejść, że mama nie musi się martwić, ale z drugiej…
Z drugiej strony to jej miłości, pokrzepienia i ochrony najbardziej potrzebowała – jej oraz reszty rodziny. Dlatego gdy poczuła dobrze jej znany matczyny zapach i usłyszała, jak próbuje ją pocieszać przez własne łzy, puściły jej wszelkie hamulce i zaczęła po prostu ryczeć. Nie zwracała uwagi na to, gdzie poszedł Fergal – musiała wykorzystać każdą chwilę przy matce.
Nic mi, mamo, nic… – mówiła cicho w jidysz, którego Fergal nie rozumiał. Podniosła odrobinę głowę i otarła łzy. – O czym ty mówisz, mamo? Nie, nie mogą! – zaprotestowała cichym krzykiem. – On ich zabije, wszystkich, i ciebie też, i Esterkę, i… – Przełknęła ślinę. Nie potrafiła mamie powiedzieć o Joachimku. – To się nie uda, on na to nie pozwoli – mówiła jak w transie, przerażonym tonem, wpatrując się szeroko otwartymi oczami w matkę.
Jaki bunt? O czym ona mówi? Przecież Fergal ich wszystkich za to zatłucze, Manuela o tym wiedziała! Musieli być… posłuszni…
Matka pogładziła ją po policzku, sama łkając. Patrzyła tylko na twarz córki – nie była w stanie spojrzeć na jej poranione miejsce pomiędzy udami.
Cii, dziecko, nie myśl teraz o tym, nie myśl. Pomyśl o Esterce. Widziałam się z nią, wiesz? Pozwolili mi. – Do jej oczu znowu napłynęły łzy. – Jest taka biedna… chorowita… och, Boże, Maniu, powiedzieli, że dadzą jej leki, jeśli tu przyjdę, ale ja… ja nie wiedziałam, że… że ten potwór ci to…
I teraz to starsza zaczęła płakać, wtulając się we włosy umęczonej córki.
Tymczasem niemiecki lekarz stanął przy drzwiach, aby lepiej słyszeć kobiety. Nie spuszczał jednak oczu z Fergala.
Żydówki mówiły w swoim świńskim języku, ale nie wiedziały jednego – że doktor znał jidysz. Dlatego teraz cierpliwie wyłapywał pojedyncze słowa. Najpierw jednak wrócił jeszcze do tematu zdrowia Fergala – martwił się o Niemca. W końcu był dobrym, pracowitym nazistą.
Powinieneś też uważać, kiedy bierzesz sobie Żydówki. Są brudne. Tamta ma w dodatku zachowała włosy. Była w burdelu? Wiesz, ilu ją przed tobą miało? Nie lepiej, żebyś brał za każdym razem jakąś ze świeżej dostawy? – Zerknął w stronę tulących się Żydówek i wyraźnie się krzywił. Obrzydliwe. – Jeśli chcesz, to rzucimy ją dalej innym chłopakom, a tobie załatwię nową. Albo nowe. Ile tylko będziesz chciał. Zresztą nie wiem, czy rozumiesz, ale… – zniżył głos, uśmiechając się szyderczo – ta stara wspomniała coś o buncie w męskim bloku. Napieprzała o tym cały czas wcześniej w tej swojej żałosnej mowie, myśląc, że nie rozumiem. Jeśli chcesz, mogę wydusić z niej teraz resztę informacji albo możemy… poczekać na rozwój wydarzeń i zobaczyć, co te dwie zrobią i do kogo nas zaprowadzą. Pomyśl, jak Beleth cię wynagrodzi, jeśli zdusisz bunt w samym zarodku, Fergal, i zabijesz wszystkich nieposłusznych. Chcesz udawać, że nie wiemy, o czym mówią?

_________________


Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 Julia-11


Japoński: #993300
Rosyjski: #cc0033
Polski: #009900
Jidysz XD: #0033cc


Bracia Schlecht SZLETH.
Jak ja ich, kurwa, nienawidzę.

Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 12310
Miłość Ferga i Mańki w trzech aktach.
Powrót do góry Go down
Fergal
Prefekt
Prefekt
Fergal

http://vampireknight.forumpl.net/t1888-fergal#40176 http://vampireknight.forumpl.net/t3750-fergal http://vampireknight.forumpl.net/t3672-fergal#79795 http://vampireknight.forumpl.net/t3641-fergal#79025
Zarejestrował/a : 25/06/2015
Liczba postów : 780


Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 Empty
PisanieTemat: Re: Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3=   Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 EmptySob Sie 17, 2019 11:11 pm

Już nie chodziło o samo wydarzenie z udziałem butelki. Rekin już na samym początku ujrzenia jej; tego jak walczy i jak próbuje przeciwstawić się mu, postanowił ją złamać. Ale do takiego stopnia, że ze chce samodzielnie odebrać sobie życie. Miała mieć na sumieniu życie swojej rodziny, ale też i innych ludzi których Fergal zamierzał krzywdzić. Ile Manuela będzie w stanie jeszcze znieść? A może karmi tylko potrzebę wykonania zemsty?
Cóż, Niemiec nie zamierzał przerywać swoich działań. Ani teraz, ani w przyszłości. Chociaż nie wiedział, że dalsza przyszłość jednak się zmieni...
Nie w interesie wampira wyjaśnienia. Dla niego bachory były posiłkiem i przede wszystkim kolejnymi kartami wykorzystywanymi do gry. Już teraz widział w kobiecie totalne załamanie, słyszał jej płacz podczas całego gwałtu. Niemiec nie zamierzał dawać jej przyjemności, poza tym nawet tego nie umiał. Dla niego seks ma być dziki, karmiący zwierzęce pożądanie. Nic poza tym. A ta młoda żydówka tylko się o tym przekonała i niech dziękuje swojemu Bogu, że jednak nie zabił. A mógł.
Aż dziwnie. Nie protestowała? Czyżby zaczynała się godzić z bycia tym, kim się stawała? Albo już była? Niemiec niemniej nie przerywał aktu zbędną gadaniną, tylko pomrukiwał albo głośniej dyszał. W takich chwilach Rekin nie myśli; jest jak zwierzak. Skupiony na jednej, naturalnej czynności. Gorzej jednaj, gdy do pomieszczenia weszła osoba trzeba. Jak widać Fergalowi to nie przeszkadzało, gorzej z Manuelą. Nie dość, że okradziona z godności, to jeszcze ktoś śmiał na nią spojrzeć. I już nie chodziło o lekarza, ale o samą jej matkę.
Widok dla starszej kobiety był traumatyczny. Nie dość, że zamordowano jej dzieci, to jeszcze musiała znosić widok ich katuszy. Ukochana córeczka - gwałcona przez potwora, który miał za nic w świecie jej towarzystwo. Musiał skończyć. Dojść. Ogarnąć się aż wreszcie zejść. Tym samym dał chwilę kobietom, bo przecież tej suce obiecał.

Podczas rozmowy Manueli z jej matką, Rekin siedział z drugim lekarzem - nazistą. Zmrużył ślepia, zerkając na jego postać. No tak, Manuele mogli mieć inni. Była w burdelu. Na pewno ktoś ją dotykał.
- To trzeba ją wyparzyć we wrzątku. Wtedy będzie czysta. I użyć więcej środków chemicznych!
Warknie w złości, uderzając ręką o blat biurka. Lekarz aż podskoczył. Poprawił nerwowo okulary.
- Jak sobie chcesz.
Dorzuci. Lepiej jest więc zmienić temat. Bunt wśród żołnierzy? Niemiec aż z uwagą spojrzał na lekarza, oczekując na dalsze słowa.
- Poczekajmy. Ale i tak trzeba się przygotować na wszelki atak. Jestem gotowy ich rozszarpać, rozumiesz? Stać się bestią i porozrywać ich na drobne szczątki.
Ileż złości włożył w słowa. Bunty w obozie? Też coś. Fergal już nie dopuści do starć, przecież te społeczne larwy mają gnić, a nie walczyć o swoje. Wstał z fotela, rozmasował ramiona, dochodząc do wniosku że już płetwy dawno znikły.
- Wyniesiesz tą starą prukwę. Już wystarczająco napatrzyła się na córkę i wiesz co?
Przerwie aby podejść do człowieka, który odruchowo się cofnął.
- Każ jej sprzątnąć resztki po tym bachorze. Wiesz... Którego zjadłem.
Zmarszczy brwi, patrząc na lekarza. Ten zaś się uśmiechnie, skinie głową i wejdzie do pokoju sypialnianego. Wyciągnie matkę siłą, odrywając ją z ramion Manueli. Oczywiście nie obeszło się bez uderzenia starszej kobiety - tak dla zasady.
Fergal zaś sam pozostał z Manuelą. Przyjrzał się jej, ale przez moment nic nie mówił. Dopiero po czasie miała nakazane zmienić pościel. Wskazał gdzie jest, a była ona w szafie. Sam natomiast spoczął w fotelu w saloniku. Ewidentnie był już zmęczony dniem, a rano też przecież jest dzień. I to nie byle jaki. Ale apel selekcyjny wśród kobiet. Do czego będą miały być wybierane? Do badań? Do pracy?
- Dzisiaj śpisz ze mną.
Postanowił. Kiedy żydówka wykona swoje polecenie, wampir zaś pchnie ją na łóżko. Biedna, naga i zgwałcona miała leżeć pod ciężkim ramieniem  Niemca. Chyba lepiej tak, niż spać na zimnej koi. Prawda?

Kolejny dzień. Nieważne ile Manuela spędziła godzin w pokoju Rekina. Miała się nie ruszać. Dopiero kiedy wampir się wybudził, mogła rozprostować kości. Ale tym razem nie obeszło się bez pognania jej; kilka kopniaków w poranione ciało. Wygnanie z pokoju, jakby co najmniej wyrządziła mu wielką krzywdę.
- Won do baraków!
Warknie, trzaskając za nią drzwiami. Byłoby nawet dobrze, gdyby nie to, że Sojka nie miała na sobie ubrania. Musiała wracać zupełnie nagusieńka. A ile komentarzy wyszło pod jej adresem? Mnóstwo. Wychłodzenie, wygłodzenie, umęczenie. Niebawem kobieta padnie z wycieńczenia, a Schlecht chyba nie do końca zdawał sobie z tego sprawę. Dla niego ta dziwka miała przetrwać wszystko, póki on nie zdecyduje kiedy ma zdechnąć.
W drodze oczywiście musiała wpaść na inne więżniarki. Szykowały się właśne one na poranny apel. Stojące kobiety były w szoku, widząc nagą Manuelę. A czy matka była w pobliżu? Owszem była. Ona jako jedyna podeszła do swojej córki, oddając swój marny koc.
- Później postaram się załatwić ci świeże ubranie. Wytrzymaj, słońce.
Starała się nie panikować, nie płakać. Ale było widać, że przeszła wiele; wczoraj widziała gwałt na córce, a potem kazano sprzątać jej resztki po synku. Ileż ona łez wylała tej nocy, to nawet nie jest w stanie sobie wyobrazić.
Lecz z drugiej strony czy mogło być jeszcze gorzej? Dla Manueli owszem. Dla reszty także, wszak nie wiadomo czego Niemcy od nich teraz oczekiwano. Póki na drewnianym niskim podejście nie pojawiła się ciemnowłosa Niemka w mundurze. Brzydka, lekko pulchna i zimne spojrzenie. Typowa esesmanka.
- Wy brudne parszywe suki! Doszły mnie słuchy, że niektóre z was obijają się podczas pracy! Albo przechadzają się nagie!
Zaczęła mówić, krążąc po podeście i uderzając pejczem o cholewkę oficerskiego buta.
- Ty tam! Podejdź tutaj!
Zatrzymała się nagle aby wskazać na Manuele. Naprawdę myślała, że nie została zauważona? Matka dziewczyny aż zamarła, ściskając ją mocno za ramię. Co teraz? Przecież nie mogą teraz polec, nie kiedy lada dzień miała odbyć się próba walki o wolność.

_________________
mowa japońska || mowa niemiecka || mowa polska

Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 DhL3upP

卐Laurka卐
THEME||VOICE
Powrót do góry Go down
Manuela
Manuela
Manuela
Manuela

http://vampireknight.forumpl.net/t4162-manuela#91509 http://vampireknight.forumpl.net/t4173-manuela http://vampireknight.forumpl.net/t4161-manuela
Zarejestrował/a : 28/06/2019
Liczba postów : 127


Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 Empty
PisanieTemat: Re: Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3=   Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 EmptyNie Sie 18, 2019 11:40 pm

Manuela bała się tego, co Fergal planował, pozwalając jej spotkać się z matką. Nie wierzyła, że zrobił to ot, tak z siebie, tylko dlatego, że ciągle mówiła o rodzinie i że obiecał jej spotkanie, jeśli będzie grzeczna.
Była grzeczna jak mało kto, kiedy ją miał, ale i tak – to nie w jego stylu. Nie zezwoliłby im na widzenie tylko dlatego, że chciała, że o to błagała. Przecież była Żydówką. Zwykłym śmieciem, rzeczą, która służyła wyłącznie do zaspokojenia jego żądz.
O co więc chodziło? Jaki miał w tym cel?
Manuela nie wyraziła głośno swoich obaw, nie w momencie, gdy wreszcie miała przy sobie mamę. Całą i zdrową. Co prawda wychudzoną, wymęczoną, ogoloną na łyso i udręczoną psychicznie… ale jednak – żywą.
Cieszyła się tym momentem, jednocześnie płacząc i wyrzucając z siebie cały ten ból, jaki zdążyła nazbierać w ciągu dwóch tygodni.
Mamo – powiedziała w końcu cicho, gdy głowa matuli spoczywała na jej piersi i drżała od płaczu. – Mamo… musisz coś wiedzieć. Joachimek, on…
Przełknęła ślinę, gładząc rodzicielkę po skórze na karku i głowie, a następnie nachyliła się nad jej uchem. I wyszeptała to – kolejną druzgocącą wieść, kolejną wiadomość o śmierci jej malutkiej pociechy, kolejny gwóźdź do trumny.
Gdyby wiedziała, że Rekin właśnie w pokoju obok rozkazał zaciągnąć ją do sprzątania zwłok po własnym synu, pewnie nie powiedziałaby jej tego. Może matula by się nie domyśliła, może nie wiedziałaby, że krwisty śnieg, który przekłada spracowanymi dłońmi, został nasączony cierpieniem jej malutkiego skarbu.
W jednym momencie matula zawyła z bólu niczym zwierzę, a w drzwiach pojawił się sadystyczny doktor. Miał kompletnie gdzieś rozpacz starszej kobiety. Szarpnął ją za ubrania, a gdy ta próbowała go odepchnąć, przyłożył jej z pięści w twarz oraz pierś. Manuela chciała zareagować, ale zobaczyła, że w tyle, w drzwiach za nimi, stał Fergal – zamarła więc w miejscu z uniesioną ręką.
Byleby nie wkurzyć go jeszcze bardziej.
Cierpiętniczym wzrokiem odprawiła wierzgającą i płaczącą mamę, a sama przełykała jeszcze łzy. W końcu została w pokoju sama z Fergalem. Spojrzała na niego ze strachem, kuląc się na łóżku z bólu. Znowu czuła, jak krew spływała z jej szyi, ramienia i poranionej kobiecości.
O jakim buncie mama mówiła? Co planowali więźniowie? Czy to zasługa Szawła i Jakuba?...
Posłusznie zaczęła wykonywać polecenie kata, bez szemrania. Każdy krok sprawiał jej jednak niewyobrażalny ból. Gdy jeszcze musiała kucać lub się schylać, nie mogła opanować nowych łez i cichych syków.
Musiała ich jakoś powstrzymać, spotkać któregokolwiek, przekazać mu, żeby… absolutnie nie próbował… nie, póki Fergal jest w pobliżu…
Mimo że zdziwiła ją decyzja Rekina, posłusznie skuliła się na łóżku i pozostała nieruchoma, gdy objął ją ramieniem i przysunął do swojego ciała. Drżała ze strachu, czy nie skrzywdzi jej ponownie w nocy, ale jednak całą przespał – nawet Manueli udawało się co jakiś czas zdrzemnąć, chociaż szybko wybudzała się ponownie, bo psychika nie pozwalała na odpoczynek.
Ale czy będzie w ogóle mogła odszukać brata lub narzeczonego, skoro obaj zostali zabrani nie wiadomo dokąd?...

Rano musiała czekać, aż Fergal się obudzi. Z jednej strony było jej wygodnie – mimo że pozostała naga i poraniona, to miękkie, przyjemne łóżko koiło jej ciało, a bliskość Niemca (choćby nie wiadomo jak Manuela nie chciała tego przyznać) ją grzała. Z drugiej jednak…
To był przecież jej gwałciciel, morderca połowy jej rodziny, kat, który zniszczył jej życie. Już nie chodziło nawet o to, że nie mogła przez całą noc się poruszyć – w barakach była przyzwyczajona do tego, że więźniowie tulili się do swoich ciał, aby chociaż odrobinę się ogrzać – ale… o sam fakt, kim był ten, który obejmował ją przez całą noc.
Nawet z Jakubem nigdy nie spędziła tyle czasu w takiej bliskości.
Gdy w końcu ją wygonił, poczuła nawet ulgę. Sęk w tym, że szybko to uczucie zastąpiło coś innego – niewyobrażalny chłód.
Manuela nie tylko była obolała i cała we własnej zaschniętej krwi, ale i przeraźliwie głodna. Fergal całkowicie ją osłabił, a nie dostała po wszystkim żadnego posiłku czy szklanki wody – przez to nawet śnieg wokół zaczął wyglądać kusząco. A kiedy do tego wszystkiego doszło zimno…
Szła boso przez obóz, trzęsąc się i łkając pod nosem, ledwo stawiała krok za krokiem. Więźniowie, owszem, zwracali na nią uwagę, ale nikt nie podszedł. Nawet jeśli współczuli – po jej włosach widzieli, że była obozową dziwką.
A skoro ktoś pozwolił obozowej i zakrwawionej dziwce wałęsać się bez ubrania, to znaczyło, że któremuś strażnikowi zaszła za skórę. Pomoc jej mogłaby nawet oznaczać wyrok śmierci.
Dokuśtykała się do jednego z kobiecych baraków, ale już ledwo widziała na oczy. W momencie gdy miała upaść na śnieg, ktoś ją podtrzymał. Manueli już całkiem rozmazywała się rzeczywistość, więc rozpoznała dopiero głos.
Mama… – wychrypiała, opierając się całym ciężarem o wątłe ciało rodzicielki.
Cienki, ale ciepły koc był dla niej zbawieniem, jednak nie poprawił jej sytuacji. Młoda Sojka czuła się fatalnie i wyglądała pewnie jeszcze gorzej – nie była w stanie skupić na niczym wzroku, płytko oddychała, cała drżała, a jej rany za nic w świecie nie chciały się wygoić. Wszystkie kobiety wokół widziały też ślady po gwałcie – ale żadna oprócz matki nie podeszła. Nie przed apelem.
Matula, pomimo własnego wymęczenia po nieprzespanej i przepłakanej nocy, podjęła się opieki nad córką i zaprowadziła ją na apel. Musiała praktycznie nieść Manuelę, bo ta potykała się o własne, poranione i kościste stopy.
Podczas apelu starała się stanąć jak najdalej od przebrzydłej Niemki, nadal drżącymi dłońmi dźwigając wpółżywe ciało córki. Czuła, jak Manuela co chwilę odpływała i traciła świadomość, ale mimo że bolały ją wszystkie kości, twardo stała w miejscu. Musiała się poświęcić dla Mani.
Nietrudno jednak było esesmance wypatrzyć tulącą się do siebie dwójkę. Niemka z wściekłości zazgrzytała zębami i wbiła wzrok w Sojki. Jak te kurwy śmiały się tak zachować w jej obecności! I jeszcze jedna dziwka była naga!
Natychmiast kazała podejść do siebie Manueli. Ta jednak nawet tego nie słyszała – była osłabiona na tyle, że nie docierało do niej nic, co działo się wokół. Wczepiała się tylko w ciało matki, które dawało jej ciepło.
Ona… ona jest chora… Błagam, nie da rady… Niech pani pozwoli odesłać ją do szpitala… – zaczęła matka drżącym tonem, tuląc do siebie córkę.
Na esesmankę podziałało to jak płachta na byka.
JAKA, KURWA, CHORA! JAK ŚMIESZ W OGÓLE OTWIERAĆ GĘBĘ, TY ŻYDOWSKI ŚMIECIU! Ma natychmiast tu podejść albo obie pójdziecie na rozstrzelanie! NO KAŻ TEJ MAŁEJ SZMACIE SIĘ RUSZYĆ, CZY WY WSZYSTKIE JESTEŚCIE GŁUCHE, DARMOZJADY?!
I z wściekłości aż odbezpieczyła broń i wycelowała nią w kobiety. Dyszała, pełna złości, ale nawet nie próbowała się opanować. Musiała nauczyć tych dziwek posłuszeństwa.
Manuela w końcu jakoś zajarzyła, o co chodzi. Spojrzała na matkę błędnym, rozbieganym wzrokiem, delikatnie się odsuwając.
Pójdę. To moja wina – szepnęła, mimo że rodzicielka nie wiedziała, o co chodzi. – Daj mi.
Wydostała się spod uścisku matki i zaczęła iść w stronę esesmanki, ale po trzech krokach upadła na kolana, a następnie całkiem położyła się na śniegu. Było jej tak cholernie zimno, a wszystkie rany pulsowały takim bólem, że jakikolwiek dodatkowy ruch byłby dla niej niemożliwy.
Matka załkała i chciała do niej doskoczyć, ale Niemka była szybsza – schowała broń, dopadła Manuelę i natychmiast zasadziła jej kilka mocnych kopniaków.
Była kobietą, więc doskonale wiedziała, gdzie celować: w otwarte rany, w piersi, w podbrzusze i w zakrwawione części intymne.
Ty żydowska – mówiła, kopiąc ją jeszcze raz, a następnie łapiąc za włosy i ostro podnosząc – kurwo! Jak śmiesz – zaczęła szamotać jej głową, wbijając paznokcie w twarz, a drugą ręką wykręciła jej pogryzione ramię – mi się sprzeciwiać! Pożałujesz tego, szmato!
I ścisnęła jej kościsty nadgarstek, a następnie jeszcze uderzyła ją z otwartej dłoni w twarz.
Pozostałe więźniarki, choć współczuły Manueli – w końcu dobrze wiedziały, jak musiała cierpieć przez gwałt – nie ruszyły się ani o milimetr. Taka była obozowa rzeczywistość: jeśli chciały przeżyć, musiały pozostać niewzruszone na płacz i ból współtowarzyszy.
Jedynie matka wyrwała się, aby pomóc córce. Ale Niemka ponownie wyjęła pistolet i wystrzeliła – na oślep, przez co nie trafiła w kobietę, jednak ostrzeżenie było jasne.
BIERZ TĘ STARĄ DO NAJCIĘŻSZYCH ROBÓT, JAKIE TYLKO ZNAJDZIESZ! A WIECZOREM NIECH IDZIE DO BLOKU MEDYCZNEGO! U doktora Schulza! Nie ma prawa do posiłku ani do przerwy! Niech sprząta rzygi i flaki po tych chwastach! A jak tylko na moment posadzi gdzieś swoje dupsko, to od razu ma dostać kulkę w łeb! – wywrzeszczała do innej strażniczki, wskazując na matkę Manueli.
Niemka posłusznie wykonała rozkaz i zaczęła ciągnąć starą za sobą. Tymczasem esesmanka powróciła groźnym wzrokiem do Manueli. Miała gdzieś inne więźniarki – chwilowo chciała wyżyć się na tej małej dziwce, która w jej oczach korzystała ze swojej (nawet jeśli obecnie wyniszczonej) urody i właziła porządnym Niemcom do łóżek. Och, jak ona nienawidziła tych pierdolonych żydowskich szmat! Powinny zdechnąć co do jednej sztuki!
Przywaliła jej jeszcze z kolby pistoletu w głowę, a następnie odpięła pas, który przeplatał jej grubą talię. Ustawiła go tak, aby uderzać sprzączką.
Z całą siłą i satysfakcją w oczach zaczęła bić Manuelę po udach, lędźwiach i pośladkach, powodując nowe rany. Sojka na początku jeszcze pojękiwała z bólu i drgała pod wpływem uderzeń, ale szybko zemdlała – jej ciało nie było w stanie tego wytrzymać.
A Niemka? Niemka absolutnie nie miała zamiaru przestać jej lać – zabawa dopiero się zaczynała!

Matka Manueli została na cały dzień wysłana na roboty – musiała przerzucać gruz i wozić go taczkami, niemal bez chwili odpoczynku. Została też pozbawiona prawa do posiłku, więc głód zżerał ją od środka.
Pod koniec dnia ledwo już widziała na oczy, a psychicznie – przez to, jak rozkazano jej sprzątać zwłoki po Joachimku – była już na samym dnie. Musiała jednak to wszystko przetrwać dla Mani.
Musiała wiedzieć, czy Bóg nie odebrał jej kolejnego dziecka.
Dlatego po robotach jakoś zebrała w sobie siły i udała się do bloku z eksperymentami lub – jak wolała go nazywać gruba Niemka – do bloku medycznego doktora Schulza. Chociaż z leczeniem niewiele miał on wspólnego.
Wszyscy więźniowie znali tego lekarza, a matka miała okazję rozmawiać z nim już od paru dni – to on obiecał jej załatwić lek dla małej Esterki. I to on przyprowadził ją do biednej, gwałconej Mani.
To on też podsłuchiwał wszystkie jej rozmowy w jidysz z innymi więźniami, nie dając po sobie poznać, że je rozumie. Ale o tym kobieta jeszcze nie wiedziała.
W bloku z eksperymentami natychmiast postawiono ją przed Schulzem. Ten uśmiechnął się do niej – niby dobrotliwie, choć Żydówka wiedziała, że to był szatański uśmiech.
Ach, Sojka… Znowu problemy, tak? Powiedziano mi, o co chodzi. Będziesz mieć dzisiaj sporo do roboty, parę spraw wymknęło nam się spod kontroli… – zamlaskał z udawanym niezadowoleniem, wskazując głową w stronę dużego pomieszczenia. Kobieta już stąd czuła odór krwi, wymiocin i fekaliów.
Przełknęła ślinę i zapytała cicho:
A czy… moja córka… najmłodsza… czy Esterka…
Leży i wypoczywa. Koniec dyskusji. Chociaż raz okazalibyście wdzięczność – warknął nieprzyjemnie. Mała, faktycznie, została nakarmiona lekami, ale Schulz nie miał zamiaru się na ten temat rozwodzić. Na matulę czekało coś o wiele, wiele lepszego! Wstał i gwizdnął na pielęgniarza: – Przyprowadź dzisiejszy obiekt! Numer C54! Tego zimnego chłopaczka!
Na koniec się zaśmiał, z satysfakcją szczerząc zęby. Poprawił swoje okulary.
Do pomieszczenia przyprowadzono Jakuba – chudego jak szkapa, bladego niczym kartka papieru, potwornie się trzęsącego… i bez lewej ręki.
Zamiast niej wystawał brzydki, byle jak zabandażowany kikut.
Sojka krzyknęła cicho. Jej najdroższy, przyszły zięć!... Tak okaleczony!
C54 – Schulz miał własną numerację swoich eksperymentów i nie zwracał uwagi na wytatuowane numery – co ja ci powiedziałem? Miałeś. Pilnować. Swojej. Ręki – wycedził przez zęby Niemiec, patrząc z wyczekiwaniem na Jakuba.
Ten pokornie opuścił głowę, wycofał się do pomieszczenia, po czym powrócił z zawiniątkiem – swoją odmrożoną, lewą ręką, którą teraz trzymał w prawej dłoni.
Z ludzkiego mięsa, pod wpływem ciepła, skapywał już rozpuszczony śnieg. Niemiec z aprobatą kiwnął głową i już myślał o tym, aby zostawić tę dwójkę samą i podsłuchać, co tam zaczną znowu spiskować, a w międzyczasie sprowadzić tego trzeciego, zarażonego niedawno tyfusem syna starej, który chyba miał przewodzić buntem… ale wpadł na pomysł.
Zeżryj to – powiedział spokojnie do starej, wskazując na obleśną, odciętą rękę Jakuba – z pewnością jesteś głodna. Podobno nie jadłaś cały dzień. Daję ci więc szansę. Możesz zjeść jej tyle, ile tylko zechcesz. Dam ci nawet wody! – powiedział wesoło, zacierając ręce.
Rozkazał Jakubowi podejść i położyć rękę na stół. Niech ze sobą porozmawiają później – na razie lekarz był ciekawy, jak organizm starej zareaguje na ludzkie mięso. I to w miarę świeże!
To co? Smacznego?

_________________


Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 Julia-11


Japoński: #993300
Rosyjski: #cc0033
Polski: #009900
Jidysz XD: #0033cc


Bracia Schlecht SZLETH.
Jak ja ich, kurwa, nienawidzę.

Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 12310
Miłość Ferga i Mańki w trzech aktach.
Powrót do góry Go down
Fergal
Prefekt
Prefekt
Fergal

http://vampireknight.forumpl.net/t1888-fergal#40176 http://vampireknight.forumpl.net/t3750-fergal http://vampireknight.forumpl.net/t3672-fergal#79795 http://vampireknight.forumpl.net/t3641-fergal#79025
Zarejestrował/a : 25/06/2015
Liczba postów : 780


Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 Empty
PisanieTemat: Re: Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3=   Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 EmptyNie Sie 25, 2019 3:59 pm

Podczas gdy Manuela znosiła potworne katusze podczas apelu, Rekin w przeciwieństwie do niej relaksował się po "upojnej" nocy. Kiedy kobieta została wygnana z wampirzych kwater, powoli się ogarnął. Począwszy od obmycia się i ubrania. Przerażające było to, że Niemiec potrafił spojrzeć na swoją twarz w odbiciu, że w ślepiach nie widniała chociaż maleńka iskierka współczucia. Kierował się czystą nienawiścią, bezkarnością i przede wszystkim ambicją w byciu najlepszym. To Beleth miał go chwalić za wykonywanie sumiennie wymierzonych mu zadań. Uczucia Manueli się nie liczyły. Była tylko marnym żydem na której wampir chciał się wybić. Ale co prócz tego jest jeszcze straszne? Że w dalszej przyszłości Niemiec zrozumie swoje postępowanie, lecz już wtedy będzie za późno. Pozostanie mu tylko ucieczka.
Po opuszczeniu budynku, skierował się na pierwsze dzisiejsze zadanie. Nadzorowanie grup zamieszkujące baraki przeznaczone dla dzieci. Kilkoro z nich miało wyjść i skierować się w stronę ostatniego w ich życiu przystanku, a chodziło tutaj o krematorium. Aż oblizał się z podniecenia swoją misją i w szybkim kroku udał się do celu. Już stały w rządku po dwie osoby. Trzymały się za rączki, nieświadome tego co miało się stać. Większość z nich zachowała swoje ubranka, miały włosy i ich wiek nie przekraczał dwunastu lat. Te najstarsze miały zawsze za zadanie zajmować się młodszymi, mimo że same były osłabione, a nawet i wykorzystywane. Między innymi wśród istot do zabicia znajdowała się Esterka. Fergal rozpoznał ją od razu. Czyżby jej pobyt w punkcie medycznym został zakończony? Na to wychodzi, skoro od razu skierowano ją na pewną śmierć.
Dziewczynka również zauważyła kata jej siostry oraz reszty rodziny, z całych swoich dziecięcych sił starała się nie rozpłakać. Stojąca obok niej ruda dziewczynka, ścisnęła mocniej jej rączkę w geście dodania otuchy.
- Obiecali nam lepsze miejsce. Nie będziesz już wtedy na niego patrzeć.
Szepnęła do smutnej koleżanki, a ta tylko pokiwała głową. Obydwie nie wiedziały, że ich chwile są ostatnie. Ruszyły w drogę. Niemiec szedł blisko, uderzając co chwila długim, skórzanym pejczem po głowach dzieciaków.
- Szybciej! Nie obijać się!
Krzyczał na maluchy, a kiedy przez pośpiech jeden z nich upadł; mały chłopiec o łysej głowie, Fergal od razu do niego podszedł. Szarpnął za wychudzoną rękę, stawiając od razu do pionu. Otrzymał dodatkowo kilka batów po plecach i po głowie. Niektóre dzieci nie mogły patrzeć na rekiniego oprawcę, wszak widziały go po raz pierwszy i raczej już nie chodziło o zachowanie brutala, ale samą jego potworna aparycję.
Jakiś strażnik krzyknął do grupki, żeby szła i nie ociągała się. Dzieciaki uspokoiły, się a wampir wreszcie zaprzestał bicia. Obserwował jedynie maszerującą dzieciarnię. Ale czemu ciążyła mu Esterka? Jeśli teraz zginie, niektóre zaplanowane akcje stracą sens. Dlatego Schlecht zabrał ją z grupy, tłumacząc że sam się nią zajmie. Nie było protestów, wszak i tak miała zginąć. Biedna, mała schorowana Ester. Oszukana przez lekarzy, że jej pomogą. A teraz? Miała umrzeć, lecz nim do tego dojdzie... Fergal znowu wdrąży w życie kolejny koszmarny pomysł.

Nie tylko dziewczynka została oszukana, także jej schorowana matka. Kobieta już powoli odchodziła od zmysłów i tylko troska o dzieci przytrzymywała ją przy życiu, bo gdyby było inaczej, gdyby je utraciła... Z całą pewnością samowolnie wbiegłaby w druty pod napięciem. A najgorsze jeszcze miało nadejść. Wygłodzona kobieta stała i czekała na wykonanie powierzonego jej zadania. Zamarła widząc narzeczonego jej słodkiej Manueli. Tylko czy on... On właśnie nie miał ręki? Prawie upadła, gdyby nie to, że oparła się o stojące obok krzesło. Nie dowierzała własnym oczom. Zaczęła się trząść, sam Jakub wyglądał na nieobecnego.
- Jakubie...
Załkała, nie mogąc wycisnąć z siebie żadnej łzy. Mężczyzna pokiwał głową, zrobił co miał zrobić i stał. Stał, słuchając zwyrodniałego rozkazu wyrzuconego z plugawych ust doktora.
- Zeżryj to? Zeżryj? Ja... ja nie mogę.
Aż ślina utkwiła w jej gardle, gdyby miała czym zwymiotować, już dawno by do tego doszło. Lekarz zaś się uśmiechnął, wskazując oderwaną rękę.
- Śmiało. Jest jeszcze świeża!
Zaśmieje się głośno. Kobieta potarła dłońmi twarz, jęknęła głośno. Nadal nie podejmowała się zadania, ale wygłodzony mózg podpowiadał potworne rzeczy. Podeszła ostrożnie, wyciągnęła rękę lecz za chwilę ją wycofała. Schulz od razu spoważniał, a jego gęste brwi ściągnęły się w grymasie niezadowolenia. Palcem wskazał na ledwo co żyjącego Jakuba.
- Rozkażę odciąć kolejne kończyny i to rozgrzana piłą. Masz jeść, drugiej takiej okazji nie będzie.
Powie dość spokojnie, chociaż mimika wskazywała że tracił już na cierpliwości. Kobieta chwyciła więc za kończynę, przystawiając pod nos. Zapach skóry, sam jej dotyk. Udławiła się parę razy, ale czując na sobie spojrzenie lekarza i jeszcze dodatkowo do salki weszła jakaś niemiecka pielęgniarka, otworzyła usta. Wgryzła się twarde jak guma skórę i pociągnęła za nią, odrywając. Z ludzkimi zębami szło gorzej, musiała się naszarpać. Co jednak było straszne? Że kolejne kęsy przychodziły jej szybko. Nieważne, że z ręki nie dało się zbyt wiele wyjeść, wszak była ona wychudzona, to jednak żołądek pokornie przyjmował otrzymaną "żywność". Niestety w pewnym momencie zaczęło kobiecie być niedobrze, odstawiła rękę na stolik, po czym upadła na kolana. Lekarz wybuchł śmiechem, uderzając otwartą dłonią o kolano. Niemiecka lekarka opuściła salkę, nie mogąc patrzeć na całe upiorne przedstawienie. A biedny Jakub? Ściskał kurczowo kikuta, czując ogromną bezsilność.
- Dobra. Zabrać ich stąd. Masz wracać do pracy, a ty C54 wyparz swoją ranę we wrzątku. Trzeba zabić bakterie.
A przy okazji znowu cię podręczyć. Ale tych słów już nie dopowiedział.

Pobita Manuela wylądowała w swoim baraku. Przykryta jedynie kocem, który otrzymała od matki, mogła liczyć na cud. Czy w ogóle żyła? Czy miała ochotę żyć? Przecież nie tak dawno przeżyła horror, została znowu zgwałcona, pobita za rzekome kuszenie. W czym ona zawiniła? Kobiety które również przebywały w baraku, spoglądały na umęczoną Sojkę. Jedna z nich nawet okryła ją swoim kocem, a druga obdarowała w nieco za dużego pasiaka.
- Niedługo mają rozdać zupę i chleb. Postaram się przemycić dla ciebie więcej... Manuelo.
Pochylająca się nad nią kobieta i która delikatnie głaskała jej włosy, okazała się dobrą przyjaciółką pobitej. Magdalena. Jasne włosy, nieco pulchna bo była w ciąży. Nie trafiła do bloku z innymi ciężarnymi, bo już nie było miejsca. Ciężkie życie kobiety przy nadziei, a patrząc na jej już dość spory brzuch musiała być już w siódmym miesiącu. Kto wie? Może już urodzi? Co jakiś czas wszystko w dole ją bolało, dostawała krótkich skurczy. Ale jeszcze żyła w nadziei, że nim urodzi, zostaną ocaleni.
- Hej słyszałyście? W bloku medycznym zmuszono człowieka do zjedzenia ludzkiego mięsa!
Odezwał się nagle głos należący do młodej kobiety. Siedziała ona na koi, przytulając do siebie zgięte, chude kolana. Skąd wiedziała? Wiadomo. Pielęgniarki lubiły rozpowiadać, niektórzy pacjenci rozumieli niemiecki, a później gdy przychodzili inni więźniowie dowiadywali się makabrycznych rzeczy.
- Jakaś starsza kobieta... Strasznie wychudzona, załamana. Kazano jej zjeść rękę.
Dodała, patrząc na Manuelę i jej przyjaciółkę. Nie miała pojęcia o kogo dokładnie chodziło, imion nie zdradzono. Magda pokręciła głową, niespecjalnie starając się tego słuchać.
- Słyszysz? Ludzie tutaj tracą na zmysłach. Mam nadzieję, że kiedy urodzę to wszystko się skończy i wychowam moje dziecko już w bezpiecznym miejscu.
Uśmiechnęła się smutnie, pochylając się nad ciałem Sojki. Słyszała lub nie, nieważne. Musiała mówić, by samej się całkowicie nie załamać.
Wielka szkoda jednak, że cały ten dłuższy czas kuracji i dochodzenia do siebie, musiał zostać przerwany. Niemiec. On znowu się pojawił. Zaczął wykrzykiwać numer przypisany do Sojki, nakazując opuszczenie baraku. Magda otworzyła szerzej oczy i wstała powoli, chcąc wyjrzeć przez zabrudzone, niewielkie okienko. Zdołała dostrzec tą ciemną sylwetkę w mundurze. Doskonale wiedziały kto to jest.
- Nie każ mi wołać psy, które cię stamtąd wyciągną! Wyłaź, leniwa kurwo!
Znowu złowrogi Rekin darł się, by wreszcie ruszyć się w stronę baraku. Kobiety wpadły w małe poruszenie; kuliły się w kojach, niektóre odruchowo zabierały się za szczotki, zamiatając podłogi pomieszczenia. A Magda? Siedziała przy Manueli, patrząc wrogo na Schlechta.
- Ona jest pobita, potrzebuje odpoczynku. Nawet nie wiem czy cię słyszy.
Odważyła się postawić, postawić wrednemu wampirowi który w akcie złości, warknął zwierzęco i wymierzył jej cios w policzek z otwartej dłoni. Przez pazury pozostawił na jej skórze krwawe ślady. Ciężarna upadła na podłogę, łapiąc się za piekące miejsce uderzenia.
Dopiero po chwili Fergal wreszcie coś powiedział.
- Ty też tłusta krowo pójdziesz ze mną. Nie będę sam targać tych zmierzłych zwłok.
Skrzywi się, a następnie uda w stronę wyjścia. Tym razem przyjaciółka Sojki chwyciła ją pod ramiona i wytargała poza barak. Gdzie mieli się udać? Do krematorium.
- Wrzuć ją na taczkę.
Rozkaże, a Magda oczywiście samodzielnie miała przerzucić ciało Manueli do ciężkiej taczki. Czy wampir jej pomógł? Nie. Kobieta sama miała ją pchać w stronę przerażającej budowli. Zaniemówiła ze strachu widząc dwa, potężne kominy skierowane ku ciemnemu niebu. Wychodzący z nich dym sugerował już, że piec był aktywny cały czas.
Kto czekał w krematorium? Oczywiście rozgrzany, wielki piec z którego buchał ogień. Obok stała mała Esterka, korzystała ona z chwili i wyciągnęła ręce w stronę ciepła. Coś było nie tak, wszak ta mała dziewuszka uśmiechała się. Jakby nigdy nic się nie stało. Nie przerażało ją wielkie, ciemne pomieszczenie ani widok Fergala czy też Magdy z jej siostrą.
- Och, przyprowadziłeś je! Tak jak obiecałeś! Dziękuję wujku.
Dziewczyna jeszcze bardziej uśmiechnęła się a jej promienność była tak nienaturalna, że aż niepokojąca. Ester odeszła od pieca, aby podejść do przybyłych. Jej chude rączki rozłożyły się, aby objąć w pasie Schlechta.
Co się własnie u licha tutaj działo?
- Ocuć ją.
Warknie wampir, odsuwając w tym czasie od siebie dziewczynkę. Ta zrobiła grymas niezadowolenia, ale wykonała posłusznie polecenie. Zimna woda z wiadra wylądowała na Manueli. Ciężarnej natomiast kazał położyć się na żelaznym stole, a jeszcze wcześniej rozebrać się do naga. Magda opierała się, jednak widok czerwonych ślepi potwora od razu przywołał ją do porządku. Wykonała swój rozkaz; leżała goła na stole, kuląc nogi i kurczowo zasłaniając obnażone piersi.

_________________
mowa japońska || mowa niemiecka || mowa polska

Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 DhL3upP

卐Laurka卐
THEME||VOICE
Powrót do góry Go down
Manuela
Manuela
Manuela
Manuela

http://vampireknight.forumpl.net/t4162-manuela#91509 http://vampireknight.forumpl.net/t4173-manuela http://vampireknight.forumpl.net/t4161-manuela
Zarejestrował/a : 28/06/2019
Liczba postów : 127


Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 Empty
PisanieTemat: Re: Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3=   Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 EmptySro Sie 28, 2019 11:35 pm

Jakub siedział skulony na brudnej, szpitalnej koi, drżąc z zimna i próbując objąć ciało swoją prawą, wychudzoną ręką. Rana po odmarzniętej lewej goiła się fatalnie, ale chyba nie wdało się zakażenie – przynajmniej tak mężczyzna oceniał swój stan.
Niegdyś chciał zostać lekarzem i nawet przygotowywał się do uczelni medycznej, ale wojna i Holocaust wszystko przerwały. Marzenia pozostały więc marzeniami, ale choć pozbawiono go wolności i godności, jego wiedza pozostała. Dlatego teraz, podczas pobytu u doktora Schulza, starał się cicho dawać jakieś porady innym chorym, aby przynajmniej nielicznych uchronić od pogorszenia się ran i chorób.
Siebie samego jednak nie mógł już wyleczyć – na całe życie pozostanie bez ręki. Jak w takim stanie pokaże się swojej Mani? W jaki sposób będzie mógł ją ochronić, gdy już ten cały koszmar się skończy?
Ukrył twarz w pozostałą dłoń i prawie zaczął rozpaczać, ale usłyszał kroki i zaraz po tym cichy szept w jidysz:
Kuba!... Kuba, wiedziałem, że nadal tu jesteś!
Szaweł – odpowiedział zaskoczony Jakub, zerkając na przyjaciela. Ucieszył się, widząc go żywego – w dodatku ze wszystkimi kończynami. – Co się z tobą działo? Co ci robili?
Od momentu, gdy zostali zaciągnięci do eksperymentów, gdy mały Joachimek wydał ostatnie tchnienie i gdy Jakub widział po raz ostatni swoją Manię w łapskach tego Rekina, minęło ledwo parę dni. Narzeczony Sojki od razu po zameldowaniu się w szpitalu został wystawiony na mróz, z ręką otoczoną śniegiem i lodem. Parę godzin wystarczyło, aby stał się pierwszym ulubionym obiektem doktora Schulza z nowej dostawy.
Ciągle miał w głowie obraz mamy Manueli, przeżuwającej ludzkie mięso i wgryzającej się w jego zimną, odciętą rękę. Nie miał pojęcia, co stało się dalej z kobietą. Tak samo nie wiedział, gdzie oddelegowali Szawła, gdy ich rozdzielili.
Dziwiło go też, że od czasu odcięcia ręki nikt nie przeprowadził na nim dalszego zabiegu. Ot, zostawiono go w spokoju, najwyżej obserwując ranę i boleśnie czymś polewając. Ale nadal pozwalano mu tu zostać, nie odsyłając go do robót. Nie miał pojęcia dlaczego.
Słuchaj. – Szaweł usiadł obok niego, rozglądając się ukradkiem. Była akurat pora, podczas której lekarze i pielęgniarki mieli przerwę i najwyżej leniwie przechadzali się obok. O dziwo, co Jakub zdążył zauważyć, pozwalano mu od czasu do czasu rozmawiać z innymi obiektami. – Mamy plan… z chłopakami. Pamiętasz… wtedy, gdy nas zabrali… Mania… Obok niej był ten…
Szaweł umilkł, zaciskając mocno szczękę. Jakub był wdzięczny, że jego przyjaciel nie dokończył zdania. Myśl o tym, co ten zwyrodniały Niemiec najpewniej robił jego słodkiej narzeczonej, była nie do zniesienia. I choć Jakub za wszelką cenę starał się nie wyobrażać sobie tego, do czego zmuszano Manię, to jednak obraz tamtej dwójki stojącej na placu, kiedy jego odprowadzali już do bloku medycznego, skutecznie powracał.
Nawet on, jej ukochany, nigdy nie widział jej nagiej. Nigdy jej nie dotknął w nieodpowiedni sposób. Byli cierpliwi, cieszyli się swoją miłością, chcieli poczekać… Ale wojna im na to nie pozwoliła.
Jakimi chłopakami? – burknął, zerkając na Szawła. Wyglądał na zdrowego. Czy przeprowadzono na nim jakikolwiek eksperyment? – Co się z tobą działo? Robili ci co?
Szaweł w milczeniu patrzył przed siebie, aż w końcu słabo się uśmiechnął.
Wiem, że pewnie myślisz, że trafiłem lepiej – zerknął na jego rękę, a raczej jej brak – Ale uwierz mi, wcale tak nie jest. Zarazili mnie tyfusem. Rozdrapali skórę – wyciągnął ręce, pokazując niewielkie blizny – i potraktowali robactwem. Nie wiem jakim, nie znam się. Schulz powiedział, że to tyfus. Że sprawdzają odporność. Że mam czekać. Że mogę chodzić po tym budynku, rozmawiać z więźniami i ich dotykać, bo… chcą się upewnić. Jeszcze po mnie nie widać, ale… już zaczynam się gorzej czuć. Chłopaki gorączkują.
Wszy – skonkludował Jakub – one przenoszą tyfus. Ale… jesteś pewny… przecież to… – Jakub nie potrafił dokończyć. Dobrze wiedział, że w obecnej sytuacji taka choroba oznaczałaby pewną śmierć.
Szaweł też, mimo że nie znał się na medycynie.
Widziałem wielu innych. Tych, co chorują już od dłuższego czasu. – Wziął głęboki wdech. – Nikt ich nie leczy, Kuba. Umierają w męczarniach, są pełni plam. Opada im szczęka, nie są w stanie mówić. Mnie też to czeka. Mnie i… chłopaków. Łącznie ze mną w jednym momencie zarażono czterech. Wszyscy wiemy, co to dla nas oznacza. Kuba, ja… ja na pewno dołączę do… taty, Natana, Zachiego… Joachimka… – Przy ostatnim imieniu załamał mu się głos, ale twardo kontynuował: - Dlatego… my mówiliśmy z chłopakami… Że my nie chcemy umierać w ten sposób. Nie, kiedy na zewnątrz mama i dziewczyny… I nie tylko one… Chłopaki też mają rodziny tu…
Jakub spuścił głowę. Jego rodzina już dawno nie żyła. Pozostała mu tylko Mania, Szaweł i ich matka z siostrą.
Skoro i tak zdechniemy, to chcemy coś zrobić przed śmiercią. Zbuntować się. – Szaweł zniżył ton, przysuwając się. Mimo że mówił w jidysz, w pobliżu przechadzał się Schulz. Niby sprawdzał tętna innych pacjentów i miał gdzieś Jakuba z Szawłem, ale jednak… chłopak nie czuł się pewnie. – Chcemy im pokazać, że coś jeszcze znaczymy. Dopaść tych najgorszych katów, zarżnąć ich. Żeby… chociaż trochę ulżyć innym… – Wziął głęboki wdech, po czym oznajmił grobowym tonem: - Chcemy zacząć od niego. Od Schlechta. Chłopaki mówią, że to on napuścił… psy… na Joachimka. Że nieraz widzieli, gdy katował innych więźniów. Kuba, on… tuż po tym, gdy przyjechaliśmy do obozu… on wziął Manię i chyba…
Dobrze wiem, co jej robił – przerwał mu chłodno Kuba. – Szaweł, ale… to się nie uda, nawet jeśli jakimś cudem się stąd wydostaniecie, nawet jeśli jakimś cudem dotrzecie do jego kwatery… Nie macie z nim szans. To potwór!...
Szaweł uśmiechnął się półgębkiem.
Wiem, gdzie mieszka. Mam pamiątkę. – Wskazał na ranę na głowie. – Kuba, my wiemy, żeśmy słabi. Ale my… pomyśleliśmy… Że jak go wszyscy przytrzymamy, to chociaż trochę go zranimy i… I go zarazimy tym cholerstwem, co my mamy.
Co? Jak? – powtórzył zszokowany Kuba. Więc nie chodziło o atak siłowy? Pomyśleli o czymś innym?
Żaden z nich nie zdawał sobie sprawy z wampirzej natury Fergala, przez którą ten plan nie wypaliłby tak czy siak.
Normalnie. Tutaj nie ma na to lekarstw. Zorientowaliśmy się. Nikt nigdy nie planował nas leczyć. Oni… sprawdzają, jakie są etapy przed śmiercią. Sprawdzają, jak reagujemy. Zanim cokolwiek sprowadzą… może być już po nim. W najgorszym wypadku, gdyby przeżył, przecież go odeślą i… Mania będzie wolna. Przynajmniej od niego.
Nie zarazicie go własną krwią. Potrzebujecie wszy. Tyfusem nie da się zarazić od innego człowieka.
Szaweł wzruszył ramionami. Nie był tak dobrze zorientowany w nauce jak Jakub. Ale miał bystry umysł – a przynajmniej tak sądził.
Wiem, gdzie trzymają gabloty z tymi brudnymi szczurami. One są pełne robaków, są brudne. My… moglibyśmy je wykraść, przecież… nam i tak już wszystko jedno. Możemy dotykać.
Kuba milczał przez moment, zszokowany tym nagłym planem. Tak, parę dni temu wymienił z Szawłem spojrzenie, które miały być obietnicą zemsty, ale… ale teraz, kiedy pozbawiono go ręki… Jak miał z nimi iść i się buntować?
Już chciał wyrazić swoje obawy, ale Szaweł jakby czytał w jego myślach:
Idziemy sami, Kuba. To samobójstwo. Wiemy o tym. On nas najpewniej rozszarpie na strzępy. Chcę, żebyś chociaż ty przeżył, dla mamy i dziewczynek. Zresztą nie obraź się, ale… mało byś się nam przydał – spojrzał wymownie na jego rękę – jednak potrzebujemy cię inaczej.
Jak? Ja… niewiele mogę…
Kiedy dam ci znać, musisz w nocy odwrócić uwagę wszystkich lekarzy i pielęgniarek. Zwołać ich w jedno miejsce. Zatrzymać. Pozwolić nam wejść do sali z próbkami i … stąd wybiec. Nie wiem, jak to zrobisz. Może kogoś namówisz. Po prostu… Zrób coś, aby wszyscy zajęli się tobą, nie nami – poprosił cicho Szaweł, patrząc na niego błagalnie. – Tyfus szybko zabija, mamy najwyżej parę dni, póki całkiem nie opadniemy z sił. Musimy działać, Kuba. Powiedz, że jesteś z nami.
Narzeczony Manueli milczał przez chwilę, obserwując bladą czuprynę Schulza, który ze spokojem spisywał jakieś wyniki i stał na drugim końcu sali.
Przypomniał sobie ponownie widok starszej Sojki, którą ten szarlatan zmusił do zjedzenia ludzkiej ręki, krzyki umierającego Joachimka i widok udręczonej Mani obok Rekina. Zacisnął więc prawą pięść i skinął powoli głową.
Czas na bunt.

Manueli nie pozwolono iść do lekarza, ale też nie wyciągano jej z baraku po tym, gdy sadystyczna Niemka brutalnie ją skatowała, niemal na śmierć. Sojka przez długi czas była nieprzytomna, a jeśli już się ocknęła, to nie rozumiała, co się działo – rozglądała się zawsze tylko mglistym wzrokiem za mamą, ale kiedy jej nie dostrzegała, znowu zapadała w sen.
Troszczyła się o nią Magda – inna Żydówka, którą poznała dopiero w obozie, ale natychmiast złapały nić sympatii. Obie były dość łagodne, rodzinne i pełne nadziei, że kiedyś uda im się stąd wyjść – a przynajmniej Magda nadal trwała w tym przekonaniu. Bo Manuela coraz bardziej wątpiła.
Teraz nie chciała już bardziej rozwścieczać Fergala, aby nie krzywdził jej rodziny. Na własnym życiu zależało jej coraz mniej. Pragnęła, żeby ten cały ból się skończył i żeby mama, Esterka, Kuba i Szaweł przeżyli.
Tylko tyle. A może aż tyle?
Madzia jakimś cudem, pomimo ciąży, którą wyśmiewali wszyscy Niemcy, przynosiła jej maleńkie porcje jedzenia i pomogła z innymi dziewczynami załatwić jej jakieś ubranie. Prowizorycznie, przy pomocy szmat, opatrzyła jej rany, aby przynajmniej się nie jątrzyły.
Manuela była jej za to wdzięczna, ale i tak wiedziała, że jeśli szybko nie dostanie profesjonalnej pomocy, umrze z powodu zakażenia. Jakub jej kiedyś o tym opowiadał.
Och, gdyby tylko w pobliżu była ta lekarka, która kiedyś przetoczyła jej wampirzą krew!...
Teraz, na wpół przytomna, patrzyła na dobrą Magdę, która starała się ulżyć w jej cierpieniu. Manuela nie miała sił, aby dużo mówić, ale chętnie słuchała przyjaciółki – jej słowa odwodziły ją od myśli o rodzinie.
Usłyszała, jak inna więźniarka opowiada o kanibalistycznym akcie jakiejś kobiety, i aż uniosła przez to słabo głowę.
O czym ona mówi? Jaka ręka? – wychrypiała słabo, ale Magda się skrzywiła i pokręciła głową.
Nie miała zamiaru dołować przyjaciółki czymś takim. Lepiej tego nie słuchać. Żadna z nich nie wiedziała jeszcze o eksperymencie na Jakubie, więc nie mogły podejrzewać, że chodziło o jego rękę.
I o matkę Manueli.
Sama Sojka zakryła twarz kocem, gdy usłyszała o dziecku Magdy. Nie potrafiła się z nią cieszyć. Dobrze wiedziała, jak maluch skończy – czeka go to samo co Zachiego i Joachimka. Niech Magda lepiej się modli, żeby nie widziała śmierci szkraba, bo…
Pokręciła głową, nic nie mówiąc. Sama również nie chciała martwić koleżanki i uświadamiać jej, że żydowskie dziecko urodzone przez żydowską kobietę w obozie nie miało prawa do życia.
Manuela zresztą czuła ból na samą myśl, że najpewniej nigdy nie doczekają się z Jakubem własnego szkraba, bo przynajmniej jedno z nich nie przeżyje obozu.
Ale gorsza była jeszcze inna perspektywa – że któryś z gwałtów Fergala doprowadzi do jej ciąży z Rekinem.
Tego Sojka nie mogłaby znieść i chyba targnęłaby się na własne życie.
Nie wiedziała wtedy, że wampir nie jest w stanie zapłodnić ludzkiej kobiety, dlatego nie mogła przestać się tym zadręczać. Zresztą jak na złość – usłyszała w oddali jego wściekły głos.
Jak na rozkaz poderwała umęczone ciało, ale nie dała rady bardziej się ruszyć. Spojrzała z błaganiem na Magdę, jednak ta nie mogła nic zrobić – obie musiały dostosować się do rozkazu wściekłego Rekina, który po chwili wparował do baraku. Protest ciężarnej skutkował tylko tak, że obie musiały opuścić budynek. Manuela bała się tego, co Rekin znowu może planować – dotychczas sądziła, że przynajmniej Magda jest bezpieczna.
Najwyraźniej miał zamiar zniszczyć wszystkich, którzy byli jej chociaż w minimalnym stopniu bliscy.
Skuliła się umęczona na taczkach, ledwo w nich siadając, i błędnym wzrokiem patrzyła w stronę, w którą szli.
Krematorium.
Zacisnęła zbielałe kostki na własnym ubraniu. To już? Dzisiaj? Ją i Magdę?... Tylko je dwie, bez tłumów, bez świadków?... Co będzie z rodziną?
Gdy wreszcie dotarli do środka i Manuela zobaczyła, kto czekał w środku, pisnęła z bólu. Do oczu naszły jej łzy.
Tylko nie Esterka! Nie ona! Chyba nie chciał… spalić małej teraz, na jej oczach…
Esti! – wyrzęziła ledwo, po polsku, aby nie zdenerwować Niemca. Wyciągnęła słabo dłoń w stronę siostry. – Chodź do mnie, malutka.
Ale Esti, choć się uśmiechała, nie podeszła. Zamiast tego stała obok Rekina, z uradowanym spojrzeniem i iskierkami w oczach.
Wyglądała tak kwitnąco, zdrowo. Jakby odżywiona, szczęśliwa, jakby niczego nie pamiętała…
A zaraz po tym jeszcze z własnej woli przytuliła się do Fergala. Manuela zamarła, przez co Rekin pewnie pomyślał, że znowu odpłynęła.
Co?
Co tu się działo?
O co chodziło? Dlaczego on… i jej siostrzyczka… Czy ją skrzywdził?
Co to miało być?!
Kubeł zimnej wody podziałał od razu. Manuela krzyknęła i poderwała się na taczce, a następnie objęła skostniałymi rękami swoje ciało.
Co się dzieje? Esti, o co chodzi? Dlaczego ty… go…
Mała w końcu do niej podeszła i zarzuciła jej na szyję drobne rączki. Ucałowała siostrę w policzek.
Wujek powiedział, że nam pomoże, Mania! – powiedziała radośnie mała. – Powiedział, że cię do mnie przyprowadzi, że jak ty pomożesz mu, to on pomoże potem nam, bo nas bardzo lubi!
Mała cieszyła się i śmiała, i patrzyła na siostrę wzrokiem, który zdawał się nie znać cierpienia.
Na Boga.
Jaki wujek?
Manuela utkwiła z kolei przerażone spojrzenie w Fergalu. Jak zwykle lustrował ją tymi gniewnymi oczami. I był wyraźnie zadowolony. Sojka aż miała wrażenie, że się uśmiechnął.
Czuła, że cała drżała, bardziej ze strachu przed tym, co zrobił jej siostrze, niż przez zimno. Objęła małą i przycisnęła ją do swojego ciała, chociaż ledwo dała radę zacisnąć dłonie na jej ubranku.
Spojrzała na równie zdezorientowaną Magdę, która z zawstydzeniem i łzami w oczach leżała nago stole.
O jakiej pomocy mówiła Esterka? Czego ten potwór znowu chciał?
Co mam zrobić? – udało jej się wydusić. Chyba tylko strach o życie siostry utrzymywał ją jeszcze przytomną.[/b][/b]

_________________


Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 Julia-11


Japoński: #993300
Rosyjski: #cc0033
Polski: #009900
Jidysz XD: #0033cc


Bracia Schlecht SZLETH.
Jak ja ich, kurwa, nienawidzę.

Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 12310
Miłość Ferga i Mańki w trzech aktach.
Powrót do góry Go down
Fergal
Prefekt
Prefekt
Fergal

http://vampireknight.forumpl.net/t1888-fergal#40176 http://vampireknight.forumpl.net/t3750-fergal http://vampireknight.forumpl.net/t3672-fergal#79795 http://vampireknight.forumpl.net/t3641-fergal#79025
Zarejestrował/a : 25/06/2015
Liczba postów : 780


Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 Empty
PisanieTemat: Re: Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3=   Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 EmptySob Wrz 07, 2019 9:03 pm

Bunt miał nadejść. Więźniowie mieli już dość życia w ciągłym strachu oraz upokarzaniu. Wiadomo, że wspólnymi siłami mogą czynić wiele. Ale czy aby na pewno im się uda? Nim jednak będą brnąć dalej, chcieli dorwać się do jednego z najgorszych katów wampirzych. Fergal. Prawdziwy tyran dla więźniarek, a zwłaszcza dla jednej... Manuela Sojka. Wymordował jej rodzinę po kolei, zniszczył ją samą i dalej tego dokonuje. Najbliższy, a zwłaszcza Jakub miał już tego dość. Chcieli powalić tyrana, dać mu nauczkę oraz żeby go wreszcie wycofano z obozu. Wystarczyłoby bo zatruć, zranić w taki sposób, żeby nie mógł już wrócić do pracy. Ale czy aby na pewno było to możliwe?
Doktor słyszał wszystko, niemniej nie palił się do tego, aby im przerwać. Mimo bycia sadystą, bywał też strasznie ciekawski i dociekliwy. Interesujące jest to, że zwykli ludzie nie mający pojęcia czym tak naprawdę jest wampir, zamierzają go pokonać. Na jego twarzy pojawił się aż podstępny uśmiech. Oczywiście nie dał po sobie niczego poznać, nieświadomi ludzie mieli nie wiedzieć ile Schulz słyszał, a ile nie. Dopiero gdy przestali rozmawiać, podszedł do nich i wydzielił robotę. Nawet chorego nie oszczędził; miał iść pomagać wynosić zwłoki tych, którzy nie wygrali z chorobą.
- Byle szybko. Później i ciebie czekają inne badania.
Rzuci tylko na odchodne do Szawła. Opuści ich salę, żeby skierować się do jednego z biur. Znajdowało się ono poza punktem medycznym dla więźniów, wszak Niemieccy naukowcy nie przesiadywali dwudziestu czterech godzin z zarażonymi. Musieli zachować środki ostrożności.
Przeszedł przez próg biura. Eleganckie, niewielkie i przytulne. Nie siedział jednak przy nim żaden oficer, tylko łowca. Przeglądał zawartość dokumentów, raportów. Wszystko to, co jego wampiry spisywały.
- Niektórzy chcą się buntować, Beleth. Jest okazja sprawdzić pewną rzecz... Jeśli nadal jesteś chętny.
Zaczął mówić lekarz, który po pozwoleniu zasiadł przez biurkiem. Łowca nic nie mówił, tylko zerknął na niego z nad papierów. W ustach trzymał papierosa, który już był spalony do połowy. Lekarz obserwował unoszący się dym, po czym zaczął kontynuować.
- Chcą zatruć jednego z twoich. Fergala jeśli się nie mylę. Mogę ich powstrzymać, wystarczy jeden rozkaz. Chyba, że faktycznie dopuścisz się do eksperymentu. Zobaczymy na ile wampir zniesie chorobę.
Przypomniał w razie czego. Niemiecki pogromca zaciągnął się raz, zamknął oczy i wreszcie wydobył śmierdzącego peta z ust.
- Jakie gówno sprowadzili z tej Ameryki. Smakuje ohydnie.
Burknie, zerkając jednym otwartym okiem na dymiącego się wciąż peta. Niechętnie ugasi go na wielkim liściu fiskusa. Odwróci się wolno do Schulza, wpatrując się w jego twarz. Ten niepewny wzrok...
- W porządku. Jednak jak tylko zostanie zarażony, umieść go w osobnej salce. Niech nie leży z tymi pieprzonymi larwami. No i może też pomóż naszym buntownikom? Niech myślą, że wszystko mają pod kontrolą. Kiedy będzie po wszystkim, dopiero wtedy damy im znać, że było inaczej.
Odpowie, uśmiechając się lekko. Jak widać Beleth też miał sporo do gadania, nie tylko jest jednym z ważniejszych dowodzących wśród lekarzy, ale też i naukowcem. Badał wampiry, sprawdzał je i wszystko spisywał. Wszak zamierzał zostać doskonałym poskramiaczem. Schulz sprytnie wykorzystał jego ambicje, przecież praca z wampirami... To było coś i w dodatku rzadko spotykane. Wstanie z krzesła i na pożegnanie skinie głową. Dopiero teraz zaczną się "przygotowania". Szczury, tak? Dostaną zarażone zwierzaki. Wszystko to, co sobie wymyślili, a tylko po to, żeby później uczestników buntu zabić najbrutalniej. Możliwe, że sam Fergal tego dokona w ramach zemsty. Kto wie...

Jaki teraz Krąg piekła zwiedzi Manuela? Co teraz podły Niemiec wymyślił? Nieważne, że niedawno ledwo co uszła z życiem, po tym jak brutalna Niemka ją pobiła. Nieważne, że była wygłodzona oraz na granicy umęczenia psychicznego. Zapewne nie raz myślała o ucieczce, o śmierci. Wszystko byleby nie bestia z rekinimi zębiskami. Ale czy chciała zostawić rodzinę samą? Nie, właśnie tylko dlatego jeszcze żyła, a Schlecht doskonale to wykorzystywał, bo wiedział jak waleczną kobietą Sojka jest. Tylko ile będzie w stanie jeszcze pociągnąć? Co się wydarzy, gdy ujrzy albo zrobi coś, co całkowicie podniszczy jej psychikę? To się okaże. Niczego nieświadome kobiety musiały iść za potworem, który już miał w głowie perfidny plan. Czuł ogromną satysfakcję, że wszystko się powiedzie i otrzyma okropne przedstawienie.
Krematorium. Z niego więźniowie nie wychodzili żywi. Paleni żywcem lub same zwłoki. To przez te wystające kominy wydostawał się śmierdzący dym. Kości, włosy, ubrania, skóra... Ileż ludzie musieli się nacierpieć, wdychając same opary i mając jeszcze świadomość, że ginęli ich bliscy. Prawdziwy ludzki horror.
Magda wraz z Manuelą znalazły się w środku wielkiej hali. Tam czekała na nich Esterka, grzejąca się przy wielkim piecu. Sojka musiała być w wielkim szoku, kiedy to zamiast do niej, przytuliła się do Fergala. Niemiec nie wyglądał na poruszonego. Przecież o to w tym chodziło, Manuela miała znowu pozostać w szoku; jej ukochana siostra okazuje uczucia mordercy. Rekin spojrzał jedynie na Sojkę, nie mógł powstrzymać jednak tego uśmiechu; podłego, kpiącego.
- Twoja siostra jest naprawdę uroczą dziewczynką. Bardzo słodka, uczynna. Nie wiesz nawet jak bardzo ucieszyła się, gdy obiecałem że cię zobaczy. Ale musiała spełnić jeden warunek.
Odezwie się jak tylko kobiety spełniły ich rozkazy. Nie podchodził jednak do Sojki, znalazł się przy Magdzie. Kobieta drżała ze strachu. Bała się, czuła okropnie. Jedną ręką zakrywała piersi, drugą masowała już spory brzuch.
- Boisz się o bachora?
Warknie, pochylając się nad ciężarną. Kobieta z początku nie wiedziała co ma mówić, z trudem pokiwała głową. Co miała zrobić? Czemu kazano jej się tutaj położyć? Spojrzała w stronę Manueli, jakby szukając w niej jedynego oparcia. Fergal to dostrzegł.
- Esti, pamiętasz o swoim zadaniu? Masz towarzyszyć mi podczas spektaklu.
Powie, po czym głową wskaże na stalowe krzesło. Dziewczynka musiała zostawić biedną siostrę, którą wcześniej pogłaskała po mokrym policzku.
- Zobaczysz, że nam pomoże!
Zaświergotała i grzecznie podeszła do krzesła. Usiadła na nim; złączyła ze sobą nogi, a chude piąstki oparła o kolana. Jej chuda buzia była uśmiechnięta, pełna nadziei. Niemiec doskonale wiedział co czuje i nie mógł się doczekać kiedy zawiedzie je wszystkie.
- Posłuchaj mnie uważnie, Manuelo.
Zaczął i wyciągnął dłoń w stronę Magdy. Kobieta odruchowo skuliła się przed lodowatym dotykiem potwora; nie miała jednak ja uciec. Jego łapsko jednak nie zadało bólu, spoczęło na brzuchu. Dziecko żyło, słabo, ale nadal się poruszało. Czy Fergal coś czuł? Pragnienie. Już nie chodziło o pożarcie noworodka, ale sam fakt tego, co ma zobaczyć.
- Masz tutaj podejść. Rozciąć brzuch tej kobiety, wyciągnąć dziecko i wsadzić je do tego pieca. Spraw też by zapłakało. Już dawno nie słyszałem płaczu nowo narodzonego dziecka. Przeważnie... ukręcałem takim główki. Szybki ruch, ciche chrupnięcie ledwo co rozwiniętych kręgów szyjnych. To tak, jakbyś mordowała rybę; masz wrażenie że małe dzieci nie mają kości, tylko ości.
Dokończył. Swoje spojrzenie ulokował teraz na Magdzie. Kobieta zaniemówiła. Jej wielkie oczy od razu wypełniły się łzami, chciała wstać ale silna ręka wampira powstrzymała ją od tego. Trzymał ją za głowę, za jedną nogę.
- Ale kiedy odmówisz...
Przerwał, by wymownie spojrzeć na Esterkę. Czemu do diabła dziewczynka się tak uśmiechała? Ona nie była świadoma tego, że to co robił Niemiec, działo się naprawdę. Podobno pokaz magii, a dzieci uwielbiają magię.
Magda została przywiązana do stołu za użyciem wojskowego paska. Nie miała jak się wyrwać, jej lament było słychać prawie na całą halę. Fergal spokojnie wyminął stolik, aby usiąść na krześle. Nim jednak tego dokonał, Esterka musiała wstać. Celowo wybrał jedno krzesło, ta by Sojka widziała jak jej mała siostra siedzi na kolanie Schlechta, a ten szponiastym łapskiem trzyma za jej chudą rączkę.
- Do pieca, Manuelo. Ma zawyć, chcę posłuchać płaczu.
Powtórzy, żeby czasami nie zapomniała o swojej roli w pokazie. Esterka już mniej się cieszyła, patrzyła tylko na Manuele oraz miała nadzieję, że podoła zadaniu.
- No i nie zapominaj. Czeka was wolność. Wszystko teraz leży w twoich rękach, Sojka.
Dorzuci dla zachęty, zerkając na stolik. Obok niego stał mniejszy; na nim znajdował się nóż rzeźnicki przygotowany do rozpruwania wnętrzności zwierząt. Magda kręciła głową, szarpała się i wciąż płakała, błagając aby nic nie robiono. Biedulka nawet popuściła; po stalowym stole widoczny był mocz.
Co począć? Zamordować dziecię koleżanki oraz ją samą czy pozwolić aby Rekin położył łapska na Esterce? Wszak już kazał małej drapać się za uchem. Sojka powinna wiedzieć z doświadczenia co działo się gdy Niemiec o to prosił.

_________________
mowa japońska || mowa niemiecka || mowa polska

Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 DhL3upP

卐Laurka卐
THEME||VOICE
Powrót do góry Go down
Manuela
Manuela
Manuela
Manuela

http://vampireknight.forumpl.net/t4162-manuela#91509 http://vampireknight.forumpl.net/t4173-manuela http://vampireknight.forumpl.net/t4161-manuela
Zarejestrował/a : 28/06/2019
Liczba postów : 127


Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 Empty
PisanieTemat: Re: Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3=   Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 EmptyPon Wrz 09, 2019 6:16 pm

Manueli do szaleństwa było coraz bliżej, ale przy zmysłach trzymała ją jeszcze resztka rodziny, której Rekin nie zniszczył. Jednocześnie jednak to za ich pomocą był w stanie szantażować Sojkę – nawet jeśli kobieta w głębi ducha czuła, że ostatecznie zginą wszyscy, to jednak nie potrafiła przestać o nich walczyć. Czy raczej: nie potrafiła już nie ulegać Fergalowi, więc tańczyła mu, jak zagrał, byleby zdobyć złudną nadzieję na to, że Esti, mama i chłopaki przeżyją.
Głupia była, sądząc, że tak się stanie, zwłaszcza gdy wiedziała, co Niemiec zrobił Zachiemu, tacie czy Joachimkowi, ale przecież człowiek w takiej sytuacji nie myśli logicznie. Nie, gdy całe jego życie krąży wokół bólu i cierpienia.
Teraz dodatkowo sama miała stać się katem, który ukatrupia własnych przyjaciół za niewinność – ale czego nie robi się z miłości, prawda?
Gdy w krematorium Esterka w końcu do niej podeszła i ją przytuliła, Manuela za nic nie chciała wypuszczać jej z rąk. Sposób, w jaki Fergal zaczął mówić o jej siostrze, był przerażający. Ale jeszcze bardziej przerażające było to, jak jej droga Esti odnosiła się do oprawcy – tego samego, który zjadł ich dwóch braciszków, ukatrupił ojca i Natana, dopuścił do dwunastolatki zdegenerowanego Niemca, a sam wyżywał się seksualnie na starszej Sojce.
Dlaczego mała o tym wszystkim nie pamiętała? Co się stało?
Wujek powiedział, że będziesz czarować, Mania! I że pomożesz Madzi z dzidziusiem – uradowała się Esterka, tuląc się do mokrego i poranionego ciała siostry.
Skąd wiedziała, kim była Magda? Przecież nigdy jej nie poznała. Fergal jej to wszystko wtłoczył do głowy?
Czemu sam aż tak się tym interesował? Skąd u niego wzięła się ta chora obsesja na punkcie Manueli i jej bliskich? Sojka nadal nie mogła tego zrozumieć – nie miała pojęcia, dlaczego ze wszystkich kobiet w obozie padło akurat na nią, dlaczego to ona stała się ulubienicą Rekina i dlaczego musiała znosić jego chore zachcianki. Czy on chciał, aby w końcu sama się zabiła z rozpaczy?
Patrzyła na jego podły uśmiech, gdy chwalił jej siostrę, i wyobrażała sobie tylko, jak wyglądałaby jego twarz wykrzywiona przez ból i cierpienie, jak krzyczałby, gdyby to jego bliscy ginęli na jego oczach, gdyby to jego ciałem bawił się do woli jakiś zwyrodnialec, gdyby to on musiał znosić poniżenie, chłód i głód.
Ale jednocześnie pokornie słuchała jego gorzkich słów. Zdążył już wytrenować u niej posłuszeństwo, temu nie mogła zaprzeczyć.
Magdalena tymczasem, dotychczas niemająca do czynienia z Rekinem, ale dobrze znająca wszystkie opinie o nim, leżała zawstydzona i obejmowała rękami brzuch, jakby chciała za wszelką cenę uratować swoje nienarodzone niemowlę przed śmiercią. Wiedziała, że Manuela miała jakieś powiązanie z Fergalem, kobiety w obozie nieraz szeptały, że go uwiodła i stała się jego kochanką, przez co zachowała swoje włosy. Madzia w to nie wierzyła – widziała po ciele przyjaciółki, że cokolwiek się między nimi działo, nie było tu mowy o dobrowolnym oddaniu się.
Miała jednak nadzieję, że Mania jakoś wpłynie na Rekina i uratuje ją przed tym, co chciał zrobić.
Nie krzywdź mojego dziecka, proszę. Ja… ja o nie zadbam, obiecuję. Nie będziemy wiele wymagać, nadal będę pracować, nie stanę się bezużyteczna! – zaczęła mówić łamaną polszczyzną. Średnio znała ten język.
Manuela odwróciła od niej wzrok, bo nie była w stanie wytrzymać jej błagania w oczach. Co niby mogła zrobić? Nie umiała udobruchać Rekina. Jedyne, co go zadowalało, to czyjeś cierpienie.
Esterka puściła ją bez żadnego protestu. Z szerokim uśmiechem spoczęła na krześle i popatrzyła na siostrę z nadzieją. Boże, ile Manuela by dała, aby mała już zawsze pozostała taka szczęśliwa! Wyglądała na zdrową, wykarmioną, wypoczętą – czy nie pamiętała już nawet o tym, że była zgwałcona? Co się działo przez te dni?
Manueli całkowicie zmiękło serce i wiedziała, że nie mogła teraz zawieść siostry.
Przeniosła więc ledwo żywy wzrok na Rekina, aby wysłuchać, co miał do powiedzenia. Wygramoliła się w końcu z tych nieszczęsnych taczek i ukucnęła obok nich. Oparła się o nie bokiem, niezdolna do ustania w stabilnej pozycji – wszystkie rany, jakie ostatnio zadał jej on i Niemka, pozostały niewyleczone.
To, co jej rozkazał, brzmiało tak potwornie i absurdalnie, że przez pierwsze sekundy nie była w stanie zdobyć się na żadną reakcję. Dopiero ryk Magdy ją otrzeźwił.
Błagam, nie! Nie rób tego! Mania, przecież… to moje małe… Zabij mnie, tylko nie dziecko, nie dziecko, proszę! Daj mi urodzić, ja nic złego nie zrobiłam, pracowałam, byłam posłuszna! Tak nie można, to nieludzkie!... – szlochała i mówiła, mówiła, mówiła dalej, aż nawet Manuela miała już dość jej płaczu, więc ujęła obie skronie w dłonie i zaczęła je rozmasowywać.
Usłyszała, że Magda dostała w twarz, aby wreszcie zamilkła, z kolei Esterka zaczęła klaskać w ręce. Manuela jednak nie podnosiła głowy – wyraźnie docierał do niej jedynie głos Fergala, jakby już nic innego się nie liczyło, jakby tylko on jeden pozostał w tym pomieszczeniu.
Do pieca, Manuelo. Ma zawyć.
Ja nie mogę – wyrzęziła w końcu, ale nie tak, aby ktokolwiek ją usłyszał. – Nie mogę. Ja nie jestem mordercą. Nie jestem. Nie zabiję. Nie mogę – powtarzała jak mantrę.
To nie był sprzeciw wobec Fergala – to było usilne przekonywanie samej siebie, że tego nie zrobi, że nie stanie się taka sama jak Rekin, że nikt nie zmusi jej do zarżnięcia noworodka, że choć straciła wszystko, to zachowa przynajmniej swoją ludzką cząstkę…
Uniosła w końcu zapłakane oczy i przez krótki moment chciała się zbuntować, póki nie zobaczyła, że Esterka siedziała na jego kolanach, bujała się do przodu i do tyłu, trzymając się jego ręki i uśmiechała się szczęśliwie, patrząc na jego twarz.
Mała nie wiedziała, że jego szponiasta dłoń i ostre jak brzytwa szczęki mogły w ciągu sekundy ukrócić jej żywot. Ale Manuela wiedziała.
Opierając się o taczki, podniosła w końcu umęczone ciało. Nie spuszczała wzroku z Rekina – patrzyła na niego z bólem i nienawiścią, poruszając bezgłośnie sinymi wargami. Zaczęła się modlić, chociaż szybko przestała, bo poczuła, że nie miała już prawa do swojego Boga – w końcu zaraz stanie się mordercą.
Gdyby to był początek jej pobytu w obozie, krzyczałaby, protestowałaby, błagałaby. Fergal jednak zdołał jej już udowodnić, że żaden sprzeciw nie miał sensu, a wręcz mógł tylko wszystko pogorszyć.
Teraz więc, nie wymawiając ani słowa, podeszła do Magdy. Jej przyjaciółka szarpała się, ale nie mogła uwolnić się spod pasów.
Mania, proszę, proszę, ja o ciebie dbałam! Ty byś tego nigdy…! To moje małe, ty byś nie mogła tego zrobić! Ty jesteś taka dobra!... – Coraz mniej krzyczała, coraz więcej szeptała, aby jeszcze w jakikolwiek sposób dotrzeć do przyjaciółki.
Tak, Magda o nią dbała.
Tak, Manuela nigdy by nie zabiła dziecka. Nigdy nie zabiłaby nikogo.
Tak, była dobrą, miłosierną kobietą.
Spojrzała na Esterkę, która siedziała na kolanach samej śmierci.
Ale co to wszystko znaczyło w obliczu przynajmniej kilku dodatkowych dni życia dla jej rodziny?...
Obóz bezpowrotnie zmienia ludzi – moralność przestaje mieć znaczenie, jeśli chce się kogokolwiek ochronić. Czasami trzeba też zrzucić duszę na samo dno piekła.
Cii… – Manuela uspokoiła kojącym tonem Magdę. Teraz skupiała się tylko na przyjaciółce. Jeśli Rekin cokolwiek mówił, jeśli Esterka cokolwiek robiła, Manuela nie zwracała na to uwagi. – Będzie dobrze. Wszystko będzie dobrze.
Magda jej pomogła – a teraz zasługiwała chociaż na to, aby jej morderca w ostatnich chwilach myślał tylko o niej.
Sojka dotknęła ogromnego brzucha i zacisnęła mocno szczękę, aby samej się na nowo nie rozpłakać. Ciężko oddychała i kiwała się na boki, ale musiała podołać – dla Esterki.
Magda już nie wiedziała, co mówić, na przemian więc bluzgała w jidysz i błagała, aby oszczędzić jej nienarodzone dziecko. Nie było jednak nikogo, kto by ją uratował – nawet Esterka z zacięciem oglądała całe przedstawienie, jakby nie docierało do niej, że to się dzieje naprawdę. Manuela sięgnęła trzęsącą się ręką po ostry nóż, a następnie stanęła tak, aby zasłonić siostrze przynajmniej część widoku. Nie chciała, by mała widziała rozbebeszone ciało – chociaż to pewnie było nieuniknione.
Wydukała jeszcze po raz ostatni przeprosiny, dotykając jedną dłonią zasmarkanego policzka Magdy, a tę ze sztyletem unosząc na wysokość tułowia kobiety. Zamachnęła się równo z wrzaskiem Magdy, ale nóż zamiast w jej brzuchu utkwił w tętnicy szyjnej. Manuela natychmiast przekręciła ostrze, zagryzając własne wargi aż do krwi. Posoka chlusnęła na brzuch i ramię Sojki, ale to nic.
Nie pozwoli, aby przyjaciółka widziała śmierć własnego dziecka. Jeśli już musiała zabić szkraba, to najpierw wykończy jego matkę – w geście chorego miłosierdzia.
Zapłakane spojrzenie Magdy utkwiło w twarzy Manueli, a z ust wydobywał się tylko krwawy charkot. Jej ciało drżało w agonii. W końcu tylko pojedyncze mięśnie poruszały się mimowolnie, a z kobiety uszło życie.
Manuela nie czekała jednak, aż jej przyjaciółka całkiem odejdzie, nie czekała też na żadną reakcję Fergala. Wyrwała mocno nóż z szyi, aby powiększyć ranę i przyspieszyć śmierć, i zakrwawioną rękę skierowała w stronę brzucha. Złapała za rękojeść obiema dłońmi i zagłębiła maksymalnie nóż w delikatnej, napiętej skórze. Miała zamiar rozorać tułów jednym ruchem, ale jej palce odmówiły posłuszeństwa – ledwo dała radę dłużej utrzymywać ostrze.
Zaczęła więc kroić ciało Magdy niczym kartkę papieru tępym nożykiem. Rozdzierała brzydko jej skórę, zatapiała ostrze w różnych miejscach, aby jakoś utorować sobie drogę do kruchego życia, które kryło się za tą mierną osłoną. Dyszała z wysiłku, nie kontrolowała własnych łez, słabła od dusznego zapachu krwi, krztusiła się własną śliną – ale w końcu dała radę.
Z korpusu wylewała się krew i flaki na stół, na podłogę, na ciało Manueli. Sojka wyglądała teraz niczym po kąpieli w posoce, ale usilnie starała się nie myśleć o tym, że jej brzuch, piersi i ręce tonęły w resztkach jeszcze ciepłej przyjaciółki. Usłyszała cichy krzyk Esterki, ale nie miała pojęcia, czy mała krzyczała ze strachu, czy ekscytacji.
Odłożyła na moment nóż, a drżące dłonie zatopiła w gorących trzewiach przyjaciółki. Rozwarła bardziej jej brzuch, a następnie zaczęła po omacku szukać dziecka wśród innych narządów.
Ze zwłok wydobywały się nieprzyjemne mlaśnięcia, ale w końcu Manuela natrafiła na coś, co uznała za macicę. Nienaruszoną.
Ponownie dobyła nożyka i tym razem rozpruła ostatnią barierę, która powstrzymywała ją od kolejnego mordu. Nie miała pojęcia, czy zabiła przy okazji dziecko, czy nie – wszystkie czynności robiła automatycznie, niemal nieświadomie, ledwo widząc na oczy. Wymacała malutkie ciałko i szarpnęła w górę.
Znowu jakaś przeszkoda. Szlag by to. Zapomniała o pępowinie.
Kolejny chwyt nożyka, kolejne cięcie – a raczej parę cięć, bo gumowy zlepek nie chciał tak łatwo odejść.
I wreszcie wydobyła z umęczonego ciała małe zawiniątko. Gdy tylko znalazło się poza bezpiecznym brzuchem matki, zaczęło konwulsyjnie kurczyć ręce i nogi. Było całe we krwi i flakach, pojawiło się na tym świecie zdecydowanie zbyt wcześnie – umarłoby tak czy siak, jednak to Manuela miała zadać ostatni cios.
Dziecię otworzyło usta i głośno zawyło. Próbowało nawet po raz pierwszy w swoim jakże krótkim życiu zamrugać oczami… Tak po prostu, jakby chciało cokolwiek zobaczyć, przyzwyczaić się… do nowej rzeczywistości, ale… to teraz nieważne.
W końcu zaraz umrze – więc na nic mu ten wysiłek. Zresztą nawet nie było w stanie ruszać powiekami.
Gdzieś w głębi Manueli obudził się kobiecy instynkt, który kazał jej przytulić dziecko do piersi i ochronić przed całym światem. Powstrzymała jednak to pragnienie, bo wiedziała, że to pierwszy i ostatni raz, gdy trzyma takiego malucha – swojego nigdy nie będzie mieć. Nie po tym, czego się dopuściła.
Maluch wył i płakał, krztusił się od krwi, skręcał się na wszystkie strony. A Manuela stała z nim na rękach. W końcu spojrzała w stronę Fergala.
Masz, czego chciałeś, potworze.
I nie spuszczając z niego oka, sięgnęła prawą ręką po sztylet. Zatopiła ostrze w maleńkim ciałku. Przekręcała je raz po raz, za każdym razem coraz bardziej wykrzywiając usta i coraz głośniej oddychając. Nie patrzyła jednak na dziecko – nie widziała malucha, nie słyszała go, nie myślała o nim.
Teraz liczył się tylko Fergal. On i jego szatańskie spojrzenie, on i jego morderczy uśmiech, on i jego diabelska twarz.
On i jego śmierć.
Gdy kwilenie całkiem ucichło, Manuela podeszła w stronę pieca i wrzuciła do niego pozostałość po ludzkim dziecięciu. Kiedy tylko pierwsze płomienie liznęły zwłoki, upadła na kolana. Czuła buchające ciepło tuż przy twarzy. Oparła głowę o cegły obok kominka i wzrok utkwiła teraz w ostrzu.
Kusiło ją, aby zabić samą siebie: wbić nóż we własną szyję, umrzeć tak samo jak Magda, albo zatopić go w swoich trzewiach i rzucić się do pieca, aby spłonąć razem z malcem. Prawie uniosła broń i już, już miała ugodzić nią we własne ciało – gdy na ramionach poczuła czyjeś wątłe ręce.
Esterka uwiesiła się na niej, sama tonąc we krwi noworodka i Magdaleny. Widocznie Fergal pozwolił małej wstać.
Mania, byłaś taka dzielna! – zaświergotała. Niewinnie zaczęła całować siostrę po brudnych policzkach, jakby nie widziała żadnej krwi, żadnej śmierci, żadnego morderstwa. – Wujek będzie szczęśliwy! Tak pięknie czarujesz!
Pięknie czaruje?
No jasne. Pięknie czaruje. W końcu chodziło tylko o Esterkę – żeby jej się spodobało, żeby przeżyła. Manuela wyczarowała dla niej kolejne dni życia, jednocześnie rzucając na siebie dożywotnią klątwę.
Oparła się czołem o drobne ciało siostry i upuściła nożyk. Nie miała nawet siły płakać. Po prostu wpatrywała się tępo w płomienie, które trawiły dziecię.
Podobało ci się? – zapytała w końcu głucho, tak głośno i wyraźnie, jak tylko dała radę. Nie kierowała tego pytania do Esterki, a do mężczyzny – i Fergal dobrze powinien o tym wiedzieć, nawet jeśli Manuela na niego nie patrzyła.

_________________


Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 Julia-11


Japoński: #993300
Rosyjski: #cc0033
Polski: #009900
Jidysz XD: #0033cc


Bracia Schlecht SZLETH.
Jak ja ich, kurwa, nienawidzę.

Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 12310
Miłość Ferga i Mańki w trzech aktach.


Ostatnio zmieniony przez Manuela dnia Wto Wrz 10, 2019 10:42 am, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Fergal
Prefekt
Prefekt
Fergal

http://vampireknight.forumpl.net/t1888-fergal#40176 http://vampireknight.forumpl.net/t3750-fergal http://vampireknight.forumpl.net/t3672-fergal#79795 http://vampireknight.forumpl.net/t3641-fergal#79025
Zarejestrował/a : 25/06/2015
Liczba postów : 780


Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 Empty
PisanieTemat: Re: Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3=   Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 EmptyPon Wrz 09, 2019 7:54 pm

W feralny zimowy dzień podczas którego odbyło się porwanie do obozu, Rekin już wtedy wybrał Manuelę za swoją główną ofiarę, a powodem była jej postawa. Gdyby może okazałaby posłuszeństwo, była bardziej pokorna i zadziornie wpatrywała się w lico Rekina, uzyskała by więcej wolności? A teraz? Musi znosić potworności. Bestia nie zamierzała jej odpuścić za wszelką cenę, chciała jej pokazać jak bardzo myli się co do swojego odważnego ducha. Pragnął ją zniszczyć. I tego dokonał.
Ale nim ostatecznie ją wykończy, zmuszając wręcz do odebrania sobie życia w najgorszy sposób, zamierzał  dobić jak najmocniej. Miała się płaszczyć, wyć z bólu i obserwować jak jej bliscy giną jeden za drugim. Bez możliwości pomocy, bez możliwości pocieszenia i słów pożegnania. Poza tym chciał jej jeszcze udowodnić, że ma całkowitą władzę, chociażby zabawa z Esterką. Dziewczynka uśmiechała się, musiała na pewno coś zjeść bo była żywsza niż zwykle. Co knuł Rekin? No właśnie. Pokazywał, że Sojka nie ma nawet ani grama wpływu na swoją siostrę, że to on wyprowadził jej mały dziecięcy mózg na ścieżkę radości. Każdy akt okrucieństwa traktowała jak głupią zabawę, bo przecież Wujek tak mówił. Nic, nikomu się nie działo. Każdy miał udawać. Prawdę tylko znał Fergal, Manuela i Bogu winna Magdalena - zwyczajna zabawka w szponach potwora. Po prostu chciał popatrzeć jak Żyd morduje Żyda.
Uważnie obserwował młodszą siostrę Sojki oraz nią samą. Nie odciągał małej, kiedy ta się do niej lepiła. Miał udawać dobrego oraz tego, który rzekomo miał im pomóc. Esterka jak głupia kwoka wierzyła we wszystko.
Ale wreszcie musiała pozostawić swoją najbliższą , żeby powrócić grzecznie do Niemca. Doskonale wiedział, że głupia, pobita żydówka przerazi się na zachowanie młodszej siostrzyczki. Znajdowała się tak blisko niego, że w każdej chwili mogła paść ofiarą kolejnej zbrodni.
Zaczęło się. Siedział i obserwował, wciąż obejmując ramieniem ciałko młodszej Sojki. Dziewczynka uśmiechała się, chichotała co chwila, a wampir w skupieniu oglądał krwawe przedstawienie. Powoli zaczął się też irytować, kiedy Manuela zaczynała się ociągać. Ociągać... Tak było w jego przekonaniu. Ktoś normalny wiedziałby, że dla osoby zdrowej cudza śmierć jest czymś niewykonalnym, ktoś normalny też nie nakazałby komuś zamordować drugą osobę. Tutaj działy się wyjątkowo złe rzeczy. Ale czy świat się interesował biednymi więźniami? No właśnie nie.
-Obserwuj, Esterko. Twoja siostra teraz jest główną aktorką. Cała akcja leży w jej rękach.
Szepnie do małej, trzymając zębaty pysk tuż przy jej uchu. Przy okazji chłonął jej świeży zapach. Umyta, nakarmiona i szczęśliwa. Palce zacisnęły się mocniej na jej boku, na co dziewczynka cicho pisnęła. Jednak zamiast okazać strach, uśmiechnęła się. Pogłaskała szponiastą dłoń wampira i powróciła całą uwagą do przedstawienia. W końcu jej siostra gra ważną rolę.
Cała ta chora akcja... Ona wciąż trwała. Sojka wyraźnie robiła wszystko co mogła aby nie zabić Magdy ani jej dziecka. Tylko obecność Fergala oraz jej młodszej siostry, zmuszało ją do dalszych działań. Wystarczyła sekunda, a Niemiec wyprułby flaki z ciała dziecka i to na oczach Sojki. Więc jak kobieta odwracała się w ich stronę, napotykała zniecierpliwione spojrzenie Niemca.
- Zrób to!
Powie, jak ta znowu zacznie się gramolić i łkać. Magdalena powinna zostać uciszona, lecz z drugiej strony przyjemnie było słuchać jej pojękiwania oraz płaczu. Dodawało to dramatyzmu.
Nareszcie. Nareszcie w ruch poszedł nóż. Tylko czemu do licha zabiła pierw kobietę? Już miał na nią nawrzeszczeć, uderzyć małą ale o dziwo nie zrobił nic z tych rzeczy, po prostu został pochłonięty przez dalsze jej kroki. Ona naprawdę mordowała drugiego człowieka na rzecz przetrwania. Czyli do tego ludzie są zdolni aby bliscy mieli szansę na lepsze życie? Właśnie zabiła przyszłą matkę, przyjaciółkę dla kogoś, kto i tak w najbliższym czasie umrze. Potworna twarz wampira wykrzywił grymas chorego zadowolenia. Nie przeszkadzało mu już, że Manuela wyszła trochę poza plan i pierw zabiła Magdę, później i tak dokonała tego, co miała zrobić.
Wydobycie płodu z brzucha matki okazało się niebywale trudne, nie znała bowiem układu ciała martwej. Zmuszona do rozpruwania brzucha, okaleczania ciała. Flaki wylewały się ze stołu, wszędzie było czuć metaliczny zapach krwi. Aż musiał zasłonić nos oraz usta dłonią, jednak z pomiędzy rozszczepionych palców obserwował dalej. Poczuł potworny głód. Oddychał co raz głośniej, wręcz charczał. Aż Esterka zwróciła uwagę i zajrzała do lekko zgarbionego Schlechta.
- Wujku, nie musisz się bać, to tylko czary. Sam tak mówiłeś.
Pocieszyła, a nawet dotknęła paluszkami jego dłoni umiejscowionej na twarzy. Ten odruchowo się odsunął. Nakazał jej patrzeć, a ta pokornie przyjęła rozkaz. I do licha. Czy właśnie zaczęła klaskać jak tylko Mańka wydobyła dzieciaka na zewnątrz? Czerwone ślepia potwora otworzyły się szerzej. Zrobiła to. Zabiła człowieka i właśnie zmierza do kolejnego zabójstwa. Ostrze błysnęło i kolejny raz zatopiło się w bezbronnym, kwilącym ciele.  Usmarowana krwią oraz niektórymi narządami Manuela wykonała polecenie; zabiła, po czym wrzuciła ciało do pieca. Tego chciał. Zgadza się, tego pragnał i dostał jak jebany prezent. Dopiero teraz przyjrzał się kobiecie; zapłakana, martwa umysłem po tym, co dokonała. Oskalpowana ze wszystkiego co ludzkie. Upadła i płakała. Esterka sama zeskoczyła z kolan, żeby podbiec do siostry. Była taka dzielna oraz niesamowita.
I owszem, wujek był aż za bardzo szczęśliwy. Cały akt przemocy wzbudził w nim nie tylko głód, ale też chorobliwe pożądanie. Sam widok morderstwa z przymusu, jak i cierpienie Magdaleny, Sojki, spowodował że w spodniach Niemca zrobiło się ciasno. Zwierzęce instynkty zaś zaczęły intensywnie pracować. Wstał, gdy padło pytanie. Nie odpowiedział. Nie musiał. Dzikie spojrzenie wampira i krzywy grymas zadowolenia wiele już mówił. Idąc w jej stronę, wpadł na stolik na skutek czego ciało Magdy poruszyło się; jej twarz skierowała się w stronę Manueli oraz tulącej się do niej Esterki. Lecz kiedy Schlecht do nich dopadł, szarpnął małą i odsunął ją na bok. Chwycił następnie w pasie Sojkę, aby podnieść ją i oprzeć przodem o stolik na którym leżało truchło. Nawet wcisnął twarz świeżo upieczonej morderczyni w rozwalony brzuch. Przyciskał tak, aby nie mogła złapać tchu, chyba że zacznie oddychać poprzez usta, a wtedy posmakuje ludzkiego ciała. Co się działo natomiast na tyłach? Stwór ściągnął z niej łachy, nogą utorował sobie dojście i sam również rozpiął spodnie. Wydobył to, co miał wydobyć i wbił się w kobietę mocno. Zaczął ją gwałcić, podduszając na zwłokach, a co najgorsze na oczach Esterki. Młoda w tym momencie nie istniała, mogła robić co chciała; krzyczeć, śmiać się. Niemiec jej kompletnie nie widział. Gwałcił biedną Sojkę brutalnie, nie dając jej szansy na zaprotestowanie oraz płacz.
- Będziemy szczęśliwa rodziną, Maniu. Wujek nam pomoże.
Znowu odezwała się dziewczynka. Chociaż jej buzia się cieszyła, w oczach pojawiły się łzy. Wierzyła Schlechtowi, że im pomoże, a skoro tak mówił, nie mogła nic zrobić. Tylko kucała przy piecu, spoglądając na resztki noworodka. Cóż takiego stało się z jej psychiką, że zaprzestała odczuwać cokolwiek poza urojoną radością.
Gwałt nie trwał długo. Póki Niemiec nie doszedł i nie ulżył sobie, Manuela nie mogła nic mówić. Kiedy przestał, wyszedł z niej całkowicie, poprawił spodnie i puścił. Upadła czy nie, nieważne. Rekin umorusanymi od krwi rękoma wygładził jeszcze swój mundur.
- Wrzuć resztę ciała do pieca, oprócz głowy. Masz ją odciąć. A gdy wszystkiego się pozbędziesz, wróć do baraku.
Znowu padł rozkaz. Również spojrzał na Esterkę, ona też nie powinna stać bezczynnie.
- Ty, Ester. Pomóż jej.
Dorzucił, po czym wrócił na krzesło. Czekał aż dziewuchy ogarnął swoje polecenia, wtedy dopiero do nich powróci a gwoli ścisłości po głowę. Musiał zjeść chociaż trochę, woń krwi nie działa dobrze na węch Rekina. Pieprzona wampirza słabość. I czy pozwoli Esterce wrócić z siostrą? Na pewno nie. Przywoła ją do siebie, wciśnie odciętą głowę w rączki i wyciągnie poza krematorium. Chciał skierować się do swojego budynku, aby tam odpocząć. Przecież zamierzał dalej mącić w głowie siostrzyczki. Poza tym została jeszcze... Matka? Brat? Na samym końcu zajmie się parszywą Sojką.
Manuela nie pozostanie sama długo na miejscu zbrodni, przybyli bowiem inni. Dwóch kapo. Na samym wejściu już zakryli nosy, a jeden dostał aż mdłości. Widok jaki zastali był potworny, a to wszystko przez Rekina. Doskonale wiedzieli kto za tym stoi, nieważne że kobietę zmuszono.
- Ja pierdole.
Jęknął siwy mężczyzna, który podszedł do zakrwawionego stolika. Jeżeli żydówka nie miała siły wstać, kapo jej pomoże. Czasami przejawiali ludzkie odruchy.
- Powinnaś się umyć, nie możesz tak wrócić.
Powie, chociaż nie starał się zbytnio patrzeć na umęczoną kobietę. Tylko jak niby miała się umyć? Wskaże jej wiadro z wodą. Było ich sporo; tak na wszelki wypadek aby szybko wygasić w piecu.
- Jutro z samego rana ma być apel. Lepiej się przygotuj i wyśpij. Czeka was długa praca na dworze; kopanie rowów.
Już miała wiedzieć co może czekać ją na kolejny dzień, jak widać nie było jej dane wypocząć. Aczkolwiek Los chciał sporządzić jej coś innego. Wszak Fergal jeszcze się swoją Ukochaną Manuelą nie zbudził.

_________________
mowa japońska || mowa niemiecka || mowa polska

Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 DhL3upP

卐Laurka卐
THEME||VOICE
Powrót do góry Go down
Manuela
Manuela
Manuela
Manuela

http://vampireknight.forumpl.net/t4162-manuela#91509 http://vampireknight.forumpl.net/t4173-manuela http://vampireknight.forumpl.net/t4161-manuela
Zarejestrował/a : 28/06/2019
Liczba postów : 127


Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 Empty
PisanieTemat: Re: Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3=   Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 EmptySro Wrz 11, 2019 10:33 pm

Manueli przez głowę by nie przeszło, że ta jedna chwila, gdy wyszła z bliźniakami ze skrytki w domu, gdy zasłoniła je własnym ciałem i spojrzała prosto w twarz Fergala, zaważyła o potwornej przyszłości: jej, jej rodziny i wszystkich bliskich. Dla niej ten gest był naturalny – tak samo przecież matka starała się chronić wszystkie swoje pociechy. Tylko że ona zniosłaby mniej niż Manuela; była też stara, nie oferowała więc dodatkowej rozrywki w obozie.
Czy młoda Sojka powinna wtedy wydać bez szemrania swoje ukochane rodzeństwo, tuż po tym, jak Rekin zabił jej brata i ojca? Gdyby to zrobiła, miałby gdzieś całą jej rodzinę i dałby im spokój? Nawet jeśli, to czy Manuela mogłaby po czymś takim żyć sama ze sobą?
O tym się już nie dowie. Z pewnością nie da rady znieść swojej osoby po zabójstwie Magdy i jej maluszka. Ale jeśli tym kosztem wykupiła życie Esterki, to była gotowa dopuścić się najgorszej zbrodni i wyrzec się siebie. Będzie miała na sumieniu te dwa życia już na zawsze, jednak ważne było to, że uratowała inne. Będzie przeklętym potworem, oprawcą, człowiekiem, który nie ma już prawa do miłości czy dobra ze strony innych.
Ale za to nie będzie musiała patrzeć na śmierć siostry. Przynajmniej nie dzisiaj.
Wykańczała ją świadomość, że Esti słuchała się Fergala, jakby był najwspanialszą istotą na świecie. Że dobrze się bawiła podczas całego morderczego aktu. Czy ona na pewno nadal była jej małą, przestraszoną siostrzyczką? Czy może Fergal zrobił z niej już kogoś całkiem innego, kto nie rozumiał różnicy między dobrem a złem?
Gdy ten koszmar, który Manuela sama musiała zesłać na Magdę i jej szkraba, wreszcie się skończył, wtuliła nos w ramię Esterki, wdychając jej zapach. Nadal patrzyła w płonące, jeszcze miękkie ciałko dziecka, jednak obecność siostry jakoś utrzymywała ją przy zmysłach.
Nie odpowiedziała nic małej, gdy ta ją pochwaliła. Tuliła się tylko do niej, jakby to ona była tą, która otacza rodzinę opieką, i brudziła ją krwią. Ale Esterka zdawała się tego nie zauważać.
Z odrętwienia wybudził Manuelę moment, gdy Fergal wpadł na stolik. Instynktownie objęła siostrę, przerażona, że potwór zmierza właśnie po nią. Wymęczona, zakrwawiona twarz Magdy zwróciła się w stronę dziewczyn i przyprawiła starszą Sojkę o dreszcze – niemal widziała, jak Madzia porusza ustami, jak rozpaczliwie próbuje coś powiedzieć, przekląć przyjaciółkę, nazwać ją morderczynią i zdrajcą. Jej martwy grymas będzie prześladował Sojkę już do końca życia.
Poczuła, jak Fergal wyrwał jej małą, ale nim zdążyła zaprotestować, jego silne ręce objęły ją w talii. Rzucił ją na stół. Znalazła się twarzą tuż przed ciepłym, odurzającym truchłem – a po sekundzie schwycił jej włosy i zatopił głowę w rozoranym brzuchu.
Manuela obudziła się przez to z letargu, ale jej krzyk został zduszony przez lepkie, mokre i oślizgłe trzewia. Poczuła na języku smak krwi, jej nozdrza wypełniły się dusznym zapachem, a cała cera zatopiła w narządach, które kobieta jeszcze przed momentem z taką pasją rozcinała.
Zacisnęła oczy i usta, wstrzymała też oddech, aby czuć i smakować jak najmniej. Zrobiło jej się niedobrze – przecież to nadal była Madzia, jej Madzia, jej dobra, kochana Madzia, którą Manuela… z zimną krwią…
Czuła, jak Fergal majstrował przy jej ubraniu, i wiedziała, że nie uniknie kolejnego gwałtu, ale chciała chociaż za wszelką cenę wydostać głowę z rozciętego brzucha, w którym niedawno znajdowało się życie. Nie próbowała więc mu się wyrwać, ale wierzgała jedynie głową i odpychała się od stołu śliskimi od krwi rękami.
Nic to nie dało. Wcisnął jej twarz w ciało jeszcze głębiej, niczym w miękkie ciasto, a zaraz po tym wszedł boleśnie w jej kobiecość. Manuela zakrztusiła się rozszarpanymi resztkami Magdy, a z każdym kaszlnięciem łykała coraz więcej krwi i wszelkich płynów, w których brodziła jej twarz. Oczy piekły ją od wdzierającej się wszędzie posoki.
Dlaczego teraz ją wziął? Czy to była w jego mniemaniu chora nagroda za to, że wykonała polecenie? Czy dzięki temu da Esterce spokój?
A może to kara, bo zabiła najpierw Magdę i litościwie ukróciła jej cierpienia? Albo kara od Boga za to, że właśnie odebrała dwa życia?
Fergal podczas gwałtu ponownie sprawiał jej niewyobrażalny ból, zwłaszcza że rana po poprzednim wykorzystaniu jeszcze się nie zagoiła. Manuela nie potrafiła więc powstrzymać jęków cierpienia – wszystko jednak zagłuszały trzewia Magdy i to one pozostały martwym i niemym świadkiem całego bólu kobiety.
Przez odgłosy gwałtu usłyszała z tyłu cichy głos Esterki i zawyła bezsilnie. Boże, mała nawet teraz, w momencie, gdy ten potwór krzywdził jej siostrę, nie widziała, co wokół naprawdę się działo!...
Wbiła ręce w dłoń Rekina, która przytrzymywała jej głowę, aby przynajmniej na sekundę złapać oddech, ale mężczyzna jeszcze bardziej przyspieszył przez to ruchy. W końcu przycisnął mocno całym sobą jej ciało do stołu oraz zwłok, a sam doszedł.
Kiedy tylko ją puścił, wynurzyła całą brudną od krwi twarz i głośno zachłysnęła się powietrzem. Nie widziała kompletnie nic – na powiekach miała strzępki pociętych narządów. Upadła na podłogę i zaczęła przecierać oczy, usta i nos. Pluła na posadzkę krwią, resztkami mięsa i Bóg wie, czym jeszcze. Chciało jej się wymiotować, ale chwilowo musiało wystarczyć jej charczenie krwawymi pozostałościami. Zabawa się bowiem jeszcze nie skończyła.
Fergal znowu coś rozkazał. Ze strachem otworzyła w końcu zlepione od krwi powieki i spojrzała w stronę siostry. Nie stał przy niej – mała nadal kucała sama przy kominku.
Dobrze. Manuela musiała się dla niej zebrać. Wstać i zrobić to, co chciał Rekin.
Wsparła się o mokry od flaków stolik, prawie ślizgając się na wypatroszonych resztkach. Drugą ręką naciągnęła na siebie ubrania – całe brudne i przemoknięte.
Już sięgała po nożyk, kiedy Fergal zwrócił się do Esterki.
Nie – zaprotestowała od razu Manuela, nawet nie myśląc nad skutkami sprzeciwu – sama to zrobię. Sama. Zostaw ją. Ona nie.
Nie pozwoli, aby jej niewinna siostrzyczka babrała się w Magdzie, którą Manuela przed momentem bestialsko cięła i którą pozbawiła życia. To ona jest winna jej śmierci, to ona weźmie na siebie cały ciężar grzechu, do którego zmusił ją Fergal. Ona.
Nie Esterka.
Bez względu na to, jak Fergal zareagował, nie dopuściła siostry do truchła. Odepchnęła nawet małą, gdy ta podeszła, i zacisnęła tylko mocno szczękę, aby samej się nie rozpłakać, gdy zobaczyła jej łzy.
Nic nie rób. Ja zrobię – powiedziała już łagodniejszym tonem w jidysz do Esti.
Fergal odebrał małej rozum, Manueli odebrał za to duszę – ale Sojka nie mogła pozwolić, aby kazał jeszcze Esterce zajmować się martwym ciałem. Przynajmniej przed tym musiała ją ochronić.
Położyła dłoń na twarzy Magdy, a drugą, w której miała ostrze, zaczęła ciąć szyję w miejscu śmiertelnej rany. Głowa nie chciała odejść – nożyk był zbyt tępy i mały. Manuela musiała nieźle się natrudzić, aby przejść przez tętnicę i krtań, aby przerwać wszystkie kręgi, a potem jeszcze oderwać poszarpaną skórę do końca.
Robiła to jednak bez słowa sprzeciwu, w pełnym skupieniu – zupełnie jakby została do tego stworzona, jakby żyła właśnie dla tej chwili.
Gdy wreszcie jej się udało, odłożyła ostrożnie, niemal z namaszczeniem, głowę na bok, po czym dźwignęła ciało. Prawie upadła pod jego ciężarem. Adrenalina mijała i Manuela zaczynała ze zdwojoną siłą odczuwać wszystkie rany oraz zmęczenie.
Taszcząc truchło przez pokój, zostawiła na podłodze krwawy ślad. Wrzuciła w końcu pozostałość po Magdzie do buchającego ognia i ponownie upadła obok kominka. Cała drżała z wysiłku i chrapliwie oddychała. Spojrzała na swoje umorusane od krwi dłonie. Dwoiło jej się przed oczami i naprawdę już ledwo zachowywała przytomność.
Nie zwróciłaby nawet uwagi na Fergala, gdyby nie fakt, że znowu zabrał jej ukochaną siostrzyczkę. Chciała wstać i zaprotestować, ale kiedy tylko spróbowała się podnieść, upadła całym ciałem na podłogę.
Zostaw ją! Pozwól jej zostać! Zrobiłam, co chciałeś! – wykrztusiła jedynie, ale Esterka znikła razem z Fergalem.
Manuela została więc sama ze sobą: ze swoimi myślami i swoim podwójnym morderstwem. Ze swoją okropną duszą i poranionym ciałem. Ze świadomością, że właśnie wyzbyła się człowieczeństwa.
Podpierając się dłońmi, zwymiotowała na posadzkę. Samą wodą i krwią, której się nałykała – w końcu od dawna nic nie jadła.
Nie dała rady wstać, więc tylko wegetowała na klęczkach, walcząc ze swoim omdlewającym ciałem. Obecność dwóch kapo zarejestrowała dopiero w chwili, gdy jeden pomógł jej wstać.
Umyć się? Spojrzała słabym wzrokiem na wiadra. Nie byłaby w stanie zrobić nawet kroku. Mężczyźni się jednak nad nią zlitowali – usadzili obok wody i sami ją obmyli. Bez żadnej delikatności czy dbałości. Manuela sama musiała pocierała swoje ciało, aby pozbyć się resztek krwi, ale przynajmniej nie podnosiła ciężkich wiader.
Musiała wyjść na zewnątrz całkiem przemoczona, w nadal zakrwawionych ubraniach. Gdy tylko napotkała stopami śnieg, od razu się w niego osunęła.
Kapo spojrzeli po sobie i pokręcili głową.
Szpital – zawyrokował cicho jeden z nich. Drugi zgodził się z przeciągłym westchnięciem.
W teorii Manuela miała pracować. Tak chcieli strażnicy z jej bloku. Ale obaj kapo wiedzieli też, że w powietrzu wisiał też inny, nigdy niewypowiedziany głośno rozkaz: za wszelką cenę utrzymać ją żywą. A kolejnego dnia w pracy Manuela definitywnie by nie przetrwała.

W szpitalu Manuela trafiła na znaną jej już pielęgniarkę – Beatę. Kobiecina, gdy tylko zobaczyła, kogo znowu do niej przyniesiono, załamała ręce i położyła Sojkę na najbardziej oddalonym od reszty łóżku. Nawet skombinowała dla niej prowizoryczną zasłonę.
Mój Boże, to znowu on? – zapytała szeptem, przyglądając się wszystkim ranom. Większość miała parę dni, ale nadal potwornie się jątrzyły. Świeża była jedynie ta po gwałcie.
Manuela nawet nie musiała odpowiadać. To pytanie było zbyt oczywiste. Schwyciła Beatę za rękę i wlepiła w nią wzrok.
Daj mi to, co ostatnio – zabłagała – ja muszę tam wrócić, Beato. Jeśli umrę, to on ich zabije od razu. Bo nie będzie miał dłużej zabawy. Muszę być żywa. – Zacisnęła palce na jej nadgarstku. – Daj. Mi. Tej. Potwornej. Krwi. I tak jestem już taka jak on – wyrzęziła niemal bez uczuć, mimo że w jej oczach pojawiły się łzy.
Nie wyjaśniała, o co chodziło. Nie chciała mówić Beacie o tym, co zrobiła z Magdą. Nie była w stanie przyznać się do morderstwa.
Beata uległa i tej samej nocy zaczęła po cichu przetaczać jej wampirzą krew. Terapia działała kojąco i w zastraszającym tempie goiła wszelkie rany – Manuela jednak wiedziała, że to oznaczało krótszy pobyt w szpitalu. Wykorzystała więc ten czas na niespokojny, koszmarny sen – w którym widywała albo umierającą Magdę i jej dziecię, albo uśmiechniętą Esterkę.
Jednego wieczora miała nawet wrażenie, że dojrzała w korytarzu swoją siostrzyczkę, ale był to tak krótki moment, że wzięła to za urojenie. Przecież gdyby Esti tam była, to przyszłaby się przywitać, prawda?

Ostatniego, czwartego dnia, Beata usiadła przy niej, już całej zdrowej, i wyraźnie zbierała się, aby coś powiedzieć. W końcu wydusiła z siebie to, co wiedzieli już wszyscy w bloku medycznym – jej ukochany Jakub został pozbawiony ręki, którą potem niczym kość obgryzła jej własna matka.
Sojka była w stanie tylko na to gorzko zapłakać. No tak – nie była jedyną, która przechodziła przez katusze. Matka, Kuba i Szaweł też pewnie byli zmuszani do okropieństw. Jedno było pocieszające – Rekin ich jeszcze nie zabił. Cierpieli, ale żyli.
Tuż przed jej wyjściem ze szpitala Manuelę zaskoczyło coś jeszcze. Kiedy wkładała nowy pasiak i poprawiała dolną część garderoby, dojrzała na niej delikatne plamy krwi. Ze strachem zaczęła oglądać całe ciało. Była pewna, że wszystkie rany zostały zagojone.
Tak rzeczywiście było – pozostały po nich tylko blizny, ale żadna nie była otwarta. Nawet jej uda i podbrzusze były całe, o co więc…
Z trwogą sięgnęła palcami w stronę swojej kobiecości. Wyczuła na opuszkach lepką ciecz.
Krwawiła. I to nie przez rany. To była zwykła miesiączka, której nie miała od czasu, gdy trafiła do obozu.
Krwawienie było co prawda niewielkie, ale jednak – było.
Usiadła na łóżku z wrażenia. Jej organizm widocznie wrócił na dawne tory przez leczenie wampirzą krwią – Manuela dobrze wiedziała, że głód i wycieńczenie zatrzymywały krwawienia u większości kobiet w obozie.
Jej miesiączka oznaczała jeszcze jedną istotną rzecz – Sojka nie była w ciąży. Nie nosiła w sobie bachora, którego zrobił ten potwór, nie musiała ginąć z płodem w brzuchu, nie musiała rodzić dziecka komuś, kogo nienawidziła. Nie musiała patrzeć na śmierć swojej małej istotki.
Nie musiała kończyć jak Magda.
Ukryła twarz w dłoniach. To naprawdę była ulga.
W tym samym momencie usłyszała kroki pielęgniarki.
Beato, ja krwawię – zaczęła od razu, gdy kobieta weszła do sali. – Mam miesiączkę. Rozumiesz? Miesiączkę. Tutaj, w obozie. Potrzebuję jakiś ręcznik – poprosiła, podchodząc do Beaty.
Ta w odpowiedzi zacisnęła mocno wargi i bez słowa podała jej biały materiał, który był obok w szafce. Nie pozwoliła jednak jej zdjąć odzieży. Wykrztusiła tylko:
Ktoś po ciebie przyszedł. Mój boże, Maniu. – Pokręciła głową i schwyciła ją kurczowo za dłoń, a następnie szybkim krokiem się oddaliła.
Manuela spojrzała w głąb korytarza i dojrzała szalone oczy Unziego oraz jego wykrzywiony, szeroki uśmiech. Mężczyzna patrzył na nią czerwonymi ślepiami i zaciekle pociągał nosem. Nawet się oblizał.
Posłał po ciebie – powiedział w końcu wesoło i zarechotał. – Twój ukochany, twój najdroższy. Wiesz czemu? Podobno miałaś pracować, Żydóweczko. A tymczasem obijałaś się w szpitalu! – Gestem dłoni nakazał jej wyjść ze szpitala. Ruszył nawet w jej stronę, gdy się ociągała, ale to sprawiło, że Manuela natychmiast wykonała polecenie. – Będziesz musiała się tłumaczyć ze swojego lenistwa! Radzę ci ładnie poprosić o wybaczenie, bo Fergal nie był zadowolony, gdy ta mała mu powiedziała, że nie robisz w polu!
Wbił boleśnie pazury w jej ramię i zaczął pchać przed siebie.
Mała? Mówił o Esterce? Czy jednak faktycznie była w szpitalu? Ale jeśli tak… nie chciała nawet pokazać się siostrze?
Manuela znała już dobrze drogę do kwatery Fergala, ale nie próbowała się wyrywać Unziemu. Wampir wydawał jej się aż nazbyt niespokojny – co chwilę coś wąchał i patrzył na nią kątem oka, jednak nic nie mówił. Ale ostatnio też zachowywał się jak szaleniec – Manuela stwierdziła więc, że po prostu taki miał charakter.
Przed drzwiami do pokoju Fergala zatrzymał ją i wbił pazury obu dłoni w jej ramiona.
Czuję, że dzisiaj będzie wyjątkowo smakowicie, mała. Gdyby to nie był akurat Fergal, to bym się dołączył bez pytania – zaśmiał się jeszcze tuż przy jej uchu, po czym wepchnął zdezorientowaną Manuelę do środka.
Sojka zdążyła tylko zamrugać niepewnie oczami i popatrzeć na niego nic nierozumiejącym wzrokiem. Gdy zatrzasnął za nią drzwi, spojrzała na pokój i na czekającego Fergala, miętosząc w rękach czysty, biały ręcznik od Beaty.
I znowu byli razem, sam na sam, nikogo innego. Niemiec i Żydóweczka.
Dwójka potwornych morderców.

_________________


Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 Julia-11


Japoński: #993300
Rosyjski: #cc0033
Polski: #009900
Jidysz XD: #0033cc


Bracia Schlecht SZLETH.
Jak ja ich, kurwa, nienawidzę.

Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 12310
Miłość Ferga i Mańki w trzech aktach.
Powrót do góry Go down
Fergal
Prefekt
Prefekt
Fergal

http://vampireknight.forumpl.net/t1888-fergal#40176 http://vampireknight.forumpl.net/t3750-fergal http://vampireknight.forumpl.net/t3672-fergal#79795 http://vampireknight.forumpl.net/t3641-fergal#79025
Zarejestrował/a : 25/06/2015
Liczba postów : 780


Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 Empty
PisanieTemat: Re: Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3=   Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 EmptyPon Wrz 16, 2019 11:49 pm

To co działo się z Esterką, wyjdzie w swoim czasie. Niemiec na ten moment nie chciał, aby Manuela dowiedziała się o kolejnej umiejętności nieludzkiego esesmana. Dość potwornej, ale jakże naturalnej dla każdego wampira. Ba, przecież nadejdzie moment w którym przekona się na własnej skórze o co chodzi.
Gwałt nie był żadną karą ani Boskim potępieniem, po prostu Rekin podniecił się widokiem morderstwa popełnianego przez żydówkę oraz wonią krwi. Jego zwierzęca natura znowu dała pokaz i pokonała pozory człowieczeństwa, nawet nie powstrzymywał się przy siostrze Sojki. Ona w tym momencie nie istniała, liczyła się tylko ta morderczyni. Niech łyka to, co nabroiła. Śmierć Magdy miała być kolejnym rozdziałem w horrorze niewinnej kobiety, która nie zawiniła tak naprawdę niczym. Chroniła rodzinę i tyle.
Nie liczyło się jak bardzo cierpiała podczas gwałtu, Rekin musiał się zaspokoić aby nie dostać większego szału i nie od razu zamordować obydwie więźniarki. Nie taki miał cel. Poza tym gdy Manuela się bardziej opierała, co raz to mocniej ją atakował. Położył się nawet na niej, żeby samemu móc wdychać kuszący zapach świeżych zwłok. Dla Manueli one cuchnęły, dla Niemca okazywały się prawdziwą ambrozją. Po zakończeniu wolna Mańka mogła na moment odetchnąć, póki to Niemiec nie poprawił spodni. Wreszcie padł również obrzydliwy rozkaz. Zgromi spojrzeniem kobietę, kiedy ta wyraziła sprzeciw.
- Masz natychmiast zmusić...
Przerwał. Wściekłość szybko opadła, ale z trudem. Poprawił ino kołnierz munduru. Już coś innego wymyślił, więc niech się Sojka psychicznie do tego nastawi. Doskonale wie, że jej oprawca bywa mściwy, a takowe zagranie nie odpuści.
W milczeniu przyglądał się walce z odcięciem głowy. Im bardziej tępe narzędzie, tym gorzej współpracowało, a wiadomo że kręgi ludzkie wcale nie są łatwe do zniszczenia. Esterka również przyglądała się całej rzezi z niemą pasją; jej duże chociaż delikatnie załzawione oczy wpatrywały się w potworny czyn. Nie dość, że zabiła Magdę, to jeszcze zmuszona do zbezczeszczenia jej zwłok.
Ciało wylądowało w piecu, a dziewczynka tak czy siak dostała do rąk głowę. Wpatrywała się w jej otwarte, martwe oczy i nie raziło ją zbytnio to, że jej ubranie przesiąknęło krwią. Fergal natomiast lekko się uśmiechnął.
- Powiedz swojej siostrze "papa".
Dorzuci na odchodne, a dziewczynka odwróci się aby pomachać siostrze. Koszmar się zakończył. Na ile? Jedynie na kilka dni. Bowiem czas więźniom wcale nie był umilany, nawet kiedy Manulea nie widywała się na czas swojego leczenia Fergala, nie miała łatwo.

Podczas gdy Sojka dochodziła do siebie, Fergalowi towarzyszyła Esterka. Zapewne dziewczyna wpadłaby w większa panikę, jakby dowiedziała się co takiego czyni jej siostrze wampirzy potwór. Chociaż można śmiało stwierdzić, że dziewczynka wcale nie miała źle. Jej sytuacja była znacznie lepsza niż pozostałej rodziny; siedziała w ciepłej kwaterze, najedzona i ubrana. Pozostali Niemcy nie ingerowali w zachcianki wampirzych katów, niemniej komentowali za ich plecami. Fergal zbyt blisko trzymał się Sojków, nie wiedzieli jednak o podłym planie kata.
- Na pewno Maniusia będzie mogła z nami zamieszkać? Nie chcę żeby więcej płakała.
Spytała dziewczynka, chociaż mimo tego że była skupiona. Siedziała po turecku na dywanie, trzymając na nogach wymytą głowę Magdaleny. Starannie skalpowała jej głowę, coby oddzielić skórę z włosami od czaszki. każdą oderwaną część układała na przygotowanej wcześniej srebrnej tacy. Oczywiście przy całej upiornej pracy towarzyszył jej nikt inny niż Schlecht. Siedział naprzeciwko małej, obserwując ją uważnie, jak i również odpowiadając.
- Obiecałem, że wasze życie będzie lepsze. Manuela musi jeszcze na to zapracować, a ty masz ją wspierać. Tak jak ostatnio; nie odcięłaś głowy tej wiedźmy, która pożarła to maleństwo. Manuela ci zabroniła. Następnym razem postaw się jej i powiedz głośno, że musisz wykonać zadanie bo wujek tak rozkazał.
Kontynuował jak widać pranie mózgu dziewczynki. Magdalena wzięta za wiedźmę, a wydarte dziecko miało być ofiarą niezdolną już do życia. Więc jeśli coś do czegoś się już nie nadaje, należy tego się pozbyć.
Dziewczynka uśmiechnęła się i przeszła do czynności wydłubywania oka łyżką. Nabiła ostry brzeg sztućca między powiekę a gałkę oczną i zaczynała ją podważać.
- A jak będę grzeczna, to i mamusia też z nami zamieszka? Bo matula też pewnie będzie szczęśliwa jak wszyscy razem znowu zamieszkamy. Mama, Mania, Szaweł, ja i ty.
Dalej mówiła, wierząc we wszystkie bajki które naopowiadał jej Rekin. Miała jednak inne wyjście? Wyczyszczona pamięć, wspomnienia pozostawione ino z najlepszych momentów, nagadał jej że jeśli będzie współpracować, zostaną ocaleni. A to wszystko tylko po to, aby dobić Sojkę jeszcze bardziej. Zabawa zaczynała mieć wielkie znaczenie, tak samo jak wydłubane oko spoczywające na dnie łyżeczki. Ester uniosła dłoń na wysokość twarzy Schlechta, podsuwając mu łyżkę pod sam nos. Ten uśmiechnął się półgębkiem, odbierając następnie ustami otrzymaną gałkę oczną. Tak, miał dobry humor. Bo nie dość, że plan zaczynał mieć ręce oraz nogi, ale również dlatego że otrzymał całkiem ciekawy raport z bloku medycznego przeznaczonego dla żydów. Krew wampirza dla więźniów? Czyli był jakiś zdradziecki motłoch, karmiących te gnidy cudowną cieczą? Niech tylko dopadnie pewną siebie osobę, zdolną do tak haniebnego czynu.

Dni mijały. Ester została już odprowadzona do innej kwatery, ale nie przebywała z więźniami obozowymi. Samotna dziewczynka czasami błąkała się po terenach obozu, będąc pod szczególną opieką. Parę razy widziano ją też w bloku dla chorych, więc nie była tylko zwykłą halucynacją. Siostra Manueli naprawdę tam była, ale podejść nie mogła. Poruszała się niczym zagubiona dusza, aby później wracać do posesji w której zamieszkiwały wampiry. Bestie jak widać miały w zwyczaju robić sobie z ludzi zabawki, niezależnie od ich przeznaczenia. Esterka miała być kluczem; kluczem prowadzącym donikąd.
Fergal siedział u siebie, parę razy odbywał patrol ale bez zbędnych wysileń. Kilku więźniów sprzątnął, pogryzł lecz nie odczuwał tak wielkiej satysfakcji, jak przy Sojce. Poza tym odbywał też kilku dniową karę za użycie krematorium. Jak widać Beret nie chciał nawet słuchać wyjaśnień podopiecznego, który użył pieca dla własnych celów. Kara jak widać była dość mocna, wszak rozchodziło się o Manuele - zakaz widywania dziewczyny. A gdy dni minęły, od razu rozkazał Unziemu przyprowadzić ledwo co wyleczoną kobietę do kwater. Cóż, miał Unzi powiedziane, że nie może powiedzieć jaką przyczyna naprawdę była niemoc widywania jej, niemniej za brak pracy też oberwie. Podwójnie.
Lekarka nie miała nic do gadania, Sojka musiała opuścić blok i udać się z szalonym krwiopijcą prosto do jaskini potwora. Zadowolony wampir nie omieszkał zaciągać się słodkim zapachem krwi. Naturalne krwawienie. Tak, wampiry je lubią, dla ludzi są nieprzyjemne, a te skurwiele dostają szału. Nawet sam szalony z trudem powstrzymał się aby wbić w nią zębiska. Nie obyło się więc bez przyspieszenia i dosłownego wepchnięcia jej do środka. Znowu. Znowu te meble; niby przytulnie, czysto. Całą atmosferę psuła tylko ta ludzka czaszka. Powinna się żydówka domyślić do kogo ona należała. Co gorsza, nie miała na sobie ani odrobinę skóry. Wyczyszczona do czysta.
Jednak nie to było najgorsze; największy koszmar zaś siedział za biurkiem. Ślepia wampira dosłownie na wskroś przeszywały postać drobnej kobiety. Wyglądała lepiej. Czyżby działanie wampirzej krwi? A co do posoki... Bo to głownie o nią chodziło, metaliczna woń unosiła się w powietrzu i Niemiec wyczuł już ją nim Sojka weszła do pokoju. Miał w zwyczaju wykonywać ruchy gwałtowne, bez zbędnych zapowiedzi i teraz też tak było. Wstał z fotela, wyminął biurko aby zaś dopaść do Manueli. Dyszał zaś, a mina świadczyła o tym, jakby znowu ktoś wyłączył jego mózg. Czerwone ślepia wyrażały niezaspokojone pożądanie. Przyciśnięta Sojka do ściany, nie miała jak uciec. Dłoń wampira wsunęła się pod jej spódnicę.
Spoiler:
 

Oderwie się po dłuższej chwili, lecz spokoju kobiecie jeszcze nie dawał. Zawisł teraz nad nią, opierając rękoma tak, że głowa Sojki znajdowała się między nimi. Z wyszczerzonych, zakrwawionych zębisk wydobywał się gardłowy warkot.
- Twoja siostra. Ona zaczyna pachnieć podobnie.
Powie zniżonym tonem głosu, po czym nakieruje się roztwartą szczęką na jej szyję. Jak widać ten dzień miał być jedynie porą obiadową, niczym więcej. Po jakże przyjemnym posiłku wstanie z niej. Sięgnie po zmiętolony ręcznik, aby wytrzeć usta i rzuci nim w  żydówkę.
Wciąż odczuwał skutki małego napadu szału. Nerwowo oglądał się za Manuelą, czując przyciskający zapach miesiączki.
- Piłaś naszą krew?
Padło dość niespodziewane pytanie, prawda? Schlecht stał nad nią, tak by czasami nie poczuła się swobodnie. W każdej chwili mógł po nią sięgnąć, aby na nowo zacząć od nowa zlizywać jej krocze. Niemniej kusiło go to tego znowu i zapewne dojdzie jeszcze raz, lecz pierw musiał dowiedzieć się istotnej rzeczy. Chociaż już ciężej się powstrzymać. Zmuszony zatem oprzeć się tyłkiem o brzeg biurka i zasłonić usta oraz nos dłonią. Mimo iż furia głodowa dodawała sił, to jednak dla każdego wampira mogła stanowić ona słabość. Brak opanowania, upokarzające zezwierzęcenie. Tak ma się zachowywać mundurowy?

_________________
mowa japońska || mowa niemiecka || mowa polska

Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 DhL3upP

卐Laurka卐
THEME||VOICE
Powrót do góry Go down
Manuela
Manuela
Manuela
Manuela

http://vampireknight.forumpl.net/t4162-manuela#91509 http://vampireknight.forumpl.net/t4173-manuela http://vampireknight.forumpl.net/t4161-manuela
Zarejestrował/a : 28/06/2019
Liczba postów : 127


Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 Empty
PisanieTemat: Re: Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3=   Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 EmptySro Wrz 18, 2019 9:25 pm

Manuela nie wiedziała, w co została zamieszana i ile jej kruche życie zaczęło znaczyć w obozie, zwłaszcza wśród wampirzej części. Nawet jeśli Fergal nie przyznałby tego głośno, to jednak miał od dłuższego czasu świra na punkcie Żydówki i reszty Sojków. W końcu sam Bereth musiał interweniować, a co za tym idzie, zwrócić także swoją uwagę na Manuelę oraz resztę rodziny. Tym razem skończyło się tylko na głupim zakazie widywania Żydówki – ale co będzie następne, gdy Rekin znowu nabroi?
No i czy zbyt duże zainteresowanie Fergala Manuelą nie zacznie w końcu wzbudzać podejrzeń? Przecież była tylko jedną z wielu, wielu ludzkich Żydówek – Rekinowi nie powinno więc chyba aż tak zależeć na jej osobie, prawda?
Sama Manuela nawet sobie nie zdawała sprawy z tego, że był ktoś, kto miał nad Fergalem władzę i kto mógł kontrolować jego zapędy. Gdyby została uświadomiona, może próbowałaby w jakiś sposób zwrócić się do Beretha – na razie jednak myślała, że to Fergal przewodniczy wszystkimi wampirami w obozie i że nikt nie stoi wyżej od niego. Nie widziała w końcu, aby ktokolwiek mu się postawił – nawet szalony i nieobliczalny Unzi, mimo pragnienia, bał się skosztować coś, co nie należało do niego.
Kiedy w zasadzie Manuela stała się własnością Fergala? W którym momencie zaczął rościć sobie do niej prawo, przez co wszyscy inni, czy to więźniowie, strażnicy, czy wampirzy esesmani, bali się mieć z nią do czynienia?
Stała teraz przy drzwiach, obserwując, jak Fergal znowu, w gwałtowny, nieokrzesany sposób, wstaje zza biurka i z żądnymi, zaczerwienionymi oczami kieruje się w jej stronę. Nie potrafiła u niego rozróżnić łaknienia krwi od seksualnego pożądania – musiała więc być gotowa na wszystko. Jak zawsze zresztą. Do tego już przywykła.
Miała oberwać za brak pracy, tak? Czyli za coś, czemu i tak nie była winna? Niech będzie – zniesie kolejne upodlenie, kolejne cierpienie i kolejne rany. W końcu sama tego chciała, gdy błagała Beatę o wampirzą krew. Dobrze wiedziała, że jej śmierć oznaczałaby śmierć Esterki. Może i Fergal męczył całą rodzinę, ale to na Manueli wyżywał się najbardziej. Musiała więc wytrwać w jego zabawach, aby nie zabił innych.
Zanim do niej dopadł i przygwoździł do ściany, zdołała ujrzeć białą, gładką czaszkę – nowy element wystroju, którego wcześniej tu nie było. Nogi się pod nią ugięły na samo wspomnienie jej kochanej Esterki z głową Magdaleny w swoich chudych rączkach i gdyby nie silne ramię Fergala, niechybnie by upadła.
Jego ręka dorwała się do jej kobiecości i Manuela zdążyła nawet zaprotestować, a raczej, w jej mniemaniu, ostrzec:
Posłuchaj, mam miesięczne krwawienie, przecież chyba nie chcesz w takim stanie…mnie mieć.
Spoiler:
 
Odetchnęła z ulgą, kiedy w końcu się oderwał, i nawet z wdzięcznością przyjęła ugryzienie w udo – choć o wiele bardziej bolesne, to jednak mniej zdziczałe od poprzedniego aktu.
Nie odzywała się przez cały czas. Zagryzła nawet zęby na własnych palcach, aby nieopatrznie nie jęknąć z bólu albo z powodu tego nowego, dziwnego doznania. Dopiero kiedy oderwał się od jej uda i nad nią zawisł, ośmieliła się nieco podeprzeć na jednym barku. Drugą ręką nerwowo sięgnęła do swojej spódnicy, aby zakryć kobiecość.
Nawet gdy ją wcześniej gwałcił, nie czuła się tak naga i pozbawiona prawa do intymności jak teraz.
Spojrzała na niego ze strachem, próbując wybadać po jego oczach, czego jeszcze od niej chciał. Ciepła krew spływała mu z wyszczerzonych zębów na jej szyję i dekolt.
Spodziewał się, że dostała miesiączki? Wiedział o tym i dlatego po nią posłał? Czy może to był czysty przypadek?
Esterka? – zapytała najpierw głucho, bo nie dotarł do niej właściwy sens tych słów.
Dopiero gdy wgryzł się w jej szyję i zaczął ciężko dyszeć przy jej uchu, zrozumiała, co miał na myśli.
Nie! On nie mógł przecież…! Nie jej siostrę! Ona miała ledwo…
A co jeśli już ją skrzywdził? Przecież mała przebywała przy nim cały czas! Co jeśli Manuela się spóźniła? Co jeśli… ją też już miał?
Nie rób jej tego – niemal zapłakała, odchylając głowę tak, aby miał łatwiejszy dostęp do jej szyi. Nie chciała mu teraz niczego utrudniać. – Nie wiem, co się stało, że… że zaczęła cię słuchać, ale… nie wykorzystuj jej do tego. Masz mnie. Rób mi, co chcesz, kiedy chcesz. Tylko nie jej. Jej nie. Ja będę twoja. Ale ją zostaw.
Zaczęła ciężej oddychać ze strachu na samą myśl, że Fergal mógłby dobrać się do jej małej siostry. Podniosła drżące ręce i ośmieliła się położyć je na barku oraz karku Rekina.
Nie po to, aby go odepchnąć – ale po to, aby bardziej przyciągnąć go do swojej szyi i aby nieśmiało pogładzić go po ciele.
Puste oczodoły Magdy wpatrywały się w nią jak w zdrajcę. Ale w końcu Manuela już nim była – oddawała dobrowolnie swoje ciało i krew zabójcy swojego ojca i trzech braci, mężczyźnie, który ją zgwałcił, który zmusił ją do podwójnego zabójstwa i który rozkazał jej słuchać, jak Esti doznaje najgorszych z cierpień.
Ale przecież już wcześniej, przy Magdzie, oddała swoją duszę, więc co jej teraz pozostało?
Nie złapała zakrwawionego ręcznika, gdy w końcu się od niej oderwał i wytarł własne usta. Podniosła go dopiero po chwili, powoli, jakby była zmęczona, i przyłożyła do krwawiącego uda. Naciągnęła spódnicę jeszcze bardziej i usiadła. Nie podniosła się jednak, bo Fergal nadal był obok.
Kolejne pytanie przyprawiło ją o szybsze bicie serca, ale i tak było niczym w porównaniu do tej ukrytej groźby, która wcześniej padła z ust Fergala.
Wahała się przez moment – nie chciała wydawać Beaty. Nie mogła. Kobieta była dla niej zbyt dobra. Zresztą nie chodziło tylko o to. Ona jedyna mogła leczyć jej ciało po zabawach Fergala. Jeśli Rekin dopadnie pielęgniarkę, kto będzie ratował Manuelę na skraju śmierci?
Sojka odwróciła więc wzrok i wlepiła go w losowy punkt w pokoju.
Nie, nic nie piłam. Nie wiem, o czym mówisz. Byłam w szpitalu – mówiła tak spokojnie, jak tylko mogła. Zerknęła na niego kątem oka, gdy oparł się o biurko, i zaczęła się powoli podnosić. – Miałam pracować. Podobno dlatego po mnie przysłałeś. Co chcesz, żebym robiła?
Choć posłusznie zdawała się na jego wolę, przyjęła drętwy, wyjątkowo niezmącony bólem ton. Zabicie Magdy i jej dziecka najwyraźniej chwilowo wyprało z niej emocje. Uczepiła się jedną ręką ściany, ścierając ręcznikiem krew płynącą po jej lewym udzie.
Powiedz mi, co się stało z moją siostrą. Dlaczego tak cię nazywa? Co jej… – urwała, zdając sobie sprawę, że jeśli oskarży teraz Fergala, to może go wprawić we wściekłość, więc zapytała łagodniej: – Co jej się stało?

Unzi nie mógł się otrząsnąć po zapachu świeżej, miesięcznej krwi u Manueli. Podobnie jak Fergal, również szalał za takim przysmakiem, a w obozie akurat było go jak na lekarstwo – większość więźniarek, którymi zabawiał się Unzi, nie krwawiła przez wycieńczenie i głód.
Fergal to prawdziwy szczęściarz, że akurat organizm jego Żydóweczki poprawnie funkcjonował. I gdyby nie był jedynym wampirem w całym obozie, który go autentycznie przerażał – jego, jednego z największych szaleńców w tej okolicy – to z pewnością sam dobrałby się do Sojki.
Teraz jednak musiał odreagować tę słodką, niesatysfakcjonującą chwilę, gdy prowadził kobietę do Fergala. Udał się więc do Schulza i jego pokopanego laboratorium, aby ten dał mu jakiś świeży, miły okaz. Doktor co prawda głównie prowadził eksperymenty na mężczyznach, jednak parę kobiet też dorwał w swoje łapska. I to zwykle zdrowe, gotowe do rozpłodu – które czasami na żywca otwierał, aby zbadać ich układ rozrodczy. Unzi nie mógł sobie odmówić takiej uczty, nawet jeśli wkurzy Schulza zabraniem jednego z obiektów.
Gdy wszedł do szpitala, od razu głośno zawołał, nie przejmując się pacjentami obok:
Doktorku! Dawaj mi tu jakąś małą Żydówkę! Albo Polkę! Albo chuj tam, skąd będzie, byleby była zdrowa! – Wszedł dziarskim krokiem w głąb szpitala i odnalazł Schulza – akurat przy pacjentach zarażonych na tyfus.
Unzi staranował kilka śmieci po drodze, kompletnie się nimi nie przejmując, i dopadł do biurka doktora. Spojrzał na niego przekrwionymi, rozbieganymi oczami.
Rekin kazał posłać po tę swoją, wiesz, po Sojkę, a ta suczka dostała okresu, rozumiesz! – Nie spuszczał z tonu, zbyt rozemocjonowany. – Nie mogłem jej tknąć, bo dostałby szału! Zresztą na pewno teraz bezmyślnie ją spija, bo sam ma bzika na punkcie tej krwi! – warczał, niemal przewracając stół, przy którym Schulz siedział z jakimś żydowskim pacjentem. Unzi spojrzał z wkurwieniem w oczach na biedaka. – CO SIĘ GAPISZ, ŚMIECIU?! WYPIERDALAJ STĄD! A ty, doktorku, raz-dwa szykuj mi jakąś dziewkę, bo nie wytrzymam! – rozkazał i natychmiast się roześmiał, mimo że jeszcze przed momentem na czole pulsowała mu żyłka.
Schulz tylko westchnął przeciągle i surowym spojrzeniem odesłał chorego. Zaraz po tym podniósł się, aby iść do jednej z pacjentek.
Cholerne wampiry i ich cholerne słabości.
Chociaż… Doktor spojrzał kątem oka za wychudzonym Żydem, który akurat opuszczał pomieszczenie, i uśmiechnął się półgębkiem.
Może akurat dzisiaj ta słabość przyniesie coś ciekawego?

Unzi nie wiedział, że wyryczał te wszystkie informacje przy Szawle, bracie Manueli, który nadal nie zrezygnował z planu zaatakowania Rekina. Wręcz przeciwnie – wspólnie z Jakubem i innymi miał zamiar zrobić to na dniach.
Początkowo przeraził się informacją o tym, że Fergal dopadł Manuelę, gdy ta miała miesięczne krwawienie, bo nie dowiedział się, czy jego siostra wyszła z tego cało, ale…
Po chwili przemyśleń zrozumiał, że to mogła być dla niego szansa. Dla niego i dla chłopaków.
Nawet jeśli Rekin znowu skrzywdził jego siostrę, nawet jeśli… nie daj Boże… zabił… To tym bardziej musieli go zaatakować.
A teraz przynajmniej wiedział, jak zwabić go w jakieś miejsce, w którym nikt nie zauważy buntu więźniów.
Gdy tylko wszedł do sali, gdzie przebywali inni chorzy na tyfus – niektórzy już w zaawansowanym stadium choroby, z zaropiałymi, obolałymi ciałami – dopadł do swoich przyjaciół. Zanim cokolwiek powiedzieli, schwycił jednego z nich mocno za ramię i usadził na twardej pryczy. Był cały w emocjach i chłopaki mogły to dostrzec.
Wiem, jak wywabić tego potwora. Wiem, co zrobić, aby wyszedł z tej zamkniętej kwatery. Na Boga, rozwiązałem ostatni problem – szepnął w jidysz i zniżył ton, tak aby koledzy go usłyszeli.
Opowiedział im sytuację, której przed chwilą był świadkiem, nerwowo rozglądając się na boki. Chyba nikt ich nie podsłuchiwał.
Musimy tylko znaleźć jakąś… która nadal ma okres. Adam! Może twoja siostra, co? Ona też przecież ładna, nie zakatowali jej. Może by się nadała? Może nadal zdrowa? – zwrócił się do jednego z Żydów, ale ten aż zacisnął mocno szczękę z wściekłości.
Definitywnie nie chciał poświęcać własnej siostry. Nie chciał, aby wpadła w łapska Rekina. Wyszarpnął więc ramię spod uścisku Szawla.
Musimy powiedzieć Kubie o Mani – zmienił temat. – Powinien wiedzieć, że on ją…
Szaweł uciszył go syknięciem i gestem dłoni.
Ani słowa mu! Już teraz jest załamany. Jak tylko słyszy o Rekinie i… Mani, to prawie beczy – westchnął Sojka, przypominając sobie, jak jego przyjaciel nie chciał nawet rozmawiać na temat Fergala i Manueli.
Taki już był – spokojny, łagodny, nieskory do bójek. I zbyt kochający. Szaweł z kolei był grubo ciosany – cierpiał, oczywiście, że też cierpiał, ale tego nie pokazywał. On był w stanie przemóc ból.
Kuba nie musiał wiedzieć o tej części planu.
Już miał dalej się zastanawiać, kogo wykorzystać jako przynętę dla Fergala, gdy usłyszał z tyłu surowy głos Schulza:
E27! – Zwrócił się do Szawła. –  Z rana przyjdzie Estera. – Nie precyzował, że chodziło o jego siostrę. Nie miał zamiaru. Szaweł powinien dobrze wiedzieć, o kim mowa, bo Esti od paru dni pomagała przy więźniach. – Podobno w jednym z baraków z dziećmi jakiś chłopiec ma wysypkę na języku, ale te darmozjady kryją który dokładnie. Nie mam zamiaru sam zaglądać wszystkim ścierwom do gardeł, ty to zrobisz. Estera cię tam zaprowadzi. Ma ci pomóc go znaleźć i wspólnie go przyniesiecie. Jeśli okaże się, że chłopiec zaraził się tyfusem, to może być ciekawy obiekt do badań. – Doktor aż zatarł ręce z emocji i zaświeciły mu się oczy. Zaraz po tym opuścił pomieszczenie – najpewniej aby zobaczyć, co Unzi wyczyniał z jedną z jego pacjentek. Zanim wyszedł, zagrzmiał jeszcze: – Weź jednego do pomocy, gdyby ten mały gad się szarpał!
Adam spojrzał ponuro na Szawła.
Ty przynajmniej widujesz swoje siostry – burknął, kładąc się na twardej pryczy. – Iść z tobą? Wszystko lepsze od czekania tutaj na śmierć.
Szaweł nie mógł powstrzymać uśmiechu. Kiwnął głową do Adama i usiadł obok niego. Będą musieli jeszcze z chłopakami wymyślić, gdzie znaleźć przynętę dla Fergala – ale to może poczekać do jutra, gdy już zobaczy się ze swoją małą Esti.

_________________


Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 Julia-11


Japoński: #993300
Rosyjski: #cc0033
Polski: #009900
Jidysz XD: #0033cc


Bracia Schlecht SZLETH.
Jak ja ich, kurwa, nienawidzę.

Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 12310
Miłość Ferga i Mańki w trzech aktach.
Powrót do góry Go down
Fergal
Prefekt
Prefekt
Fergal

http://vampireknight.forumpl.net/t1888-fergal#40176 http://vampireknight.forumpl.net/t3750-fergal http://vampireknight.forumpl.net/t3672-fergal#79795 http://vampireknight.forumpl.net/t3641-fergal#79025
Zarejestrował/a : 25/06/2015
Liczba postów : 780


Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 Empty
PisanieTemat: Re: Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3=   Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 EmptyNie Wrz 29, 2019 12:28 pm

Kobieta po prostu miała pecha, podczas gdy pokazała że nawet i w słaby sposób potrafi pokazać pazur, co jest raczej normalnym odruchem jeśli chodzi o ochronę życia rodziny. Niemiec wykonał w głowie swoją pokręconą analizę i uznał, że Manuela może sprawiać kłopoty. Więc czemu nie zdusić już jej na samym początku? Jednak kto by przypuszczał, że zamiast pozbawić ją życia, wciąż ją przy sobie miał? Należała do niego, inni nie mieli prawa jej tknąć. Wampir naznaczał ją w każdy możliwy sposób; poprzez gwałty, ugryzienia. Czasami nawet kłócił się z innymi pobratymcami co do jej posiadania. Już wtedy nie tylko Sojka miała przez to kłopoty, ale Schlecht również. Beleth już był wściekły na nieposłuszeństwo swojego podopiecznego. Nie wykonywał do końca swoich obowiązków, często się nawet z nich wymykał, byleby tylko dorwać Sojkę i spełnić na niej swoje chore żądze. Naprawdę myślał, że w końcu się na nim to nie odbije? Już raz doszło do kary. Co jednak będzie potem?
Było inaczej, owszem. Kto by przypuszczał, że Rekin może mieć tak wielkiego bzika na punkcie oddawanie naturalnie krwi. Może chodziło o odmienną woń? Albo o miejsce pochodzenia? Delikatna sprawa dla kobiety, więc tym bardziej zakazana dla otoczenia. Może już chodziło o kwestię złamania? Albo po prostu instynkt drapieżnika zaczął działać przez woń, pobudzając apetyt. Po prostu chciał ją zjeść. Ot, bez owijania w bawełnę.
Również nie wiedział co Manuela miała dzisiaj do zaoferowania, jej okres był czystym przypadkiem. Fergal chciał tylko upić z niej krwi w ramach kary za obijanie się, jak i dla własnego zaspokojenia. A że stało się tak, a nie inaczej, to już tylko pluć na podły Los. Jak widać Sojka nie urodziła się pod szczęśliwą gwiazdą. Ma cierpieć za to kim jest. Przykra sprawa, lecz Niemiec ani na trochę nie poczuł do niej współczucia.
Jak można czuć obrzydzenie do krwi? Nieważne z jakiego źródła, ważne że była. Dla wampirów jest ona na wag e złota, wszak to dzięki niej mogą żyć. A że krew pochodziła z intymnego, kobiecego miejsca, jeszcze bardziej się nakręcał. Nie wybaczyłby sobie nigdy, jakby jej nie spróbował. I nie pożałował. Nie zwracał nawet uwagi ile razy ją okaleczył, zranił czy boleśnie pogryzł. Dobierał się, nie bacząc na to, że poniekąd mógł sprawić kobiecie "przyjemność". Ważne, że on dostał czego chciał.
Ostatni raz na dzisiaj ją ugryzł. Biedna i tak już z widocznymi bliznami szyje, ponownie musiała ucierpieć. A wraz z każdym protestującym słowem, wgryzał się mocniej. Mogła przewidzieć, że każde słowo pogrążało ją i przede wszystkim już zaczynała go denerwować. Nawet głaskanie nie pomagało; Niemiec co raz bardziej był wściekły. Więc kiedy przerwał, uderzył kobietę z pięści prosto w szczękę.
- Zamknij się, dziwko.
Syknie na wcześniejsze jej słowa. Nie powinna była się odzywać, przecież doskonale wie, że im więcej jest na Nie, tym bardziej Rekin chce zrobić jej na złość. Wytrze usta dłonią, wstając z niej.
- Pieprzona, żydowska kurwa.
Warknie pod nosem, zostawiając ją na ten moment samą. Niech się ogarnie tym marnym kawałkiem materiału i przestanie go kusić. Wciąż pachniała specjalną krwią.
- Twoja młodsza siostra jest po prostu zwykłą, małą i chytrą pizdą. Kiedy dowiedziała się, że przeżyje twoim kosztem oraz reszty rodzina, bez zbędnych wyjaśnień zgodziła się na wszystko.
Wiadomo, że skłamał. Pominął już fakt, że pogrzebał w jej wspomnieniach, że wpoił jej iż cały ten obóz jest jednym, wielkim przedstawieniem. Esterka wierzyła o swoim udziale w teatrze, o wielkiej karierze jako aktorka. Się mała kurwa zdziwi.
Czyli coś wiedziała? Widział w niej moment zawahania, kiedy usłyszała pytanie. Coś mała szuja ukrywa, Fergal aż się zagotował ze złości. Zacisnął mocniej szczęki, dłonie w pięści. Podszedł do niej, łapiąc za kawałek ubrania.
- Lepiej mów prawdę, Sojka! Widać już na kilometr, że łżesz jak pies!
Wydrze się na nią i odrzuci. Chyba był już zbyt zmęczony na dalsze zagrywki, musiał stanowczo odpocząć. Picie krwi też męczy. Potrze dłońmi twarz,  kierując się za biurko. Tam spoczął na fotelu, odchylając się od razu lekko w tył.
- Jesteś głupia? Przecież już ci mówiłem; siostrzyczka dostała szanse na życie, jeśli odda ciebie i resztę twojej zapchlonej rodziny. Umrzecie przez nią, chociaż... Ją też zabiję. Po tym jak wy umrzecie. Oderwę jej kończyny, przybiję do tej ściany, ot na pamiątkę jej naiwnego myślenia.
Na co to mówił? Czemu wskazywał ścianę tuż nad Manuelą? Chciał żeby wiedziała, jak bardzo jej cała rodzina prócz niej samej mają przerąbane. Jaką chorą zabawę ma Schlecht kosztem biednych ludzi. I ten jego perfidny rekini uśmieszek, co było rzadkością. Wszak uśmiechał się nie za często.

A co się działo podczas trwania koszmaru Manueli? Unzi zaczął się awanturować odnośnie ofiar. Jak widać wampirom już nie pasowało, że Rekin ciągle zabawia się jedną konkretną żydówką i co gorsza, nawet nie znają prawdziwej przyczyny. Nawet i nocne stwory potrafią między sobą plotkować. Zabawa w pana oraz niewolnicę? A może romans? Nie, raczej drugie odpada, zważywszy na charakter Schlechta. Jemu nie przypisuje się cech kochanka. A co najgorsze plotki nie tylko rozeszły się po wampirzych jednostkach, ale także do ich Opiekuna. Beleth nie dawał po sobie znać, lecz cała ta sytuacja z ludzką żydówką zaczynała go po prostu drażnić. Jeden z jego najlepszych katów zabawiał się z żydowskim gównem, zamiast wiernie służyć swoim przełożonym oraz wykonywać sumiennie polecenia. Więc jak tylko przechodził przez blok medyczny, słysząc rozzłoszczonego Unziego, od razu pomaszerował w ich stronę. Oczywiście nie przerwał wymiany zdań, chociaż to bardziej wampir krzyczał niż Schulz.
- Unzi. Opanuj się. Pora karmienia już była, więc bądź tak uprzejmy i wróć na swój posterunek; trzeba odprawić wyselekcjonowanych do spalenia.
Spokojny głos człowieka przemówił, na co czarnowłosy stwór aż zadrżał. Czerwone ślepia spoczęły na sylwetce mężczyzny w białym kitlu Surowa twarz łowcy mówiła jedno; lepiej się podporządkuj. Wampir zaklął jeszcze pod nosem, uśmiechnął się i pomachał Schulzowi na do widzenia.
- On tu wróci, Beleth.
Odezwał się doktorek, sięgając w tym samym czasie po papiery jednej z pacjentek. Miała zostać ofiarą Unziego, ale obecność łowcy szybko jej rolę zmieniła. Chociaż i tak krzyżyk na jej karcie padł. Była do stracenia.
Beleth doskonale wiedział, jakie jego wampiry są, wiedział też że nie każdemu z esesmanów się to podobało. Schulz był jednym z niewielu, który myślał podobnie jak łowca.
- Tak, ale nie dawaj wejść sobie na głowę. Unzi krzyczy dużo, może być agresywny, jednak zna zasady.
Odpowie, nie wyrażając żadnego zadowolenia ani też nie chciał pocieszyć człowieka. Nie mógł w stu procentach ręczyć za wampiry, czasami ich natura bywała silniejsza od rozsądku, o czym zresztą dla przykładu świadczy  zachowanie Fergala. Zatem pora przejść do głównego powodu odwiedzin Schulza.
- Słuchaj, jest mała sprawa. Wiesz, że jeden z moich katów za bardzo się rozbestwił i karanie go szlabanami już nic nie daje. Kiedy znowu trafi do was ta cała Manuela Sojka, nafaszerujcie ją...
Przerwie, bo sam doktorek wejdzie mu w słowo, oczywiście pierw przepraszając. Pogromca zmarszczył brwi, dając jednak szanse na odzew.
- Nie trzeba jej nic robić. Wystarczą inni zarażeni. Poza tym wiem, że też chciałeś sprawdzić jak wampiry reagują na silne choroby. Dostaniesz świetną ku temu okazję, oraz ukarzesz swojego podopiecznego. Usmażysz dwie pieczenie na jednym ogniu.
Uśmiechnie się podle, patrząc spode łba na Bereta. Mężczyzna przez moment milczał, po czym również się uśmiechnął i skinął głową. Na odchodne poklepał Schulza po ramieniu i skierował się w stronę pomieszczenia w którym odbywało się całe zgromadzenie anty Rekinowe. Łowca nie odezwał się ani słowem, nawet nikogo nie słuchał. Zresztą, nawet jeśli cokolwiek wyłapał z rozmowy, nie zamierzał się wtrącać. Na rzecz nauki trzeba czasami kogoś poświęcić, niemniej zamierzał się biernie temu przyglądać oraz w dobrym momencie wyciągnąć pomocną dłoń.

Znowu schwytana i wyciągnięta ku dworowi. Fergal znowu ciągnął swoją ludzką zdobycz po ziemi. Przecież musiał ją odprowadzić, prawda? Do bloku medycznego? Do baraku? Gdziekolwiek. Chociaż woń jej krwi mąciła mu zmysły, że nawet rześkie, mroźne powietrze nic nie pomagało. Mijał innych pracujących więźniów; wychodzone dzieciaki w pasiakach, mężczyzn budujących kolejne baraki. Były też kobiety, które przyglądały się tej przykrej codzienności dla Sojki. Aczkolwiek znalazły się i takie, które zazdrościły biednej; chociażby tego, że nie musiała golić włosów, że co jakiś czas przesiadywała w ciepłym pomieszczeniu.
- Ona musi spożywać posiłki, mówię wam.
Odezwała się jedna z kobiet, najbliżej stojących. Naprawdę myślała, że nikt jej nie usłyszał? Niemiec nie zamierzał ignorować komentarza. Zmienił nagle kierunek drogi, idąc do wygadanej więźniarki. Jej chudą, pociągła twarz od razu wykrzywił strach. Rzucił Sojkę prosto pod jej nogi. Przybył drugi strażnik. Młody, chociaż dobrze zbudowany ludzki esesman. Zaczął coś tłumaczyć Fergalowi po niemiecku, ale ten zupełnie go nie słuchał. Odebrał od niego tylko szpicrutę.
- NA KOLANA!
Ryknął, na co kobieta pokręciła głową. Krzyczała, że nic nie rozumie, że przeprasza. Ale Schlecht darł się dalej, aż w końcu znalazł się za nią. Jeden solidny cios w zgięcie kolan, pchnięcie ku ziemi, prosto na śnieg. Zaczął ją chłostać na oczach wszystkich. Na oczach dzieciaków, mężczyzn i innych kobiet. Wszyscy mogli stać bezradnie, przyglądać się kolejnemu horrorowi. Ale czy właśnie Schlecht nie stanął w obronie Sojki? Nie uchronił ją przed komentarzami? Nie, na pewno nie można nazwać tego ochroną jej osoby, tylko prędzej swojego Ja.
- NIGDY NIE POMOGĘ ŻYDOWI, NIGDY! Więc nie rzucaj pierdolonych oszczerstw!
Krzyczał, ciągle ją bijąc. Kolejna osoba cierpiała z powodu Manueli, z powodu zazdrości która nie miała mieć miejsca. Pasiak ofiary był już pocięty, skóra, mięso, tkanka. Było widać już kości. Zakrwawiona, lekko błyszcząca. Drugi esesman za bardzo nie wiedział co ma zrobić, a przerwanie całej potwornej sytuacji mogło mieć i dla niego negatywny skutek.
Tak czy siak więźniarka zmarła. Chłosta końca nie miała, bo tłukł jej i ciało. Wreszcie uniósł bucior i stanął na jej głowę, rozgniatając ją jak orzeszka. Strażnik musiał się aż odwrócić, skupić swoją złość na pozostałych, goniąc ich do roboty. Nie chciał oglądać zmiażdżonej głowy, miazgi z mózgu i oczu które gdzieś wyskoczyły. Sporo krwi trafiło też na Manuele. Ale co tam... Miała później gorzej. Bucior cały we krwi wylądował tuż obok Sojki. Fergal wściekle dysząc, musiał aż złapać oddech, wszak zmachał się nieźle przy chłoście. Rękawem wytarł krew z twarzy, która zdążyła go zabrudzić.
- Wyczyść mojego buta.
Źle zwiastował zniżony głos Rekina, zwłaszcza gdy do pomocy dotarła szpicruta; jej koniec dotknął policzka kobiety.
- Językiem. Masz go wylizać do czysta.
Dorzuci, klepiąc na początku lekko po głowie. Później jednak jak zacznie się ociągać, padną pierwsze, mocniejsze uderzenia. Zamierzał bić ją po całym ciele; ramiona, plecy, pośladki. Byleby zadać ból. Co gorsza, świadkiem całego zdarzenia był jeden ze znajomych Jakuba. Mężczyzna nie dowierzał własnym oczom w jak bestialski sposób ich Mania jest traktowana. Niemniej kolejna osoba też się dowie - Beleth. Wtedy łowca już całkowicie się zdenerwuje na krwiożerczego kata.

_________________
mowa japońska || mowa niemiecka || mowa polska

Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 DhL3upP

卐Laurka卐
THEME||VOICE
Powrót do góry Go down
Manuela
Manuela
Manuela
Manuela

http://vampireknight.forumpl.net/t4162-manuela#91509 http://vampireknight.forumpl.net/t4173-manuela http://vampireknight.forumpl.net/t4161-manuela
Zarejestrował/a : 28/06/2019
Liczba postów : 127


Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 Empty
PisanieTemat: Re: Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3=   Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 EmptySob Paź 05, 2019 11:14 pm

Pierwotnie cieszyła się ze swojego miesięcznego krwawienia, które przecież świadczyło o braku ciąży, jednak szybko i w nieprzyjemny sposób przekonała się, że to wcale nie był powód do świętowania. Fakt, że Fergal mógł dzięki temu jeszcze bardziej ją poniżyć i przywłaszczyć sobie kolejną część jej intymnej natury, dobitnie pokazywał, że nie miała już władzy nad niczym, co było związane z jej ciałem – esesman potrafił na swój chory sposób wykorzystać wszystko, co do życia Manueli mogło wnieść przynajmniej nikły promyk nadziei.
We władaniu kobiecie pozostała właściwie tylko (i aż) jej psychika oraz uczucia, które musiała chować coraz głębiej, aby zapewnić sobie i rodzinie przetrwanie.
Chociaż, jak niedługo się przekona, Fergal będzie mógł kontrolować nawet jej myśli.
Ale chwilowo należały jeszcze do Manueli.
W głębi ducha przeklinała samą siebie za to, że stała się tak bierna wobec jego przemocy i sadystycznych aktów. Brzydziła się sobą. Brzydziła się swoich dłoni, które czule dotykały Fergala po karku, swoich ust, którymi właśnie obiecała mu swoje oddanie, i swojej skóry, którą chętnie mu wyeksponowała, aby miał lepszy dostęp do krwi.
Odniosła nawet wrażenie, że puste oczodoły Magdy patrzyły na nią jak na najbardziej obrzydliwego człowieka na ziemi.
Na nic Manueli zresztą zdało się to przymilanie – dostała od Fergala w twarz, mimo że wcale mu się nie opierała. Z kącika ust popłynęła krew, a broda zaczęła pulsować z bólu. Kobieta nie rzekła jednak ani słowa. Przetarła jedynie zranione miejsce i skupiła się na tym, aby jakoś ogarnąć krwawienie z kobiecości i uda.
Skoro miała się zamknąć, to nie wydała już z siebie nawet zduszonego pisku. Także w momencie, gdy Rekin zaczął obrażać jej siostrę: Manuela spuściła tylko głowę, aby zasłonić załzawione oczy włosami, i nadal babrała się dłońmi w swojej krwi.
Nie wierzyła w to, co mówił. Ale przecież nie mogła głośno o tym powiedzieć. Cokolwiek się stało z Esti, jej zdrada na pewno nie wchodziła w grę. Dziewczynka była nawet za mała, aby o czymś takim pomyśleć – nie umiałaby wyrzec się matki i rodzeństwa.
Nie kłamię! – wydusiła w końcu, gdy poderwał ją za ubranie. – Nic nie piłam. Leczyli mnie, ale nie dawali nic do picia. Nie mają wielu lekarstw… dla więźniów – wyjaśniła, gdy gruchnęła plecami o ścianę.
De facto nie skłamała. Beata nie dała jej nic do picia. Fergal po prostu źle sformułował pytanie, na szczęście dla pielęgniarki i dla Manueli.
Chociaż kto tam wie, jak długo dobroduszna Beata jeszcze pożyje? Rekin naprawdę miał nosa, jeśli chodziło o niesubordynację wśród więźniów i pracowników.
Manuela musiała też w ciszy przełknąć malowniczy opis jej rozczłonkowanej siostry. Zacisnęła wąsko krwawiące wargi, wlepiła zamglony wzrok w ścianę, która według słów jej kata miała kiedyś być grobem Esterki, i tylko czekała, aż Fergal wreszcie skończy mówić. Chciała wtedy wrócić na dłużej do baraku, do kobiet, z którymi mieszkała, nawet wydukała, że musi iść do pracy… ale krwiożerczy uśmieszek Rekin uzmysłowił ją, że dzisiejszy horror jeszcze się nie skończył.
W mgnieniu oka znalazł się przy niej i szarpnięciem wyprowadził ją z pokoju. Im dalej szedł, tym bardziej przyspieszał i mocniej ciągnął za sobą Żydówkę, aż w końcu przestała nadążać i upadła w śniegu. Wampirowi to jednak nie przeszkadzało – szedł przez siebie, trzymając Manuelę za włosy. Z jej ran po ugryzieniu ciekła krew, która zdobiła brudny, zbity śnieg.
Manuela nie zwracała uwagi na to, co gadali o niej więźniowie wokół. Wiedziała, jaką miała opinię w żeńskich barakach, a kiedy jeszcze za jej sprawą przepadła Magda, to z pewnością plotki na temat romansu Sojki z Rekinem musiały jeszcze bardziej urosnąć w siłę. Żydówka nie pokazywała się co prawda w obozie od czasu, gdy musiała iść wspólnie z Magdą do krematorium, nikt też nie powinien wiedzieć, co naprawdę spotkało ciężarną, niemniej Manueli wystarczyło parę wyłapanych słów, a już wiedziała, kim teraz była dla więźniarek.
Dziwką. Kurwą. Kochanką esesmana. Zdrajcą. Wspólnikiem nazistów.
A co jeśli to prawda? Może faktycznie taka się stała, odkąd zabiła Magdę?
Jedno oszczerstwo, nieco za głośno, rzuciła chuda kobieta w średnim wieku. Obóz jeszcze bardziej ją postarzył, a szara twarz poorana zmarszczkami wyrażała tylko jedno – ciągły, niezaspokojony głód. Głód pożywienia, głód snu, głód spokoju.
Manuela została porzucona w śniegu, a ofiarą teraz stała się nieszczęsna gaduła. Sojka jej nie współczuła: gdyby kobiecina wiedziała, co spotkało młódkę, którą Fergal rzucił jej pod nogi, z pewnością błagałaby o wybaczenie za te słowa. Ale na jakąkolwiek skruchę było już na późno.
Klękaj. I bądź cicho, na Boga, o nie lubi, gdy ktoś…krzyczy.
Próbowała jeszcze w jidysz ostrzec tę kobietę, aby Fergal przynajmniej odrobinę złagodniał, ale nie zdążyła.
Na biedaczkę spłynęła lawina kopniaków i uderzeń. Fergal chłostał ją z pełną pasją, nie powstrzymując się ani odrobinę. Manuela patrzyła szeroko otwartymi oczami, jak Rekin ciął szpicrutą skórę kobiety, jak prawie wyrywał kawałki mięsa, jak docierał niemal do kości. Znajdowała się tuż obok ofiary, przez co krew i fragmenty ciała co chwilę zdobiły jej ubranie i skórę.
Drugi esesman był kompletnie bezradny. Choć sam miał gdzieś cierpienie Żydów i nieraz wyżywał się na więźniach, nigdy nie widział podopiecznych Beletha w akcji. Ale zdawał sobie sprawę z jednego – że gdy któremuś z tych dziwaków odbije, to nikt nie będzie w stanie go powstrzymać.
Oprócz ich przełożonego.
Dlatego teraz wypatrzył w coraz większym tłumie gapiów innego strażnika i ruchem głowy wskazał mu na kwatery wampirze. Sucho rzucił do niego tylko nazwisko Beletha i machnął wściekle ręką, aby ten się pospieszył.
Żydówka mogła sobie umierać, nic go to nie obchodziło, ale jeśli Fergal jeszcze bardziej się rozbestwi… ta sytuacja mogła się źle skończyć. No i esesman nie mógł przecież pokazywać przed więźniami, że boi się innego nazisty – to podkopywało jego autorytet.
Dlatego teraz stał tylko w ciszy, wyprostowany, z założonymi z tyłu rękami. W środku głowy błagał jednak Beletha o jak najszybsze przybycie.
Manuela tymczasem podniosła się ze śniegu na tyle, że klęczała tuż obok chłostanej kobiety. Więźniowie, którzy stali niedaleko, dla własnego bezpieczeństwa próbowali uciekać, jednak strażnicy, kapo i dalej stojące jednostki przyglądali się z grozą w oczach temu choremu przedstawieniu.
W końcu Fergal stanął ciężkim butem na głowie ledwo żywej, charczącej krwią kobiety i przycisnął jej czaszkę do ziemi. Rozległo się głośnie, nieprzyjemne mlaśnięcie, które poprzedził chrupot.
Manuela poczuła na twarzy krew i resztki mózgu. W jej ustach wylądował fragment zwoju zmielonego z pogruchotaną kością.
Znowu zaznała smaku ludzkiego mięsa. Tym razem jednak odkaszlnęła i wypluła pozostałość po kobiecie na śnieg.
Przed oczami stanęła jej umęczona twarz Magdy i Manueli zdawało się, że to właśnie Madzia, jej kochana przyjaciółka, leży teraz w agonalnych drgawkach obok i dokonuje żywota, że znowu błaga o oszczędzenie życia nienarodzonego dziecka, że zaklina Sojkę na wszystkie diabły i wysyła ją do piekła, że swoją śmiercią pozbawia jej duszy, że…
Wyczyść mojego buta.
Jego głos wyrwał ją z odrętwienia i Manuela dopiero teraz zauważyła, że od kilku sekund wpatrywała się jak zahipnotyzowana w umęczone zwłoki.
Koniec szpicruty dotknął jej policzka, rozmazując na nim jeszcze więcej krwi. Manuela uniosła więc głowę i spojrzała z dołu na Fergala, niczym posłuszne zwierzę.
Chciała zacząć czyścić jego obuwie swoim ubraniem, ale zaraz po tym dokończył rozkaz, więc zastygła.
Spojrzała na buta umazanego całego w posoce, mózgu, kościach i włosach nieboszczki. Jedno oko pozostało na skórzanej powierzchni i rozpływało się po niej, ciągnąc za sobą martwą tkankę.
Nie.
Manuela nie mogłaby tego zrobić. Przecież to ludzkie szczątki, ludzkie mięso, ludzka miazga. Przecież to… to zrobiłoby z niej zwierzę.
Już nie chodziło o sam fakt poniżenia. Miała gdzieś, co mówiliby o niej inni więźniowie – ludzie wykonywali tutaj gorsze rozkazy, aby przeżyć. Ale świadomość, że znowu posmakowałaby czyichś flaków, wprawiała ją w mdłości i powodowała, że kobieta nie chciała wykonać rozkazu.
Za ociąganie się dostała razy: w plecy, kark, ramiona, pośladki, uda. Zakryła głowę ramionami, aby przynajmniej oszczędzić twarz. Krzyczała i jęczała w śnieg, a Fergal nie przestawał bić. Już chyba nawet nie myślał o tym, aby Manuela wykonała jego polecenie – zaspokajał swoją kolejną sadystyczną żądzę, którą było chłostanie Sojki. I niechybnie Manuela zemdlałaby z bólu, gdyby nie nagłe pojawienie się kogoś trzeciego – kogoś na tyle małego, że przemknął niezauważony między strażnikami.
Wujku – Esterka szarpnęła Fergala za fragment munduru, patrząc na niego z dołu, z szerokim uśmiechem. W drugiej ręce trzymała duży wiklinowych kosz, którego wierzch był przykryty ciemną szmatką – wujku, powiedz Mani, że już może wstać! Mam dla ciebie prezent!
Esterka, odkąd Fergal wyprał jej mózg, żyła niemal jak w raju. Była pod ochroną wampirzego kata, więc nikt ze strażników nie ośmielał się jej tknąć. Mała wykonywała lekkie prace, typu „przynieś, podaj, pozamiataj”, głównie zresztą przebywała z Fergalem lub włóczyła się niedaleko Schulza, pomagając mu w medycznych sprawach. Nadal też była przekonana, że obóz to teatr: że jej Mania kocha Fergala, a Fergal kocha Manię, i że są po prostu dwójką piekielnie dobrych aktorów, którzy wspólnie z nią, Esterką, bawią się wyśmienicie w tej wojennej rzeczywistości. Że tak naprawdę nikt nie ginie – bo wszyscy udają.
Nawet ta leżąca kobieta bez głowy.
Esterka mogła chodzić, gdzie chciała, bo i tak w każdym miejscu była posłuszna Rekinowi. Tylko że teraz Fergal musiał zmierzyć się z tą małą, ludzką karykaturą, którą sam stworzył. I to w najmniej oczekiwanym momencie.
Na oczach wielu więźniów i strażników. W biały dzień. Na środku obozu.
Czy wcześniej przypadkiem nie wspomniał głośno, że nigdy nie pomoże Żydowi?
Co okaże się ważniejsze? Duma czy ten jego pokręcony eksperyment, który dopiero zaczynał wprowadzać w życie?
Wujku, dziękuję za cukierki! Mam dla ciebie coś w zamian! – Przytuliła się jedną ręką do jego nogi, patrząc na niego jak na jakiegoś boga. Dzień wcześniej rzucił jej jakieś stare krówki, które i tak pewnie smakowały obrzydliwie, ale dla Esterki były niczym nektar.
Swojej siostry Esti prawie że nie zauważyła. Manuela za to podniosła umęczone, zakrwawione ciało, podparła się rękami i utkwiła oczy w siostrzyczce – znowu zobaczyła ten pusty, na pozór szczęśliwy wzrok małej.
Twoja siostra. Ona zaczyna pachnieć podobnie – przypomniała sobie słowa Fergala.
Boże. Niech on jej nie dotyka.
Esti, chodź do mnie – poprosiła cicho i wyciągnęła rękę w jej stronę.
Ale ta nie posłuchała. Uśmiechnęła się co prawda do swojej Mani, ale i pogroziła jej palcem, jakby ją beształa.
Wujek powiedział, że byłaś niegrzeczna i że będzie musiał cię ukarać. Powiedział, że mam ci się postawić, jeśli znowu źle się zachowasz! – Wszyscy, nawet strażnicy wokół, nie dowierzali temu, co ta mała Żydówka właśnie wygadywała. Jaki, kurwa, wujek? Czyli Sojka naprawdę miała romans z Rekinem? – Mania, Mania! – ożywiła się szybko dziewczynka. – A wiesz, że wujek obiecał mnie nauczyć mówić po niemiecku? HÄNDE HOCH! – wrzasnęła głośno ze śmiechem, jednocześnie podnosząc swoje małe rączki. Upuściła tym samym koszyk.
Wokół nastała przerażająca cisza, bo z zawiniątka wyturlała się odcięta głowa jakiejś rudej dziewczynki. Esterka jednak niezrażona kontynuowała:
Powiedział, że ciebie też nauczy, jeśli tylko będziesz posłuszna! Że nauczy cię liczyć do dwóch i krzyczeć schneller!
Mówiła i mówiła, i mówiła, kompletnie nie rozumiejąc prawdziwego znaczenia tych słów. Ukucnęła w końcu, sięgając po głowę. Podniosła ją, obejmując obiema rączkami, jakby trzymała puchatego zwierzaczka. Manuela zauważyła, że w koszyku znajdowały się jeszcze jakieś słoiki wypełnione czerwoną, mętną cieczą.
W jednym z nich pływały żyły i ludzkie palce.
Matko boska.
Starsza Sojka oparła się dłońmi o śnieg, bo zaczęła omdlewać ze strachu. Co ten potwór kazał robić Esterce?
To dla ciebie! Była bardzo podobna do Anitki – Esterka miała na myśli swoją rudą koleżankę, która spłonęła w krematorium – dlatego ją wybrałam! Pan doktor pomógł mi odciąć głowę i nawet powiedział, że nie muszę jej nosić, ale ja chciałam, ja chciałam, wujku! Bo ja umiem! I to dla ciebie, a ja dla ciebie wszystko.
Odgarnęła rude włosy małej nieboszczki i przytuliła się do jej czoła. Z odciętej szyi nadal skapywała krew, brudząc koszulkę Esterki.
W tym momencie młoda dostrzegła też pobrudzony but Fergala. Już chciała sama się rzucić, aby go wyczyścić, ale Manuela w końcu zainterweniowała – zdecydowanym ruchem przyciągnęła do siebie siostrę, bez względu na to, czy ta nadal miała przy sobie głowę, czy może Rekin ją od niej odebrał.
Jeśli nie odebrał, to mała w tym momencie upuściła ją w śnieg. Manuela zacisnęła na Esterce najmocniej swoje ramiona i zasłoniła ją własnym ciałem.
Zaczyna pachnieć podobnie – te słowa bez przerwy kołatały jej w myślach.
Esterko, pożegnaj się z wujkiem, jestem pewna, że cieszy się z prezentu, ale teraz musimy iść do baraku – powiedziała hardo, bez mrugnięcia okiem, patrząc na Fergala.
Niech ją potem karze za te słowa. Ale niech teraz nic nie robi Esterce.
W takich chwilach powracała niezłomna natura Manueli – dla rodziny wszystko.
Wokół nikt nadal nie ośmielił się nawet szepnąć ani ruszyć. Wszyscy oglądali tę scenę z zapartym tchem – pewni, że zaraz poleje się kolejna krew. Tylko czyja?
Manuela tuliła do siebie siostrę, powoli odsuwając się do tyłu w śniegu. Wiedziała, że jeśli teraz przeżyją, to wszyscy obozowicze będą chcieli ich śmierci, ale trudno.
Musiała wydostać małą z łapsk Fergala. Odejść stąd, do jakiegokolwiek baraku. Porozmawiać w końcu z siostrą sam na sam. Dowiedzieć się, co oni jej nagadał.
Z tyłu, za Fergalem, zaczęło się robić małe zamieszanie. Nadchodziło kilku strażników, wśród nich jeden wampir. A za nimi szła jakaś postać, której Manuela nie znała.
Ale Fergal znał aż za dobrze – Beleth. Był coraz bliżej i krwiopijca już z daleka mógł dostrzec jego niezadowoloną minę.
To na jego oczach Rekin będzie musiał postanowić, co zrobić z dwiema Sojkami, smakowitą głową dziewczynki i tłumem gapiów, który zdecydowanie widział za dużo.
Cóż, sytuacja nie należała do najłatwiejszych, prawda?
Wujku, jutro cię odwiedzę! Rano idę pomóc panu doktorowi, ale potem do ciebie przyjdę, obiecuję! – kontynuowała na domiar złego Esterka, machając zawzięcie Fergalowi spod uścisku Manueli.
Starsza siostra jednak zakryła jej na wypadek usta, gdy pochód z tajemniczym człowiekiem się zbliżał.
Nie znała Beletha, ale wiedziała, że ostatnie, co teraz powinna robić Esti, to mówić jakiekolwiek słowa.

Jednym ze świadków tej chorej sytuacji był Karol, znajomy Kuby. Znajdował się jednak na tyle daleko, że gdy tylko Manię zaczął bić Fergal, mógł dać bezpiecznie dyla. Zanim to zrobił, zdążył jednak być jeszcze świadkiem śmierci żydowskiej kobiety. Gdy zobaczył jej rozpływający się mózg, natychmiast pognał w stronę baraku medycznego Schulza. Sytuacji z Esterką już nie widział.
Po drodze zwymiotował, ale nie przerwał wycieczki. Musiał skorzystać z tego zamieszania, aby dotrzeć do chłopaków. Znał Kubę, chciał mu powiedzieć, co się właśnie działo z Manią, ale było jeszcze coś…
Znał też Adama – jednego z chłopaków, który został zarażony tyfusem. I znał jego matkę.
A raczej to, co z niej zostało po chłoście Rekina.
Rekin nie wiedział bowiem, że wyżył się na rodzicielce jednego z chłopaków, którzy planowali go napaść i się na nim zemścić.
Karol nie chciał być tym, którzy przekaże złe wieści, ale ktoś musiał to zrobić. Sam stracił już w obozie swoich rodziców i brata, bo zostali zagazowani, i w gruncie rzeczy był wdzięczny osobie, która mu to przekazała.
Przynajmniej wiedział, że jego ukochani byli w lepszym miejscu.
Dorwał po drodze jakieś brudne zawiniątko ubrań, które leżało przy barakach, aby mieć jakikolwiek pretekst do wejścia do szpitala, i wyjaśnił strażnikom, że niesie doktorowi Schulzowi próbki do badań. Ci znali już pokopanego nazistę na tyle, że uwierzyli więźniowi i go wpuścili.
W środku, gdy w końcu znalazł salę z chorymi na tyfus, od razu dopadł Adama. Nie dotykał przyjaciela, niemniej stanął na tyle blisko, aby w ciszy przekazać mu druzgocącą myśl.
Szawła nie było obok. Zresztą Paweł nie znał braci Mani, a jedynie jej ukochanego, więc nawet się nie troszczył o młodego Sojkę.
Przekazał Adamowi, co miał przekazać, i ruszył dalej, na poszukiwanie Kuby. Chłopak musiał się dowiedzieć, co właśnie działo się z jego słodką narzeczoną.
Adam tymczasem pozostał sam, z zaciśniętymi pięściami, łzami w oczach i własnymi myślami.
Czyli jego mama nie żyła?
Zginęła… z rąk Rekina?
I to nie bez powodu – zginęła przez Manuelę, tak? Przez rodzinę Szawła?
Tego Szawła, który chciał poświęcić siostrę Adama, aby dorwać Fergala?
Przekrwionymi oczami spojrzał w stronę innej, zamkniętej sali, gdzie znajdowały się zainfekowane szczury.
Nie miał zamiaru porzucać buntu. Tym bardziej chciał dopaść nazistę. I już nawet postanowił, w jaki sposób ściągnąć go w ustronne miejsce.
Skoro Szaweł chciał poświęcić czyjąś siostrę, to Adam nie będzie protestować. Tylko że najwyższy czas poświęcić kogoś z rodziny, która i tak sprawiała problemy.
Jutro z rana, gdy tylko pójdzie z Szawłem i Esti do baraków dla dzieci, złapie małą, zrani ją w odpowiednim miejscu i zaprowadzi niedaleko Rekina. Choćby miał zadźgać Esterkę na śmierć, zrobi wszystko, aby za jej pomocą zwabić Fergala. Może i młoda nie miała miesiączki, ale… w końcu krew to krew, nie?
W ciszy usiadł na swojej koi i wlepił wzrok w swoje chore dłonie, coraz silniej naznaczone tyfusem. Niedługo umrze. A wraz z nim pewnie Fergal i mała Sojka.
Ale Szaweł nie musi tym wiedzieć. Nie dzisiaj.

_________________


Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 Julia-11


Japoński: #993300
Rosyjski: #cc0033
Polski: #009900
Jidysz XD: #0033cc


Bracia Schlecht SZLETH.
Jak ja ich, kurwa, nienawidzę.

Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 12310
Miłość Ferga i Mańki w trzech aktach.
Powrót do góry Go down
Fergal
Prefekt
Prefekt
Fergal

http://vampireknight.forumpl.net/t1888-fergal#40176 http://vampireknight.forumpl.net/t3750-fergal http://vampireknight.forumpl.net/t3672-fergal#79795 http://vampireknight.forumpl.net/t3641-fergal#79025
Zarejestrował/a : 25/06/2015
Liczba postów : 780


Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 Empty
PisanieTemat: Re: Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3=   Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 EmptyNie Paź 13, 2019 7:20 pm

Jeszcze wszystko może ulec zmianie. Kiedyś Manuela odpocznie, jej życie zmieni się diametralnie, aczkolwiek będzie usłane krwawą pościelą. Niemniej miały czekać ją lepsze czasy; czasy w których wreszcie na moment zapomni o cierpieniu, a przywita się z nowym, zamaskowanym koszmarem. Chociaż może lepiej jest żyć w cieniu ułudy niż w prawdziwym, odczuwalnym piekle? Giną jej najbliżsi, sama dokonała mordu i wszystko przez Niemieckiego kata, który teraz spoglądał na nią z jawną pogardą oraz wyższością. Może i mówiła prawdę, nawet starała się ją wykrzyczeć, Fergal i tak nie zamierzał jej uwierzyć. Wszystko co powie, i tak zostanie użyte przeciwko niej; takie zasady w obozie panowały. Żydzi nie mieli nic do gadania, zwłaszcza ci, którzy padli ofiarą wampirów.
Nie było żadnych wyjątków co do ofiar. Najbardziej przerąbane mieli pewni siebie. Jedną z nich była właśnie ta mizerna kobiecina, wskazującą na Manuelę jak na łatwą kurwę. Schlecht zdenerwował się bardzo. Nie chodziło o to, że Sojki duma została zniszczona, tylko to, że miała czelność połączyć jego personę z nic nie znaczącym żydem.
Wylądowała przed nim na brudnym, zadeptanym śniegu. Jej wychudzone ciało ginęło od silnych uderzeń końca szpicruty. Tylko ten potworny dźwięk rozrywanego mięsa, przecinał ciszę niczym ostrze. Nawet esesmani stojący z boku obserwowali z niesmakiem całe wydarzenie. Ktoś wreszcie powiedział o łowcy, ktoś wreszcie miał po niego się udać. Przywołanie do porządku więźniów, miało skończyć się ich rozstrzelaniem. Nikt oczywiście nad nimi nie zapłacze, tutaj chodziło o bezpieczeństwo samych ludzkich strażników. Doskonale wiedzieli kogo Beleth sprowadził na tereny obozu. Bali się, że bestia w szale rzuci się i na nich. Fergal właściwie mógłby to zrobić, jeśli któryś z nich odważyłby się teraz go obrazić. Póki co Manuela musiała znosić potworne cierpienie.
Znowu odebrano przez nią życie. Jak się z tył czuła? Jak spojrzy w oczy matce?
Kiedy czaszka pękła pod naporem obuwia, powinna już wiedzieć, że Schlecht doczepi się teraz do niej. I tak się też stało; miała wylizać buta.
- Nie ociągaj się! Masz go wylizać! NO JUŻ!
Po krzyku przeszedł w czyn; wziął duży zamach i kolejny raz uderzył szpicrutą, ale tym razem w ciało Sojki. Tłukł bez opamiętania. Kiedy się zasłaniała chudymi rękoma, chwytał je mocno, odciągając od głowy. Wszak to tam uderzał najmocniej. Zamierzał ją zabić? Być może. W końcu wpadł we wściekłość... Zrodzona przez plotki, przez krzywe spojrzenia posyłane przez esesmanów. Więźniowie... Oni się nie liczyli. Oni byli tylko kupią mięcha, które niestety zostało powiązane z Rekinem. Teraz Manuela miała zostać workiem treningowym dla poniżonego Schlechta. Nie wiedział, że najgorsze ma dopiero nadejść.
Wujku? Jaki do licha wujek? Przerwał na moment, dysząc głośno od wysiłku który włożył w bicie. Skierował ślepia w postać drobnej dziewczynki przytulającej się do jego nogi. W drugiej dłoni trzymała koszyk. Już stąd czuł zawartość.
Nie odzywał się nic, mała nadawała jak nakręcona. Więźniowie już dawno się rozeszli, wyglądając i przyglądając się sytuacji jak tylko mogli; z baraków, z terenu pracy chociaż oni otrzymywali baty. Ale to stojący blisko strażnicy nie mogli uwierzyć w scenę, jaką przyszło im zobaczyć. Nie wierzyli własnym uszom, że żydowskie dziecko do potwora mówiło Wujku, uśmiechało się i miało nawet prezent.
- Zamknij się.
Syknął, co obie powinny zrozumieć. Wszak nie raz Fergal używał tych słów, nie raz po nich Sojka miała być grzeczna. Naprawdę nie spodobało się mu obecne wydarzenie. Miał ochotę stąd odejść, a te dwie skazać na spalenie żywcem. Nie uczynił jednak nic; stał jedynie, ściskając kurczowo uchwyt szpicruty. Nie zdawał sobie sprawy nawet z tego, jak jego oddech przyspieszył. Jak rekinie zębiska obnażały się we wściekłym grymasie. A para skrzeli wyrżnęła się boleśnie na karku.
Kiedy z koszyka wyleciała głowa, Schlecht jedynie zerknął na nią. Dziecięca, świeżo odrąbana głowa. Cóż takiego uczyniła Esterka? Właściwie nie dochodziło do niego co mówiła, wpatrywał się ino w martwą twarz dziecka. Bardziej docierało do niego to, co działo się wokół; rozmowy niemieckich strażników, ktoś chrząknął albo wypowiedział imię łowcy.
- Co za wstyd. Kiedy Beleth przyjdzie, niech ogarnie to popieprzone zgromadzenie. Ja nie zamierzam nawet brudzić sobie rąk.
Odezwał się jeden z esesmanów. Dojrzały, dobrze zbudowany mężczyzna, który nie był zadowolony z zajścia, którego był świadkiem. Po ubraniu i oznaczeniach, można było śmiało stwierdzić że jest na wyższym stanowisku. Na niekorzyść Schlechta, to właśnie ten Niemiec pracował razem z Pogromcą i to jego musiał przekonywać do wampirzych działań. Kiedy Fergal dostrzegł jego oddalająca się sylwetkę, ze strachem przełknął ślinę. A to wszystko z czyjej winy? Tej małej kurwy, która teraz wciskała mu odrąbaną głowę. Owszem, odebrał. Wyrwał wręcz, zerkając na nią z już dużą nienawiścią.
- Ja was... JA WAS... KURWA POZABIJAM!
Ryknął, po tym jak Manuela zakryła dziewczynce usta. Cisnął głową w ziemię, po czym wziął solidny rozmach batem. Jedynie czego chciał, to tego, aby siostry Sojki teraz zdechły. Upokorzyły go na oczach ludzkich esesmanów, jeden z głównych właśnie kierował się do nadchodzącego Beletha, kierowali spojrzenia na Schlechta. Coś było nie tak. Łowca z całą pewnością nie był zadowolony z poczynań podopiecznego, czuł już jego karcące spojrzenie. I już koniec bata leciał na twarz Sojki, kiedy rozległ się ten hałas. Strzał. Jeden, krotki celny strzał. Szpicruta upadła tuż obok brudnego buta wampira, a on sam pochylił się chwytając za bark. Pojawiła się krew między palcami, co znaczyło że wampir został ranny. W powietrzu poza smrodem krwi, roznosił się jeszcze inny zapach. Czosnek?
- Nawet teraz nie próbuj się tłumaczyć, Fergal. MASZ iść do kwatery. Tam porozmawiamy.
Odezwał się głos zza pleców Rekina. Mocny, zimny a zarazem stanowczy. Wreszcie wyłonił się człowiek w szarym, skórzanym płaszczu. Jego blada twarz przecinała pozszywana stalowymi szwami czerwona blizna. Nie wyglądał ani na trochę przyjaźnie, zwłaszcza podczas gdy był rozgniewany. Rekin spuścił łeb, zaciskając mocno szczęki. Z gardła wydobył się warkot, a w odpowiedzi Beleth jedynie poklepał lufą broni ranny bark wampira.
- Ruchy.
Ze sporą motywacją Schlecht skierował się we wskazane miejsce, natomiast sam łowca stał przed siostrami. Najgorsza rzecz? Że Beleth był człowiekiem, tak jak one. Więc czemu godził się na potworne działanie? Łowcy podobno mają ratować ludzi.
- Te dwie. Zabrać je. Ta mała ma trafić do bloku medycznego, a starsza pod krematorium. Brakuje rąk do pracy aby przerzucać zwłoki.
Skierował się do stojących nieopodal strażników. Ci od razu wykonali w pośpiechu zadanie; Esterka została znowu oddzielona od siostry, a biedna Sojka zaś trafiła na ciężką pracę. Znajome już krematorium, a koło niego sterta zwłok; wysuszone, chude i do połowy już zgniłe. Dostała do rąk łopatę, taczkę i dwie materiałowe rękawice... Niestety obie na jej dłonie za duże. Miała pracować ze starszym mężczyzną. Kolo pięćdziesiątki, ale pobyt w Oświęcimiu zrobił swoje; chudy, chory oraz osłabiony. Z ledwością pakował nieruchome niczym manekiny ciała na swoją taczkę.
- Nie stój tak, dziecko. Pracuj bo tutaj kapo nie są litościwi.
Mówiąc, nawet na nią nie spojrzał, aczkolwiek z jego słów wynikała czysta troska. Poza tym jego łamany polski podpowiadał, że nie jest on jej rodakiem. Rosjanin? Być może. Chociaż na chwilę Sojka mogła odetchnąć.

Dym papierosowy unosił się z pozostawionego papierosa w porcelanowej popielniczce. Powoli dochodził do całkowitego wypalenia, gdyż został całkowicie zapomniany przez chwilowego właściciela. Był bowiem on zajęty dość nietypową czynnością, której świadkiem był też oparty o ścianę Andre. Jego beznamiętna mina ani nie poruszona postawa, nie wskazywała na to, że pojawiły się w nim jakiekolwiek troski. Nieważne że właśnie teraz był świadkiem potwornego traktowania swojego pobratymca przez Łowcę. Urzekająca melodia wydobywająca się z gramofonu miała zagłuszać odgłosy dławienia się i spokojnego tonu.
- Po raz kolejny zawiodłeś moje zaufanie oraz naruszyłeś własne postanowienie. Dlaczego musiałeś pójść po tą żydówkę? Musiałeś odgrywać beznadziejną scenę przed tutejszym kapitanem? Chcesz zostać wycofany? Ty i twoi bracia oraz siostry? Pomyśl, Fergal. Ile muszę się tłumaczyć przez twoje zwierzęce żądze, których nie umiesz powstrzymać przed marną imitacją człowieka. Co gorsza, inni strażnicy zaczynają się was bać. A ty jako mój najlepszy, najbardziej sumienny kat obiecałeś mi utrzymywanie porządku. Co dostałem? Naganę od wyżej postawionych mundurowych oraz groźbę wydelegowania poza obóz.
Zdenerwowany Pogromca i tak nieźle utrzymywał swój ton. Szkoda tylko, że Fergal nie miał jak dojść do głosu; jego paszcza dosłownie i w przenośni połykała rękę łowcy. Wepchnął ją do oporu do przełyku stwora, naruszając nawet jego szczęki oraz kąciki ust. Co prawda, fizycznie niemożliwe, ale z tak wielką paszczą jak u Schlechta, można zdziałać wiele. Rekin nie tylko dławił się obcym ciałem, ale też odczuwał boleści na skutek skurczów wnętrzności. Wydawał z siebie gardłowe warkoty, lecz nie tylko ze złości, lecz też i zadawanego mu bólu. Beleth obdarzył go dobrotliwym uśmiechem.
- Wiem, że połykasz grzecznie swoje leki na złagodzenie stresu, jednak tym razem nie jestem w stanie ci zaufać. Widzisz do czego doprowadziłeś?
Po tych słowach poklepał Rekina po uwypuklonym gardle. Andre tylko chrząknął. Nietrudne było pojmać i tak już nieźle załamanego wampira, usadowić go na krześle, przywiązując ręce do podłokietników. Chociaż wątpił, żeby i tak się ruszył. Mimo wszystko Schlecht przyjmował każdą karę na klatę.
Ręka łowcy zatrzymała się w pewnym momencie, dając znać, że jeśli wepchnie dalej, uszkodzi całkowicie kata. Kiedy mała kapsułka jakimś cudem została ulokowana w środku, łowca dodatkowo przekręcił ręką i gwałtownie szarpnął, wyciągając ją z jamy ustnej stwora. Drugą ręką chwycił jego głowę, zatykając usta.
- Tylko nie wyrzygaj leku. Jeśli to zrobisz, uśpię cię. Połknij to, co chcesz zwrócić. Poczekam.
Warknie, zaciskając mocniej palce na ustach Rekina. Ślina wcale nie przeszkadzała, wszak Beret to lekarz. Widział oraz dotykał wiele substancji. Natomiast ręka przyodziana w rękawice była cała w ślinie oraz krwi. Gestem przywołał Adnre, aby ją ściągnął. Uczynił to z delikatnym obrzydzeniem, ani razu nie marudząc. Przy okazji podał już prawie wypalonego papierosa łowcy. Ten ochoczo wepchnął go sobie to ust, zaciągając się. Wciąż trzymał łeb wampira, czekając aż ten uspokoi swój żołądek. Na pocieszenie poklepał go nawet kciukiem po policzku. Taki z Bereta dobry opiekun.
- Masz zakaz spożywania żydów i innych więźniów. Będziesz się żywić wtedy, kiedy ja ci na to pozwolę. Oczywiście nie możesz też widywać się z tą żydówką. Inaczej pozbędę się tej twojej zabaweczki raz na zawsze.
Druga kara padła. Człowiek spojrzał na twarz potwora, a ten zmrużył ślepia na znak pokory. Zrozumiał swój błąd, aczkolwiek odczuwał niezadowolenie przez brak możliwości widzenia się z Sojką. Cóż... Nie będzie mógł sobie na niej ulżyć. Ale co jeśli ktoś inny się do niej dorwie?
- Andre, tobie i Unziemu przekazuję opiekę nad blokiem w którym jest ta dziwka.
Czyli obawa najgorsza się spełniła. Szlachetny uśmiechnął się i skinął głową, natomiast Fergal poruszył się nerwowo na krześle. Ale tylko na chwile, lek zaczął właśnie działać.
Po chwili został puszczony. Piekący przełyk został potraktowany wodą, podaną przez Pogromcę. Dopiero teraz mógł uwolnić podopiecznego, który w milczeniu udał się do pokoju w którym zawsze sypiał. A łowca? uprzątnął po sobie i w towarzystwie Andre opuścił kwaterę. Czy wierzył w zrozumienie Schlechta? Ani trochę. Prędzej czy później znowu zechce do niej dobrać.
- Pieprzone wasze, nieokiełznane instynkty.
Wyszczerzy się do szlachetnego, a ten tylko bezradnie odwzajemni uśmiech. Co mógł począć? Beret ma ich w szachu.
Kiedy wreszcie nastał spokój. Cisze nie mąciła irytująca melodia oraz brakowało już jednostek, Rekin ulokował się na łóżku. Wciąż się źle czuł... Nie tylko z powodu postrzału który zawierał w sobie minimalną dawkę roztworu z czosnku oraz sadystycznego sposobu podania leku, ale też z zgładzenia jego dumy. Był wściekły, że te dwa drętwe wampir dobiorą się do naiwnej Sojki, że zniszczą jego plan. Chociaż... Może się jednak mylił? Sięgnął łapą do starannie wykonanego opatrunku znajdującego się na barku. Wciąż czuł smród czosnku...
Więc ludzie naprawdę potrafią być bardziej podli od wampirów, a Beleth był idealnym przykładem. Nawet teraz, kiedy przechodził przez obóz, który spowijał już mrok a jedyne światło było pochodzenia od latarni, spoglądał na pracujących więźniów. Wielu już spało, inni mieli nakaz wielogodzinnej pracy, również nocą... a wśród nich znajdowała się Sojka. Jeśli kobieta przerwie na chwile prace, dostrzeże dwie persony; dobrze znajomego jej Andre oraz łowcę, którzy przez kilka dobrych sekund przyglądali się jej, aż wreszcie udali się ku budynkowi administracyjnemu. Może się tylko domyślać, co te bezwzględne bestie knuły.

_________________
mowa japońska || mowa niemiecka || mowa polska

Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 DhL3upP

卐Laurka卐
THEME||VOICE
Powrót do góry Go down
Manuela
Manuela
Manuela
Manuela

http://vampireknight.forumpl.net/t4162-manuela#91509 http://vampireknight.forumpl.net/t4173-manuela http://vampireknight.forumpl.net/t4161-manuela
Zarejestrował/a : 28/06/2019
Liczba postów : 127


Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 Empty
PisanieTemat: Re: Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3=   Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 EmptySro Paź 16, 2019 11:09 pm

Ponieważ post wyszedł wyjątkowo długi, postanowiłam pierwszą, najmniej ważną, część ukryć w spoilerze.

Spoiler:
 
Pracowała niemal całą noc, póki wszystkie ciała nie zostały przerzucone. Starsi współwięźniowie wykazali się przynajmniej odrobiną współczucia i bez słowa czy jakichkolwiek ustaleń sami sięgali po cięższe trupy. Manuela była wykończona, zwłaszcza że rany nie przestawały krwawić. Gdy tylko miała parę sekund wolnego, próbowała je opatrzyć przy pomocy fragmentu szmatki, którą ratowała się podczas miesiączki, ale to było tylko chwilowe rozwiązanie. Jeśli w miarę szybko nie odwiedzi skrzydła szpitalnego, będzie musiała liczyć się z zakażeniem. Tylko czy dopuszczą ją do Beaty, skoro Fergal coś podejrzewał?
Pilnujący kapo mieli już dość nocnej zmiany, dlatego pod koniec pospieszali Żydów nie tylko krzykami, ale i uderzeniami. Gdy Manuela mogła wreszcie wrócić do swojego barku, zostały jej dwie, może trzy godziny snu. Była tak wykończona, że niemal usypiała na stojąco, ale kiedy w końcu dotarła do swojej jakże uroczej kwatery, okazało się, że sen wcale nie będzie taki przyjemny.
Kobiety z jej baraku zdążyły bowiem dowiedzieć się o wszystkim, co parę godzin temu działo się na zewnątrz. Co więcej, szepty na temat zniknięcia ciężarnej Magdy się nasilały – a gdy jeszcze okazało się, że sam Rekin, najgorszy z najgorszych katów, wstawił się za Manuelą i zabił dla niej starą Żydówkę!...
Sojka nie mogła liczyć na ciepłe przyjęcie, mimo że niemal nic, co myślały współwięźniarki, nie pokrywało się z prawdą. Plotki jednak żyją własnym życiem.
Choć była noc i wszystkie dziewczyny spały, to ciche stąpanie Manueli obudziło niektóre z nich. Tak były nauczone – jakikolwiek szmer zwykle oznaczał nadchodzącego kata, więc trzeba się wybudzić. Gdy okazywało się, że to tylko współwięźniarka, kobiety natychmiast z powrotem zapadały w sen, ale… nie tym razem.
Jebana dziwka. Czemu wróciłaś? Odesłał cię? – Manuela usłyszała Kaśkę, Polkę w średnim wieku. Zaspana, usiadła na twardej pryczy. Powoli zaczynały też kontaktować inne dziewczyny.
Nim zdążyła odpowiedzieć, Manuela poczuła splunięcie na twarzy. Z góry patrzyła na nią kolejna więźniarka, Rachela. Nie odezwała się ani słowem, ale Sojka aż czuła bijącą od niej pogardę.
Otarła policzek i rozejrzała się wokół. Prycza, na której zwykle spała z trzema dziewczynami, nie miała nawet kawałka wolnej przestrzeni. Cała trójka rozłożyła się w taki sposób, aby Manuela nawet nie mogła postawić tam stopy. Żadna z nich też już nie spała – patrzyły na nią twardo, wyraźnie dając do zrozumienia, że nie jest tu mile widziana.
Było tylko jedno miejsce, gdzie pozostało chociaż trochę przestrzeni.
Miejsce Magdy.
Żadna z kobiet go nie zajęła, bo wiedziały, że najpewniej lada moment pojawi się nowa więźniarka. Zresztą była zima – wszystkie się do siebie tuliły w nocy, aby dostać przynajmniej trochę ciepła.
Ale Manuela nie zajęłaby miejsca Magdy. Nie. Nie mogłaby. Nie dała rady.
Kaśka sięgnęła do niej ręką i złapała boleśnie za włosy. Pociągnęła ją za kosmyki w stronę podłogi.
I co, dumna z nich jesteś? Cieszysz się, że pozwolił ci je zachować? Czy kurwy przypadkiem nie powinny siedzieć w burdelu? – kontynuowała Polka. Cicho, ale na tyle, że wszystkie pozostałe słyszały. Na razie jednak żadna się jeszcze nie odezwała.
Manuela zasyczała i wczepiła się w rękę Kaśki. Zostawiła jej na nadgarstku własną krew i wbiła kruche paznokcie w skórę.
Nawet nie wiesz, w jakim jesteś błędzie, wszystkie jesteście. On nie… – próbowała się jeszcze wytłumaczyć przez zaciśnięte zęby, ale dostała kopniaka w głowę.
Upadła na podłogę przez pulsujący ból.
Czyli co? Samosąd? W obozach wcale nie zdarzał się tak często, w końcu strażnicy mogli usłyszeć, no i zwykle nikt nie miał na niego siły… ale najwyraźniej Kaśka nieźle się nakręciła. Sojka wiedziała, że bardzo lubiła Magdę, niektóre nawet podejrzewały, że za bardzo. Więc to coś osobistego z jej strony, a nie chora zazdrość, tak?
Magdę też dla ciebie zabił, suko? Ten twój nazista? – padło kolejne pytanie, a wraz z nim następne kopnięcia. Niezbyt mocne, wręcz słabiutkie w porównaniu z przemocą, jakiej Manuela zdążyła doświadczyć, ale przez to, że zadawane w świeże rany – bolały.
Sojka wreszcie obróciła się na bok i złapała nogę Kaśki. Pociągnęła ją, ale ta nie spadła z pryczy – przestała za to kopać.
Nie zabił jej.Ja to zrobiłam.Zamknij się w końcu i przestań. Czy ty nie widzisz, co mi robią? Czy wy naprawdę myślicie, że ja tego chcę, do diabła?! – zagrzmiała cicho w stronę dziewczyn. Kaśka na moment umilkła, pozostałe jedynie patrzyły, najwyraźniej nie chcąc problemów. Tylko Rachela zeszła powoli z pryczy. – Po prostu dajcie mi spokój! – Manuela wycharczała umęczonym tonem i zaczęła się podnosić.
Byle w końcu znaleźć jakiś kąt na podłodze i spać. Choćby w zimnie i niewygodzie, po prostu spać. Spać, bo inaczej kolejnego dnia…
Rachela dźgnęła ją z łokcia w żebra, Kaśka znowu złapała ją za włosy – przez moment Manuela znajdowała się twarzą w twarz z jej łysą głową, ale Polka szybko przycisnęła jej policzek do zimnej pryczy.
Ej, zaraz ktoś usłyszy – szepnęła jakaś więźniarka. – Dajcie spać… przecież i tak ją jutro zamęczą.
Zamknij się – warknęła tylko Kaśka i drugą ręką złapała Manuelę za gardło. Zacisnęła na nim kościste palce i zaczęła ją przyduszać. Pierwszą dłonią ciągnęła ją za kosmyki.
Wspólnie z Rachelą odwróciły ciało Manueli tak, że ta połową leżała na pryczy, połową siedziała na podłodze. Jej brzuch i klatka piersiowa były wyeksponowane.
Kaśka ciągle naciskała na jej krtań, więc Sojka nie mogła złapać porządnego oddechu i tylko charczała coś niezrozumiale. Dziewczyny, mimo wycieńczenia pracą, były silniejsze. Zdrowej osobie pewnie nie dałyby rady zrobić żadnej krzywdy, ale poranionej – już tak.
Rachela tymczasem sięgnęła do swojej pryczy. Oczom Manueli ukazał się fragment zgniłej, odłamanej belki. Niewielki i raczej wyszarpany z trudem, ale pełen wystających drzazg.
No tak, nikt zbytnio nie dbał o kondycję baraków, zwłaszcza zimą.
Skoro tak kochasz tego swojego nazistę, to mamy dla siebie prezent – odezwała się po raz pierwszy Rachela i zdecydowanie odchyliła ubranie Manueli na wysokości klatki piersiowej. Mocno nacisnęła na bladą skórę na jej lewej piersi, a gdy ta po chwili pękła, zaczęła jechać drewnem dalej, znacząc więźniarkę.
Manuela coraz głośniej syczała i charczała, aż Kaśka musiała przenieść swoją dłoń z gardła na jej usta. Sojka rozpaczliwie złapała oddech, zdążyła nawet krzyknąć, ale Polka szybko stłumiła jej wrzask.
Po nie tak krótkiej chwili udręki nowa ozdoba ciała była gotowa. Kaśka pozwoliła Manueli spojrzeć w dół.
Dziewczyny sprezentowały jej skaryfikację w postaci swastyki. Krzywej, nieudolnej, o chropowatych końcach – ale rozciągającej się niemal na całą pierś. Posoka spływała na żebra i wsiąkała w ubranie, wzbogacając kolekcję i tak wielu brudnych, krwistych plam.
Ale według dziewczyn to nie miał być koniec. Kaśka przerzuciła ją teraz tak, że Manuela znalazła się brzuchem do podłogi. Rachela schwyciła ją za to za biodra, uniosła i bezpardonowo podciągnęła jej spódnicę.
Sojka zaczęła jęczeć coraz głośniej przez palce Kaśki i szamotała się z całej siły. Co te wariatki robiły? O co, do jasnej cholery, chodziło?
Chyba nie chciały jej…?
Rachela zobaczyła, że Manuela krwawiła, i przez moment nie była w stanie wydusić z siebie słowa. W końcu jednak wściekle warknęła:
Muszą cię dobrze karmić, szmato! Pewnie lubisz, jak ten Niemiec cię rżnie, co nie? A może nie tylko on? Takim kurwom jak ty obojętne, co mają między nogami!
Na Boga, nie.
Mało jej było upokorzeń?
Rachela zbliżyła fragment belki do kobiecości Manueli, ale ta w końcu szarpnęła wściekle głową, zawyła głośno i wydostała usta spomiędzy palców Kaśki na tyle, że zdołała je ugryźć. Polka zabrała więc dłoń z syknięciem, a Sojka zaprotestowała – w ostatniej chwili, bo już czuła zimne, kłujące drewno na poranionej skórze.
On cię zabije, jeśli mi to zrobisz! Tak jak tamtą kobietę! – wysapała, zdecydowanie za głośno, niż o tej porze powinna. Jeżeli jakikolwiek strażnik przechodziłby teraz obok baraków, z pewnością usłyszałby te i dalsze słowa.
Rachela zastygła. Kaśka zluźniła uścisk na włosach. A Manuela kontynuowała, wbrew samej sobie, swojemu sumieniu i swoim myślom:
Wszystko mu powiem, wszystko. Powiem, jak się nazywacie, kto z waszej rodziny jest w obozie, gdzie macie narzeczonych, którzy z nich za mało pracują, którzy są darmozjadami, którzy się lenią. On wam nie daruje, zabije was, zarżnie jak psy, gdy tylko się dowie, że mi coś zrobiłyście, że wyrwałyście choćby jeden włos, że dotknęłyście kogoś, kto nie należy do was, że śmiałyście na mnie podnieść rękę – mówiła i mówiła, ciężko oddychając i patrząc na zszokowaną Kaśkę.
Już żadna nie spała. Wszystkie były świadkami wyznania Żydówki, która właśnie potwierdzała swój związek z Rekinem, esesmańskim katem. Co prawda po to, aby ratować własny tyłek, i to dosłownie – ale to dla nich było nieważne.
Pieprzona Żydówka miała romans z nazistą – tylko to się liczyło.
Kaśka w końcu puściła Manuelę i odczołgała się do tyłu. Rachela też się cofnęła. Sojka mogła się wreszcie podnieść, poprawić spódnicę i zasłonić krwawiącą pierś.
Nigdy więcej nie ważcie się tego robić – warknęła ostrzegawczo. – Nie macie prawa, będziecie go błagać o śmierć, jeśli tylko się dowie, że któraś z was mi coś zrobiła. Rozumiecie? Błagać tak jak tamta, ta, której rozgniótł głowę. Będziecie błagać, by zginąć jak ona, jeśli on się do was dobierze. Zrobi to, gdy mu wszystko powiem, bo nienawidzi, kiedy ktoś rusza jego własność. Pojęłyście w końcu? – zakończyła już ciszej, bo ledwo mówiła. Zaczynało jej się kręcić w głowie.
Stała jeszcze kilka sekund, rozglądając się po przerażonych twarzach wszystkich dziewczyn, a gdy się upewniła, że żadna z nich nie ośmieli się zaatakować, podążyła do najdalszego kąta baraku. Zataczała się i podtrzymywała ściany, a kiedy w końcu osunęła się na podłogę, natychmiast podkuliła swoje kolana i przyjęła pozycję embrionalną.
Gdzieś za sobą usłyszała splunięcia, prosto w drewno. Kilka naraz – już nie tylko Rachela i Kaśka były oficjalnie przeciwko niej.
Esesmańska dziwka – mruknęła jeszcze Rachela i wróciła na swoją pryczę.
Żadna z kobiet nie ośmieliła się podejść do Manueli. Pozostawiona sama na twardej, zimnej podłodze, bez żadnego przykrycia, trzęsła się z zimna i bezgłośnie płakała w swoje ramię. Obóz ponownie jej coś zabrał: akceptację przez współwięźniów.
Rzecz niesamowicie ważna – samemu trudno tutaj przeżyć.
Sen przyszedł szybko, pomimo bólu i chłodu, ale wcale nie dawał wyczekiwanego ukojenia. Dziewczyny wokół również zaczęły usypiać, tuląc się do siebie, wymieniając cichymi uwagami oraz wygodniej układając na deskach.
I tylko miejsce Magdy pozostało puste.

Jakub po wizycie Karola był roztrzęsiony jak nigdy.
Tak, wiedział, że ten esesmański potwór upodobał sobie jego narzeczoną i zrobił z niej swoją zabawkę. Słyszał od Szawła czy nawet przypadkowych więźniów o tym, że Fergal ją gdzieś prowadził. Ale nikt nigdy nie był naocznym świadkiem tego, jak ją krzywdził. Przecież ostatnio, gdy Kuba widział się z Manią, tuż przed tym, jak zginął Joachimek, jego ukochana nie wyglądała źle – więc mimo wszystko się łudził, że przynajmniej jej nie bił.
Słowa Karola pogrzebały wszelkie nadzieje, przez co Kuba poczuł jeszcze większą determinację, aby dopiec Rekinowi. Wcześniej nie był przekonany do planu Szawła i reszty, ale gdy dowiedział się, że Mania była chłostana bez zahamowani na środku obozu – zmienił zdanie.
Pierwotnie chłopaki chcieli, aby tylko odciągnął uwagę Schulza, gdy ci będą wykradać szczury. Ale Kuba chciał więcej. Chciał, aby Rekin cierpiał jeszcze bardziej, aby przez ból pragnął własnej śmierci, aby go stąd zabrali, rannego i skatowanego, i aby nigdy więcej tu nie wrócił. Aby nawet nie spojrzał już nigdy na Manię.
Niedługo po wizycie Karola przyszedł do niego, o dziwo, Adam, rzekomo w imieniu Szawła. Kuba nie był informowany o wielu sprawach, dlatego nie mógł wiedzieć o krwawieniu Mani i słabości Fergala, o śmierci matki Adama czy o jego planie wysłania Esterki. Gdyby Szaweł postanowił od początku go o wszystkim informować, może teraz Kuba zrobiłby się bardziej podejrzliwy. A tak? Zaufał całkowicie choremu – w końcu wspólnie z Szawłem miał zaatakować Fergala.
Adam zakomunikował, że kolejnego dnia, z samego rana, mają zamiar wszcząć bunt. Nie wspomniał ani słowem o Esterce i pójściu z nią do dziecięcych baraków. Nakazał Kubie czuwać całą noc, aby w odpowiedniej chwili ściągnął na siebie uwagę całego personelu.
To jednak miało okazać się zbyteczne. Nikt z nich w końcu nie wiedział, że Schulz zawsze podsłuchiwał ich plany, krążąc gdzieś w pobliżu niczym najlepszy szpieg. Bardzo się pilnował, aby więźniowie nie dowiedzieli się o jego znajomości jidysz.
Gdy tylko rozmowa Adama i Kuby dobiegła końca, odczekał kilka godzin, po czym udał się do Jakuba.
Ty – zaczął wściekle, patrząc na niego z góry niczym na śmiecia. – Wstawaj. Masz robotę – wydał rozkaz i bez zbędnych ceregieli podążył w stronę laboratorium, gdzie trzymał wszelkie próbki i okazy.
Pomieszczenie zazwyczaj było dobrze pilnowane, ale skoro bezużyteczny, jednoręki Żyd wszedł tam z samym Schulzem, nikt z personelu nie zwracał na niego dłużej uwagi.
Słuchaj, śmieciu – zaczął doktor, wyjmując z kieszeni fartucha papierosy i zapałki. Otworzył pudełko i już miał wyjąć jedną fajkę, ale się zawahał. Zamknął je i z powrotem schował – ale zapałki rzucił na stół obok. Gestem dłoni wskazał na poszczególne probówki, półki i przedmioty w laboratorium. – To, to i tamto. Masz posegregować te butelki według etykiet. I tak nie zrozumiesz, co oznaczają, ale niech ten twój zakuty łeb zapamięta, że po prostu obok siebie mają stać te same oznaczenia. Z kolei tamte pudełka musisz przenieść do tej szafy. Ale tylko spróbuj coś zniszczyć, to natychmiast pójdziesz do komory! – warknął na sam koniec, po czym popchnął Kubę do roboty.
To nic, że chłopak nie miał jednej ręki. Schulz tym bardziej chciał się nad nim poznęcać. A co najważniejsze – zamierzał mu dać wyśmienitą okazję do tego, żeby bunt na Fergalu się udał.
Z natury był perfekcjonistą i pedantem. Nie zniósłby, gdyby więźniowie chcieli robić zamieszki tylko po to, aby otruć Fergala – skoro wiedział o ich zamiarach, wolał im pomóc.
Miał tylko nadzieję, że ten głupi Żyd to wykorzysta. Słyszał, że Kuba interesował się medycyną, więc intencjonalnie udawał, że ma go za nieuka. I dał mu całe laboratorium, pełne wspaniałości, jak na dłoni.
Gdy wrócę, wszystko ma być zrobione. Rozumiemy się?! – zagrzmiał, a następnie opuścił pomieszczenie, zamykając je.
Kuba został sam na sam ze skarbnicą chorób i specyfików. Nie wierzył w swoje szczęście. A gdy jeszcze zobaczył, jakie buteleczki Schulz kazał mu segregować…
Oj, nie. Tyfus nie będzie jedyną karą, która czeka na Fergala.

Kuba zbudził Szawła jeszcze przed czwartą rano, przed apelem. Nie spał całą noc, zbyt podekscytowany i przerażony, że Schulz wykryje tę małą kradzież. Okazało się jednak, że nie przeliczył nic ze swoich zbiorów – sprawdził jedynie, czy wszystko leży równo, i dla rekreacji zrugał Kubę, że za wolno wywiązał się z zadania.
Niedoszły medyk przemknął się do sali, gdzie leżeli chorzy na tyfus. Nikt o zdrowych zmysłach nie zaglądał tu z własnej woli, bo myślał, że chłopaki zarażają. Żaden niepożądany więzień nie widział więc Kuby.
Nie musicie nic kraść – szepnął, gdy zdezorientowany Szaweł się przebudził, a następnie pokazał skarby. – Ja mam, ja zdobyłem. Teraz wasza kolej.
O czym ty mówisz, czemu tak nagle? – spytał zdezorientowany Szaweł. Pozostali chorzy też się przebudzali, w tym Adam, który odpowiedział za Kubę:
Zrobimy to dzisiaj. Zaraz. Póki jeszcze będzie ciemno z rana. Zaufaj mi – uspokoił go, a widząc, że Szaweł chce znowu o coś zapytać, dodał: – Kuba, jak to zdobyłeś? Co to jest?
Nie mógł pozwolić, żeby Szaweł teraz zaczął dopytywać o przynętę z miesięcznym krwawieniem. Niech Kuba najpierw sobie pójdzie.
To jest fenol – wskazał na niezabezpieczoną strzykawkę, ostrożnie podając ją Adamowi. – Wstrzyknięty do serca zabije każdego. Każdego człowieka. Gdyby wam się udało, to, na Boga, może on w końcu… – Pokręcił głową, nie kończąc. Wskazał na małą butelkę z pożółkłą etykietą, obok której położył zapałki. – Płynny fosfor. Oblejcie go tym, jak największą powierzchnię ciała, a potem podpalcie. Tylko szybko, może wam się uda, skoro was aż czwórka. – Podał ostatni mały przedmiot, jaki przy sobie miał – strzykawka z czerwoną substancją w środku. – Tego nie jestem pewny, nie wiem, czy i jak działa, ale… to świeża krew któregoś z was. Z tyfusem. Wiem, że was potraktował wszami i że chcieliście szczury, ale to potrwałoby za długo. Musicie działać szybko.
Sam słyszał kiedyś, jeszcze przed obozem, od pewnego lekarza, że tylko wszy i tym podobne roznoszą tyfus, a krew uznaje się za bezpieczną, ale… Schulz miał tych próbek mnóstwo, a zarażonych szczurów czy robactwa coraz mniej. Może więc i to działało?...
Nie zdołał nic więcej powiedzieć, bo w oddali zabrzmiał poranny sygnał, który miał postawić na nogi wszystkich więźniów. Kuba ścisnął więc jedyną ręką ramię Szawła i wyszeptał na pożegnanie:
Błagam, dopadnijcie go. Za Manię. Za całą rodzinę. Niech gnije i rzyga własnymi flakami.
Wiedział, że być może widzi przyjaciela po raz ostatni, więc objął go jeszcze po bratersku ręką, poklepał po plecach, po czym szybkim krokiem wrócił do siebie. Szaweł tymczasem spojrzał zdziwiony na Adama. Nie tylko zresztą on – dwaj pozostali, Izaak i Jan, również niezbyt rozumieli.
Jak to dzisiaj? Teraz? A co z… kobietą? Przecież żadnej nie znaleźliśmy. Improwizujemy? – wycharczał Jan i zakaszlał głośno. Choroba przebiegała u niego nad wyraz obrzydliwie.
Adam tylko uśmiechnął się półgębkiem, wciskając mu fosfor. Szaweł zgarnął strzykawkę z krwią, Izaak zapałki. Adam wziął więc śmiertelny fenol.
Zaufajcie mi. Mam kogoś. Tuż po apelu musimy iść z Szawłem do dziecięcego, ale wiedzcie, że tam nie dotrzemy. – Szaweł aż zamrugał niepewnie oczami ze zdziwienia. Od kiedy to Adam przejął całą kontrolę? O co chodziło? Skąd, na Boga, wytrzasnął jakąś kobietę? – Bądźcie dziesięć minut po apelu za krematorium, tym najbardziej oddalonym. Ucieknijcie tam. I tak pewnie dziś zginiemy, więc nie musimy się martwić karą.
I nawet nie pozwolił chłopakom na zadanie większej liczby pytań. Zerwał się szybko ze swojej słomy i w te pędy poleciał na apel. Przecież byli wzorowymi więźniami i nie mogli go przegapić, prawda?

Esterka przywitała Adama szerokim uśmiechem. Przybył pierwszy z apelu. Szaweł został w tyle, ponieważ jakiś zdenerwowany strażnik kazał mu odnieść więźnia, który stracił przytomność. Ale Adamowi to nawet grało – zamierzał w końcu zranić młodą i wysłać ją do Rekina, a Szaweł na pewno by się z początku o to rzucał.
Okazało się jednak, że nawet zranienie nie było potrzebne. Mała bowiem szybko spuściła wzrok i zaczęła przecierać dłonią jakąś szklaną butelkę, którą trzymała.
Była po brzegi wypełniona wodą – Adam nie mógł się nadziwić, skąd Esti, u licha, ją miała.
Co się dzieje, mała? Masz pokazać nam tego chłopaka, co choruje, tak?
Sojka coś wymamrotała, aż w końcu wlepiła zamglony wzrok w Adama. Wydała mu się dziwnie nieobecna.
Pan doktor dał mi lekarstwo dla wujka i powiedział, że mam mu je szybko zanieść. Ja kocham wujka. Jest mi smutno, że choruje.
Jaki znowu wujek? – nie rozumiał Adam. Do licha, czy Szaweł miał jeszcze jakąś rodzinę?
Wujek Fergal. Kocham wujka.
Że co? – wydusił po sekundzie milczenia chłopak.
Aha. – Dziewczynka kiwnęła rezolutnie głową – Mania też kocha wujka. A on kocha nas obie. I bardzo chcę mu pomóc, tylko… tylko że…
Adam nie dowierzał własnym uszom. O czym to dziecko pieprzyło? Ona w ogóle pojmowała sens tego, co z siebie wyrzucała?!
Jak mogła tak mówić… o tym potworze, który zabił jej ojca i braci… i jego, Adama, matkę…?
Z wrażenia wyłączył się na moment i przestał jej słuchać, ale pewne słowa natychmiast go otrzeźwiły:
… I pan doktor powiedział, że to normalne u dziewczynek w moim wieku, że to miesiączka i że każda prędzej czy później tak ma, a ja akurat…
Miesiączka?! O czym ty gadasz, Esti! Chyba nie krwawisz?! – huknął głośno, łapiąc ją za przedramię.
Ale dziewczynka spojrzała na niego jak na ostatniego idiotę. Nawet wskazała na dół swojego pasiaka – poplamiony od krwi, której nie zdążyła zatrzymać, zanim Schulz dał jej jakąś szmatkę. Adamowi wcześniej nawet nie przyszło do głowy, żeby tam spojrzeć.
Na Boga.
Jak. To. Wszystko. Się. Idealnie. Układa.
Mała przynęta, którą sam planował zranić, właśnie oznajmia mu, że ma naturalne krwawienie – i nawet nie rozumie, o co w tym chodzi! Wiedział od Szawła, że w ich domu raczej późno uświadamiano kobiety, śmiał się kiedyś z tego, ale… teraz za to dziękował.
Esti nie będzie niczego świadoma.
Ester, a może pobiegniesz teraz dać wujkowi lekarstwo i do nas wrócisz? Tylko szybciutko, żebyśmy mogli iść po chłopca! Podasz wujkowi tylko… tę butelkę i natychmiast śmigniesz do nas. Co ty na to?
Esti aż zaświeciły się oczy ze szczęścia.
Naprawdę? Mogę, mogę? I nie wydacie mnie panu doktorowi? Bo ja tak bardzo chcę pomóc wujkowi!
Adam uśmiechnął się czule.
Oczywiście, że nie. Będziemy czekać z Szawłem przy krematorium, o, tamtym, widzisz? – Wskazał na oddalony budynek. Zauważył też nadchodzącego Sojkę. – Nie czekaj na niego. Pomachaj braciszkowi i leć do wujka. Tylko pamiętaj! Nie zatrzymuj się u niego. Wracaj do nas od razu.
Esti skoczyła parę razy radośnie, pomachała Szawłowi i od razu poleciała w stronę kwatery Fergala. Będzie mogła pomóc wujkowi! Z samego rana! Jak cudownie!
Do pokoju Rekina dostała się bez trudu. Wszyscy tutaj już wiedzieli, że miała do niego wstęp wolny, nawet jeśli krzywo na to patrzyli. Przybiegła tak szybko, jak mogła, zapukała, weszła do sypialni wujka i rozejrzała się wesoło, poszukując go. W ręce nadal dzierżyła szklaną butelkę pełną wody.
A raczej pełną wody z niemałym dodatkiem arsenu i luizytu.
Taki tam prezent od kochanego doktora Schulza.
Nie ma to jak pożywne lekarstwo, prawda?

Sojka tymczasem kompletnie nie rozumiał, dlaczego młoda nagle poleciała w inną stronę. Gdy tylko dobiegł do Adama, napotkał jego podły uśmiech.
I co, Szaweł? Chyba najwyższy czas pomścić moją matkę, nie uważasz?
Nie wyjaśniał koledze nic, póki nie dobiegli do miejsca spotkania z Janem i Izaakiem. Dopiero tam mu powiedział, gdzie wysłał Esti – niemal dostał za to w twarz, bo Szaweł rzucił się na niego wściekle. Pozostała dwójka na szczęście go powstrzymała.
Uspokój się! Czy ty nie rozumiesz, że to jedyna szansa?! Sam chciałeś wykorzystać moją siostrę, padalcu! – syknął wściekle, odchodząc na bezpieczną odległość. Sprawdził swoją żałosną, prowizoryczną kieszeń. – I uważaj! Przecież nie możemy zniszczyć strzykawek czy fosforu! Kuba ryzykował!
Ona ma dwanaście lat, gnoju! Dwanaście, do kurwy nędzy, twoja siostra jest niemal w naszym wieku! Przysięgam, na Boga, że jeśli on jej cokolwiek… – Nie dokończył, bo Izaak zasłonił mu usta i ostrzegł przed czyimś głosem.
Całą czwórką natychmiast wycofali się za ścianę. I Szaweł, i Adam chwilowo odpuścili sobie walkę – było coś ważniejszego.
Usłyszeli bowiem Esti.
Jej przerażony krzyk. Chociaż – czy aby na pewno przerażony? Szawłowi trudno było stwierdzić, czy dziewczynka śmiała się, czy płakała. Biegła i coś krzyczała, ale nie dał rady wyłapać co.
Najważniejsze, że żyła!
Kiedy minęła krematorium, nie zatrzymała się. Szaweł nawet nie miał jak za nią spojrzeć – bo natychmiast dojrzeli biegnącego Fergala, a do ich uszy doszło jego ciężkie, gardłowe dyszenie.
Esti podołała działaniu, i to śpiewająco.
NARAZ! – krzyknął Adam i kiedy tylko Rekin przebiegł obok, rzucił się na niego swoim mizernym, chudym ciałem.
Zaraz za nim zrobili to Izaak i Jan. Szaweł na końcu – zbyt oniemiały całą sytuacją.
Chciał biec za siostrą, żeby sprawdzić, czy wszystko było w porządku, ale… przecież mieli go tuż obok. Jego. Najgorszego z katów, najgorszy koszmar. Potwora, który zabił mu braci i ojca, który terroryzował jego siostrę.
Który jadł ludzkie mięso i był z tego dumny.
Jan zdążył wylać płynny fosfor w stronę baraku i klatki piersiowej Rekina, o ile tylko ten się zbytnio nie uchylił. Następnie uczepił się kurczowo jego ramienia – esesman pewnie z łatwością go strzepnie, ale Jan musiał wytrzymać do czasu, aż Izaak odpali zapałkę.
Żyd nawet nie zauważył, że kiedy oblewał kata i wczepiał się w jego ciało, sam potraktował siebie fosforem. Jego skóra zapłonie razem z Fergalem, trudno. Dla niego, zarażonego tyfusem, i tak już nie ma ratunku.
Adam siłował się z oprawcą, ściskając w dłoni odsłoniętą strzykawkę. To on poszedł na pierwszy ogień i on przyjął potencjalne uderzenia czy kopnięcia od przeciwnika. Nawet jeśli jego ciało odmawiało przez to posłuszeństwa, to jednak psychicznie się nie poddawał. Dźgał strzykawką na oślep, byleby nafaszerować Rekina śmiertelnym fenolem.
W końcu poczuł, że wkłuł się w ciało.
Serce?
Wątroba?
Czy może jeszcze coś innego?
Nie wiedział, w co trafił, ale ważne, że mógł zapodać katowi śmiertelną (w jego mniemaniu) dawkę.
Szaweł zaatakował jako trzeci, przy asyście Izaaka, który nerwowo próbował odpalić zapałkę. Dostrzegł dziwną, śmierdzącą ranę na drugim ramieniu Fergala.
Czyli ktoś już mu coś zrobił?
Jasny gwint, to oznaczało, że nie był nieśmiertelny, jak niektórzy sądzili!
Nie zdzierał bandażu, nie zdążył – wcisnął igłę głęboko w opatrunek, w nadal niezagojoną ranę, a następnie nacisnął na strzykawkę, aby zapodać mu truciznę. Jeżeli Fergal mu przywalił, to przez uderzenie upadł w śnieg, zostawiając przyrząd w jego ciele. Jeśli nie, oderwał strzykawkę i odskoczył w bok.
A Izaak w końcu odpalił zapałkę.
Szaweł nie widział, który z chłopaków zdążył uciec, a który nie. Sam znajdował się parę metrów od całej grupki – ale czy Adamowi, który jako pierwszy zaatakował, i oblanemu fosforem Janowi udało się też wywinąć? Czy może to oni stali się ofiarami?
Izaak rzucił zapałką, a zaraz po tym tuż przed jego twarzą buchnął ogień. Chłopak poczuł, że poparzyło mu dłoń, gorąc dotarł także do twarzy – ale tym będzie martwił się później.
Najważniejsze teraz: którego podpalił? Fergala czy swojego? A może obu?
Czy Rekinowi udało się jakoś wydostać spod słabych, ale zdeterminowanych Żydów?

_________________


Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 Julia-11


Japoński: #993300
Rosyjski: #cc0033
Polski: #009900
Jidysz XD: #0033cc


Bracia Schlecht SZLETH.
Jak ja ich, kurwa, nienawidzę.

Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 12310
Miłość Ferga i Mańki w trzech aktach.


Ostatnio zmieniony przez Manuela dnia Sob Lis 02, 2019 4:35 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Fergal
Prefekt
Prefekt
Fergal

http://vampireknight.forumpl.net/t1888-fergal#40176 http://vampireknight.forumpl.net/t3750-fergal http://vampireknight.forumpl.net/t3672-fergal#79795 http://vampireknight.forumpl.net/t3641-fergal#79025
Zarejestrował/a : 25/06/2015
Liczba postów : 780


Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 Empty
PisanieTemat: Re: Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3=   Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 EmptySro Paź 30, 2019 5:22 pm

Kiedy padł strzał nie tylko powstrzymujący Rekina przed dalszym pokazem siły i bestialstwa, ale też przed znieważeniem samego Beletha. Łowca nie chciał aby pozostali dowodzący mieli go za nieogarniętego opiekuna nieludzkich istot. To on się polecił, to on zaproponował swoich podopiecznych w roli katów. Właściwie szkolił ich na typowe maszyny do zabijania, z czego Fergal jest najlepszym przykładem. Ale jednak... Zbyt wielkie włożone zaufanie skończyło się na tym, że łowca musiał interweniować inaczej naprawdę mogłoby skończyć się niewłaściwie.
Nawet nie spojrzał na błagającą kobietę. Może i znał dość dobrze polski, to jednak ani słowem jej nie obdarował. Dla Beletha życie więźniów było niczym. Dla niego znaczyła o wiele więcej mucha, która pochłania krowie łajno niż ścierwo zwane żydem. A skoro jest ścierwem, niechaj idzie do swoich. Co znaczy, że znowu trafiła na najgorsze roboty, które w dodatku do najzdrowszych nie należały. Wdychanie oparów z gnijących ciał przez co już paru się zatruło. Wymiotowali, mdleli i czasami też zdarzały się strzały - czasami strażnicy urządzali sobie sporty ostrzeliwując osłabionych więźniów, których truchła z kolei trafiły na i tak już spore skupiska. Nie tylko Manuela musiała uważać na kapo, musiała też odnaleźć w sobie siły aby nie przerywać pracy, jeśli nie chciała skończyć z kulą w głowie.
Człowiek który pracował z Sojką, nie reagował na krążące po obozie o niej plotki. Więc bez trudu zagadał do niej, samemu starając się jakoś podtrzymać na duchu. Oddech śmierci dokuczał każdemu. A kiedy przyszło im zjeść skromny posiłek razem po wielogodzinnej ciężkiej pracy, dostrzegli ich. Andre z Belethem mogli wzbudzić grozę, wszak dokładnie na Manuelę skierowana została ich uwaga. Jak i również zaczęli o niej rozmawiać, dziewczyna jednak mogła ino snuć teorię na temat tego, czego mogli chcieć.
Ale jednego mogła być pewna: wciąż nie powinna czuć się bezpiecznie.

Po całej akcji karcenia Rekina, Andre z Belethem kierowali się do budynku administracyjnego. Wykonanie cholernej i nudnej roboty papierkowej, raporty i ogarnięcie głównego kapitana obozu. Przecież był świadkiem całego wydarzenia, wściekł się. Już jedna nagana poszła w ruch, teraz mogła paść kolejna.
- Będzie lepiej jeśli już sam udam się do kapitana, Andre. Ty już wracaj do siebie, nim jednak udasz się na spoczynek, pójdź do Unziego. Niech przejmie nocny patrol.
Zwróci się do swojego podwładnego, jak tylko zatrzymali się przed biurem kapitana. Wciąż obecnego, wszak z pod drewnianych drzwi wyłaniało się światło. Szlachetny najchętniej wyraziłby swoje niezadowolenie, przecież niepotrzebnie wlókł się z nim całą drogę. Po co? Żeby tylko dotrzymać człowiekowi towarzystwa? Ale i tak posłusznie skinął głową, po czym odmaszerował. Kto by pomyślał, że tak wysokiej krwi wampir będzie pokorny wobec ludzkiego przełożonego. Czasami sam sobie się dziwił. Czemu pozwolił na tak okrutne traktowanie Schlechta? Na wychowywanie innych pobratymców na zdziczałe bestie?
- Przecież ty sam tak beznadziejnie wychowujesz wampiry, a później się czepiasz. Typowe dla ludzi.
Mruknie do siebie szlachetny, jak tylko opuścił budynek. Może kiedyś uda się przeciwstawić człowiekowi. Ale na ten moment, musiał być mu całkowicie oddany. Nawet teraz kiedy maszerował przez teren obozu, mijając ten ponury barak w którym przebywała Sojka. Nie trudno było rozpoznać zapach jej krwi, nie trudno było wyłapać krzyki. Coś się działo? Nie zamierzał wnikać. Jak widać źle poinformowane więźniarki obrały sobie Manuelę za cel swoich złości. Już nie chodziło o zazdrość, ale o wyładowanie całego bólu. Kiedy i człowieka dopada potworna skrajność, sam może stać się potworem. Westchnął głośno, wznawiając swoją wędrówkę do wampirzych kwater. Nie musiał szukać długo Unziego. Znalazł szalonego wampira w salonie. Przetrzymywał dwóch cygańskich więźniów; marne ludzkie podróby, o wiele gorsze od żydów. Dwóch młodych ludzi. Z twarzy można łatwo było wywnioskować że była to kobieta oraz mężczyzna. A Unzi? Utrzymywał równowagę poprzez kucanie na oparciu kanapy w kolorze zgniłej zieleni. Wampir w jednej dłoni trzymał długi, rzeźnicki nóż. Celował raz w jednego, raz w drugą. Ot, niewinna zabawa.
- Powiedz mi, bracie, któremu mam wydłubać gałki oczne, a któremu wydłużyć uśmiech?
Zaczął mówić, jak tylko w progu zjawiła się sylwetka Andre. Ten natomiast zmarszczył brwi, podrapał się po policzku i zamrugał dwa razy.
- ACHA! Czyli jej wydłubać oczy!
Zawołał radośnie, klaszcząc w dłonie. Zeskoczył na podłogę i od razu doskoczył do kobiety. Bez najmniejszego wysiłku odciągnął od niej mężczyznę, po czym z impetem wbił ostrze noża prosto w prawe oko kobiety. Rozległ się krzyk. a później dziki śmiech wampira. Andre tylko pokręcił głową, przerywając całą tą marną pokazówkę słowami:
- Beleth chce abyś dzisiaj patrolował.
Spodziewał się niezadowolenia, ba, przerwał zabawę brata. Ciemnowłosy jęknął zdołowany, odrzucając niedbale więźnia. Resztki krwi tylko zlizał z dłoni. Wyminął szlachetnego, lekko zaczepiając ramieniem.
- Jak chcesz, to ich zjedz, bo marnie wyglądasz. Ja... Ja naciesze się Sojką.
Wyszczerzy się szeroko, zerkając na zniesmaczonego szatyna. Andre raczej nie chciał pić krwi cyganów, brzydził się ich. Dlatego prychnął z jawną pogardą i po prostu dobił ich. Skończyli... Bez głowy. Przerażająca szklana moc szlachetnego cięła ludzkie ciało niczym miękkie masełko. Z ciałami wiadomo co się stanie; trafią do krematorium.

Swąd krwi wciąż był wyczuwalny. Nawet wśród odoru palonych ciał w krematorium, nie był w stanie go załagodzić. Unzi wiedział do kogo ten słodki zapach należy. Tylko czemu dochodził on z baraku? Czyżby Sojkę dopadli inni więźniowie? A może wśród więźniów zdarzył się wampir? Cóż, to było nieuniknione. Aczkolwiek gdy przeprowadzano selekcje, wyłapywano wampirze jednostki i od razu je zabijano. Blade lico wampira skrzywiło się w nienaturalnym uśmieszku, obnażając przy tym wilcze zębiska. Na pewno ominęła go całe przerażające potraktowanie Manueli, niemniej dało się wyczuć przed samym budynkiem tą wrogą aurę. Pokłóciły się?
Z hukiem otworzył i tak już podniszczone drzwi. Więźniarki uniosły głowy, kilka aż wstało. Czerwone ślepia wampira lustrowały półprzytomne ludzkie jednostki. I jedno było pewne: strasznie tutaj śmierdziało brudem.
Kobiety odpowiedzialne za poniżenie Sojki, przeraziły się najbardziej. Bo co jeśli ta wywłoka mówiła prawdę? Teraz się poskarży? Chociaż obecny mundurowy nie wyglądał na jej Rekina; może i miał czarne włosy, białą jak śmierć twarz, to jednak nim nie był.
Od razu czerwone ślepia wyłapały śpiącą na podłodze kobietę. Sojka. Unzi nie powstrzymał się przed wejściem do baraku. Po wnętrzu baraku rozniósł się stukot ciężkiego obuwia i gardłowy rechot stwora. Co jednak było najgorszego w postawie Unziego? On w ogóle nie mrugał \( •_•)_†
- Świeże rany. Ślady pobicia. Ktoś cię dręczy, dziecinko?
Zaśmieje się szalony szwab, zupełnie ignorując fakt, że Sojka nie znała niemieckiego. Chociaż niektóre kobiety owszem, między innymi Rachela. Biedna dziewoja, nie miała pojęcia jak słuch Unziego jest wyczulony i to, jak słyszy jej przełykanie śliny. To czego ludzcy strażnicy zazdroszczą, to tego że wampiry doskonale umiały wyczuć prawdziwy strach. Wyciągnie szponiastą dłoń, aby chwycić za pewne już rozbudzoną Sojkę. Szarpnie ją za obolałe ramię.
- No to kto jest tak uroczy i niszczy ciało wywłoki należącą do niemieckiego kata? Tylko MY, możemy tego dokonywać!
Zawoła po czym upuści kobietę z powrotem na podłogę. Zza paska wydobył nóż myśliwski. Wyciągnął ze skórzanej pochwy i sięgnął po włosy żydówki. Długie, chociaż już zniszczone. Chwycił je w połowie ich długości i paroma ruchami ostrym brzegiem przeciął je. Upadła kolejny raz, lecz pozostawiona już w spokoju. Unzi kierował się do Racheli. Kobieta wybałuszyła oczy, czując jak coś ciepłego wypływa z pomiędzy jej nóg. Niemiec skrzywił się w obrzydzeniu, zerkając na pojawiającą się co raz to większą kałużę. Suka popuściła wszak nigdy nie miała styczności z nieludzkim katem.
- Rozumiesz mnie, kurwo, co nie? Rozumiesz... Tak... Widziałem jak próbowałaś podsłuchiwać niemieckich strażników. Widziałem ale nic im nie powiedziałem... Bo czekałem na tą okazję jak ta!
Szalony bełkot stwora, który to pochylał się co raz bardziej. Kobieta zaczęła już płakać, kręcąc głową. Wtem nagle się uspokoiła. Więźniarki przyglądały się gdy ich koleżanka siedziała w cichy, po czym wyciągnęła ręce ku kałuży szczyn. Zaczęła w nich brodzić rękoma, nucąc coś pod nosem.
- Tak, tak. Szykuję ciasto... Wszyscy je posmakują... Dasz mi tylko... Orzechów? Babciu? Tam są, na blacie.
Kobieta zaczęła bredzić. Siedzące bliżej kobiety nie mogły oderwać oczu od tego co obecnie się działo. Rachela - niby taka brnąca ku wolności, nawołująca do protestów, siedziała teraz i grzebała we własnym moczu. Stojący obok jej pryczy wampir przechylił się lekko w bok. Wyciągnął ku niej też rękę trzymającą pukiel włosów. Ze złowrogim śmiechem wręczył jej domniemane nadzienie na nieistniejące ciasto. Więźniarka umoczyła włosy w cieczy i z ucieszoną miną wreszcie wepchnęła je do swoich ust. Z podkrążonych oczu zaczęły cieknąć łzy.
- O matulu, to, to makowiec. Tak bardzo dawno go nie jadłam... Aż się pobrudziłam... Dasz mi ściereczkę, babciu?
I sięgnęła w stronę wampira, wzięła jego nóż. Ktoś wstrzymał oddech, ktoś siedzący obok zasłonił usta aby powstrzymać krzyk. Bo po tym co ujrzały... Po tym jak Rachela wbija w sam środek krtani końcówkę noża i jak ciągnie nim w dół. Krew trysnęła brudząc te, siedzące najbliżej. Rachela w momencie wyszarpywania broni, wyszła z dziwnego transu. Nie mogła już krzyknąć, nie mogła złapać ostatniego tchu bo już dusiła się. Upuściła nóż, po czym sama padła na pryczę. Jej ciało jeszcze drżało w ostatnich chwilach agonii. Umierała. A Unzi? Jak nigdy nic, podniósł nóż, wytarł krew o siedzącą obok starszą kobietę.
- Dobranoc.
Powiedział jakże uroczyście, jakby owe kobiety były jego najbliższymi. Cóż, nie wiedziały że ich koleżanka padła ofiara mocy wampira.
Kiedy mijał Manuelę, spojrzał na nią. Domyślił się, że to jedna ze sprawczyń jej krzywd? A może Rachela była tylko czystym przypadkiem? Tylko chora głowa Unziego wie.
Naprawdę Los okrutny dla Sojki się okazał, toć z nim teraz ma mieć do czynienia.
Chwilę po wampira już nie było w budynku. Kobiety zostały same... Z trupem.

Fergal nie miał bladego pojęcia o tym, że Beleth z Schulzem uknuli podły plan "sprawdzenia odporności" oraz kolejnego ukarania nieposłuszeństwa wampira. Że właśnie teraz stary łowca dyskutował o nim z kapitanem, przedstawiając swój podły plan oraz o tym, że obydwaj się zgodzili. Przespał ten długi czas, czując na sobie brzemię ugodzonej dumy. Postrzelony na oczach więźniów, a później upodlony we własnej kwaterze. Gardło go wciąż bolało, a ranne ramię dokuczało. Bardzo możliwe, że podany lek miał zakłócić regenerację wampira na ten moment wypoczynku. W dodatku dręczyły go koszmary, co również utrudniały. Niemniej obudził się nagle, jak tylko usłyszał ten głosik.
Jak ona do licha...
- Co ty do licha tu robisz?
Warknął wampir ze złości. Podźwignął się na zdrowym ramieniu, zmuszając się do siadu. Pieprzona Esterka. Musiała znać jakąś lukę, która prowadziła prosto do środka budynku. I czemu nikt jej nie przegonił? Na pewno musiała kogoś minąć.
- Co ty tam masz. Dawaj to!
Wyszarpnął z jej drobnej rączki, chociaż z buzi dziewczynki nie schodził uśmiech. Chciała nawet pogłaskać Wujka po ramieniu, ale Rekin odepchnął ją. Esterka tylko wzruszyła ramionami, oddalając się o krok. Miała przynieść buteleczkę oraz pocieszyć swojego wujka, który jednak na zadowolonego nie wyglądał.
- Czy coś cię boli, wujku?
Spytała z troską, patrząc jak Schlecht z widocznym bólem na twarzy, porusza ranną ręką aby otworzyć lekarstwo. Nie znosił ich brać, ale z polecenia Beletha... Nie mógł odmówić. Rzekome witamy, tak? Tylko po nich czuł jeszcze bardziej ogromną chęć zabijania.
- Może ci pomogę?
Ostrożnie podeszła, wyciągając rączki po buteleczkę. Fergal wtedy raz jeszcze popchnął ją, doprowadzając do upadku Esterki. Otworzył po chwili buteleczkę i wypił duszkiem gorzki lek. Z obrzydzeniem odstawił buteleczkę, krztusząc się. Była jakaś inna... Gorsza...
- Kurwa... Co to było...
Burknął pod nosem, zasłaniając usta. Oddychał głęboko, czując jak po całym przełyku oraz żołądku rozlewa się piekąca substancja. Wtem coś wyczuł. Piekące uczucie musiało poczekać bo woń okazała się zbyt ogłupiająca. Słodka, czysta i świeża krew. Tylko jedna istota mogłaby tak pachnieć. Dziecko.
Esterka usiadła, rozmasowując potłuczoną głowę. Nie winiła jednak wujka, w końcu był chory. Martwiła się o niego, lecz to co ujrzała... Nawet jej naiwny umysł nie mógł tego pojąć; z pomiędzy rozwartych rekinich szczęl skapywała ślina. Gęsta, lepka. Czerwone ślepia wyrażające nic innego niż żądze, przewiercały ją na wskroś. Rosła sylwetka kata uniosła się z łóżka, stopując ciężko po podłodze. Pod ciężarem wampira skrzypiała podłoga, a jego wygięte ciało w łuk, pochylało się nad niewinną dziewczynką. Ta pisnęła jak tylko ujrzała spore dłonie o zakrzywionych jak u drapieżnego ptaka pazurach.
- Wujku, to ja! Esterka!
Krzyknęła, podczas podnoszenia się. Ruszyła ku wyjściu z pokoju, lecz nim całkiem go opuściła, musiała znieść ból; Fergal chwycił jej chudą rączkę. Zdołała się jednak wyswobodzić, poświęcając swój wełniany i tak już zniszczony sweter. Niestety, skaleczył ją też. Poczuła jak ostre końcówki szponów wbijają się w jej skórę na ramieniu. Miała jednak wielkie szczęście, że nie wciągnął ją ku sobie. Gnała tylko ile sił w nogach miała, aby wydostać się z budynku. Schlecht był wolny. Żądza krwi odepchnęła myśl, że podane lekarstwo zaczynało pogarszać stan. W każdym razie biegł za małą żydówką, aż w pewnym momencie prawie się nie potknął. Gdyby nie to, że oparł się o ścianę, runąłby twarzą na podłogę. Zaczął co raz to głośniej dyszeć. Ślinotok nie był tylko spowodowany głodem, ale też i trucizną. Czuł posmak własnej krwi w ustach.
Mimo to, gnał dalej.
Z hukiem wypadł zza drzwi budowli. Esterka była już o kilka metrów oddalona, a Niemiec z trudem stał na nogach. Opierał się całym ciężarem o skrzydło drzwiowe, warcząc przy tym oraz gardłowo charcząc. Nie przestawał jej gonić. Zwierzęca furia przysłoniła najgorszy element; zasadzkę. Nie wiedział nawet kiedy wyskoczyła na niego niewielka grupa osób. Żydowskie jednostki czaili się przy krematorium. Czyli ta mała suka... Ona była w to wmieszana?
Pierwszy z nich skoczył na Niemca, na co ten od razu zareagował - spora pięść miała wylądować na jego głowie, ale nie był aż tak silnym atakiem. Połknięta trucizna robiła swoje. Słabsze ciało Rekina, na kilka mizernych ciał żydów. Tylko oni obskoczyli go jak muchy truchło. Wampir warczał nieludzko, wbijając pazury w ciało Adama. Nie zdążył zareagować, jak drugi z nich wylewa jakąś ciecz. Z gardła Schlechta wydobył się ryk. Nagły, długi i przeraźliwy. Mimo potyczki urządzonej z marnymi ludźmi, poczuł potworny ból. Skąd on się wziął? Trucizna przyjęta przez wbicie strzykawki, dostała się do serca - najczulsze miejsce w wampirzym ciele. Już wcześniej nafaszerowany różnego rodzaju truciznami, osłabiony i głodny. Tracił kontrolę, tracił grunt pod nogami. Chwiał się, usiłując zrzucić z siebie napastników. Bezskutecznie. Poruszali tymi swoimi chudymi ciałami chaotycznie. Jeden oberwał losowo w głowę, drugi w ramię. W twarz. Wampir walczył już nie tylko pięściami ale też i pazurami, całym ciałem: próbował staranować Izaaka. Dlaczego nic nie wychodziło? Otoczenie zdawało się już wirować. Wnętrzności zaczęły palić żywym ogniem, a na koniec otrzymał ukłucie prosto w ranę wciąż śmierdzącą czosnkiem. Ale wtedy chwycił oburącz głowę Szawła, przerzucając go i uderzając jego ciałem o okrytą płytkim śniegiem ziemię. Adam wraz z Janem, wciąż próbowali powalić wampira. Jakoś zmusić aby się poddał. Nic z tego, Fergal do momentu próby podpalenia, złapał Adama za ramię, wykręcił je mocno, zmuszając do upadku. Wtem siarka zapałki zapłonęła, a kiedy tylko padła na oblanego Rekina fosforem, wybuchł płomień. Ciało zajęło się ogniem, a wraz z nim złowieszczy wrzask nieczłowieka. Miotał się jak oszalały, próbował dorwać się do swoich oprawców. Biedny Jan. On również został zajęty przez śmiercionośne płomienie.
- Tam! Tam się coś dzieje! Szybko!
Donośny głos rozległ się nieopodal. Dzikie ujadanie psów, tupot butów. Biegło kilku strażników, a towarzyszące im psy zostały spuszczone ze smyczy. Dopadły biednego Adama, wgryzły się w nogę Szawła. Trzy dobrze odżywione wilczury, których nawet uderza w głowę nie odstraszały. Natomiast co do Fergala... Żywa pochodnia upadła. Mokry śnieg zdołał ugasić część płomieni, natomiast resztę musieli strażnicy. Nałożyli oni swoje płaszcze na ciało wampira, klepiąc je kilka razy. Ogień udało się opanować, doszło do paru oparzeń... Tylko co z Rekinem?
- Odsuńcie się od niego! Natychmiast!
Tym razem Beleth krzyczał. Strażnicy uczynili tak jak chciał, będąc w lekkim zdezorientowaniu.
- Opanujcie psy! Te zdechłe wszy mają przeżyć!
Dorzucił łowca ostrym tonem, wskazując na szarpanych psimi kłami żydów. Nim jednak strażnicy się oddalili, złapał jednego z nich nakazując sprowadzić samochód. I to szybko. Żydzi go nie interesowali. Mieli zostać złapani, zamknięci w celach i tam czekać na werdykt. Beleth podszedł do leżącego wampira, okrytego zniszczonym, materiałowym płaszczem. Wiedział że żyje; ciało unosiło się, co znaczyło że głośno dyszał. Poza tym to wampir... Jego szybko zabić się nie da. Ale mało brakło aby do tego doszło.
Westchnął głośno łowca, kucając obok podopiecznego. Ściągnął ostrożnie z jego ciała okrycie i nawet nie skomentował ani jednym słowem widoku jaki go zastał: poczerniała, nadpalona skóra na twarzy, widoczna czaszka bo część jego włosów spłonęła. Nawet ubranie było pochłonięte przez ogień, stąd też liczne oparzenia na torsie. I czemu czuł zapach chemikalii? Skąd do licha mieli dostęp aż do tylu?
- Schulz.
Syknął w złości Beleth. Owszem, mieli przetestować tylko jedną truciznę. A nie całą ich kolekcję. Pogromca zezłościł się na obozowego szarlatana. Lecz teraz coś innego było ważniejsze; podleczyć Schlechta.
- Zaraz cię stąd zabiorę. Spokojnie. Wytrzymaj.
Spokojny ton Beletha działał uspokajająco, niemniej Rekin i tak stracił przytomność. Ostatnim widokiem przed ciemnością, był uśmiech Opiekuna; łagodny, niemalże jak u kochającego rodzica ale zarazem miał w sobie coś niepokojącego.
Kiedy samochód podjechał, Fergal wraz z Belethem odjechali poza tereny obozu; kilkanaście kilometrów stąd znajdowała się posiadłość należąca do łowcy. Tam już obozowy kat otrzyma należytą opiekę.
Natomiast co podziało się z pomysłodawcami zasadzki? Wylądowali w celach. Kolejny, obskurny budynek. Chłodne, zimne cele pozbawione jakichkolwiek wygód. Mieli spać na ziemi, dosłownie gołej ziemi. Czuć smród szczurów, gnijącego ciała i obserwować jak do ich szarpanych ran wpełzają liczne larwy mięsne. Czekała ich okrutna śmierć. Niemniej co też było przerażające? Podtrzymywano ich przy życiu. Czasami ktoś przychodził, aby wstrzykiwać im czerwoną substancję; nie wiedzieli że była to wampirza krew.
Z całą pewnością czeka ich kilkudniowa odsiadka - do momentu aż Beleth sobie o nich nie przypomni, a ten dzień nadejdzie.

Minęło naprawdę sporo czasu od napaści na Schlechta. Niektórzy więźniowie widzieli całe zajście, strażnicy o nich rozmawiali. Nawet doszło do pobratymców Fergala. Andre przejął się, stąd nerwowo krążył po terenach obozu, surowo karząc rzekomo wolno pracujących umęczonych ludzi. Unzi również odczuł brak Fergala... Ale w sposób pozytywny, bowiem teraz kierował się do Sojki. Kobieta zapewne już wiedziała o tym co spotkało jej głównego oprawcę. Może dodało nieco otuchy, stąd tak ochoczo przerzucała trupy do taczki?
- Sojka! Piękne mamy popołudnie, nieprawdaż? Czuć ten cudowny smród palonych ciał! Lubisz go? Ja też.
Uśmiechnie się szeroko, spoglądając na marną żydówkę. Kochanica kata. Dobre sobie. Póki co Unzi nie kierował się chęcią zadawania bólu, chciał tylko porozmawiać.
- Jak cię gwałcił? Widziałaś jego DWA? Poczułaś je?
Zaśmiał się jeszcze głośniej, że aż musiał zasłonić zębiska dłonią. Nieważne że inni ich słyszeli, patrząc na nowego adoratora Manueli, woleli się już nie odzywać. Wszak wiedzieli co spotkało Rachele.

_________________
mowa japońska || mowa niemiecka || mowa polska

Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 DhL3upP

卐Laurka卐
THEME||VOICE
Powrót do góry Go down
Manuela
Manuela
Manuela
Manuela

http://vampireknight.forumpl.net/t4162-manuela#91509 http://vampireknight.forumpl.net/t4173-manuela http://vampireknight.forumpl.net/t4161-manuela
Zarejestrował/a : 28/06/2019
Liczba postów : 127


Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 Empty
PisanieTemat: Re: Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3=   Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 EmptySob Lis 02, 2019 11:23 pm

Fergal otrzymał naprawdę porządne leczenie, na jakie mało kto mógł liczyć w tych czasach. Beleth w mig przetransportował go do swojej ogromnej, prywatnej siedziby, w której przebywał w niektóre tygodnie, gdy akurat w obozie miał mało roboty. Zgarnął ze sobą Kriega, aby wampir mógł oddawać Rekinowi na bieżąco swoją krew – prawdziwe leczenie miało rozpocząć się dopiero za kilka godzin, a do tego czasu Beleth musiał posługiwać się półśrodkami.
Po przetransportowaniu podwładnego na swoje włości natychmiast posłał po najlepszych lekarzy, jakich tylko znał. Jednego, i to nie Schulza, zawsze trzymał blisko obozu, na wypadek gdyby to jemu coś się stało. Na kolejnych dwóch musiał czekać aż dzień, zanim przybyli.
Na szczęście Fergal dał radę.
Poparzony, zatruty przez przynajmniej dwa specyfiki i z nadal jątrzącą się raną po postrzale, ledwo kontaktował i broczył we własnej krwi, która spływała z niemal każdego miejsca na ciele. Beleth musiał oprócz Kriega sprowadzić jeszcze dwa wampiry, aby oddawały swoją posokę.
Był gotów choćby ich zabić, aby tylko odratować ulubionego i najlepszego kata.
Lekarze odpowiednio zabandażowali jego rany, oczyszczali organizm z toksyn, podawali wampirzą krew i na bieżąco kontrolowali wszystkie funkcje życiowe. Przez niemal tydzień nie było chwili, aby Fergal leżał w pokoju sam – na rozkaz Beletha zawsze znajdował się obok ktoś, kto w ciągu paru sekund wezwałby doktora albo napoił Rekina świeżą krwią. Nawet jeśli wampir był już wybudzony (i najpewniej wściekły), nie było szans, aby został sam.
Nie, póki jego ojciec nie zarządził inaczej.
Dopiero gdy stan Schlechta był w pełni stabilny, a rany – nawet te najgorsze, czyli po ogniu, który wyżarł skórę – goiły się coraz szybciej, Fergal wreszcie mógł zostać w pokoju bez asysty. Lekarze zlikwidowali wtedy kroplówkę, która wcześniej na bieżąco przetaczała zatrutą krew i jednocześnie dostarczała Fergalowi niezbędnych witamin.
Rekin miał więc do dyspozycji duży, przyjemny pokój, z wielkim łożem i wszystkimi niezbędnymi wygodami. To nie była, oczywiście, sypialnia Beletha, ale i tak prezentowała się o wiele lepiej niż pokoje z obozu, nawet te najlepsze.
Cała służba Beletha miała za zadanie spełniać wszelkie zachcianki Rekina i pomóc mu w dojściu do siebie. Lekarze przewidywali, że dopiero za kolejny tydzień czy dwa Fergal będzie w pełni sił – a to oznaczało nawet trzy tygodnie przerwy od obozu.
Belethowi się to definitywnie nie uśmiechało, dlatego robił wszystko, aby wyleczyć podopiecznego jeszcze szybciej. Fergal kilka razy dziennie dostawał więc porcje ludzkiej i wampirzej krwi, a także specjalne leki.
Pierwszego dnia, którego Rekin zyskał w końcu trochę swobody, do jego pokoju przyszła Sigrid, wysoka blondynka usługująca w posesji Beletha. Na co dzień zajmowała się zaopatrzeniem całego domostwa, jednak w tak kryzysowej sytuacji została oddelegowana bezpośrednio do opieki nad Fergalem.
Sigrid była młodą, szczupłą Niemką, o pociągłej twarzy i jasnych, niemal lazurowych oczach. Pracowała u Beletha od niemal roku, dzielnie znosząc wszelkie zachcianki jego oraz innych mieszkańców posesji. Niesamowicie trudno było dostać się do tej pracy, Beleth dogłębnie sprawdzał pochodzenie każdego pracownika i upewniał się, że robią u niego sami rodowici Niemcy.
Sigrid sprawiała właśnie takie wrażenie: kobiety, która z dziada pradziada była Szwabką.
Szkoda tylko (a może na szczęście?), że akurat w jej przypadku genetyka postanowiła nieco się zabawić – Sigrid nie była bowiem czystą Niemką. Miała żydowskie korzenie, które zdecydowanie spychały na dalszy plan te pozostałe, czyli polskie i niemieckie. Niemcem był w jej rodzinie tylko dziadek, a matka w połowie Polką… ale to jakimś cudem wystarczyło, aby Sigrid zyskała całkowicie aryjską urodę.
A raczej nie Sigrid, a Judyta, bo takie imię nosiła w rzeczywistości, zanim jeszcze udało jej się wyrobić fałszywe papiery i zerwać jakiekolwiek powiązania z resztką rodziny, która przeżyła. Rodzice i dziadkowie od lat byli już bowiem martwi.
Kobieta sama zatroszczyła się o swoją przyszłość: dziadek w dzieciństwie uczył ją niemieckiego, więc w dorosłości Sigrid tylko doskonaliła ten język. Obecnie mówiła w nim perfekcyjnie, bez żadnego obcego akcentu czy jąkania.
Nie było szans, aby ktokolwiek dowiedział się o jej żydowskich genach. Ona sama momentami chciała o nich zapomnieć. Zbyt dobrze pracowało jej się w niemieckim domu, spało w niemieckim łóżku i oddychało niemieckim powietrzem. I naprawdę nie wiedziała, co musiałoby się stać, aby ktoś zaczął ją podejrzewać o nieczystych przodków.
Po tym, gdy weszła do pokoju, uśmiechnęła się szeroko do Rekina. Nie była świadoma tego, co działo się w obozie, ledwo kilkanaście kilometrów stąd. Lubiła niemieckich żołnierzy, a oni lubili ją – nie miała więc żadnych podstaw do tego, aby być wobec Fergala nieżyczliwa. Wręcz przeciwnie.
Postawiła na półce, obok łóżka, tacę, na której leżała garść skrupulatnie ułożonych leków, niemalże kolor po kolorze, oraz dwa dzbanki pełne krwi – jeden ludzkiej, drugi wampirzej. Obok stała też piękna szklanka z ręcznie zdobionym uchwytem. Fergal mógł się niemal poczuć jak w pałacu.
Sigrid chwyciła za szklankę i nalała do niej wampirzej krwi. Kobieta była jedną z tych, którzy zostali wtajemniczeni w istnienie wampirów. Najpewniej czekała ją przez to dożywotnia służba u Beletha albo śmierć, ale… na razie najważniejsze było, że żyła. Choć była Żydówką.
Odezwała się płynnie po niemiecku:
Panie Fergalu, pan Beleth kazał przypilnować, aby wszystko pan połknął i wypił. Kolejną porcję dostanie pan za około trzy godziny. – Podała mu szklankę, nie przestając się uśmiechać. – Jeśli mogę jeszcze w czymkolwiek pomóc, to jestem do dyspozycji. Proszę tylko powiedzieć.
Splotła ręce za swoimi plecami, oddalając się o dwa kroki. Obserwowała, jak Fergal wypija krew i sięga po leki. Musiała w końcu sprawdzić, czy Rekin wszystko połknie. Taki był rozkaz.

Schulz usłyszał o całej aferze po niecałej godzinie od zdarzenia, ale nie bezpośrednio od Beletha. Ten nie zaszczycił go nawet jedną wizytą. Ani wtedy, ani po tygodniu od tej dziwnej napaści.
Wyjechał z Fergalem do swojej posesji i nadal nie wrócił. Po obozie krążyły co prawda plotki, że lada moment na zamiar się zjawić, ale lekarz nie miał pojęcia, czy były prawdziwe.
Co gorsza, nie wiedział, czy Beleth powróci razem z obiektem badań, czyli Fergalem. Na co by miało być to wszystko, gdyby Schulz nie dowiedział się, jak organizm Rekina zareagował na wszystkie trucizny i podpalenie? Po co dawać tym przebrzydłym szwom chemikalia do ręki i pozwalać grzebać w laboratorium, skoro nie można nawet osobiście spojrzeć na poparzenia na skórze Fergala czy sprawdzić pracę jego serca?
Ta nieświadomość stanu rannego doprowadzała Schulza do szału, i to nawet bardziej niż fakt, że on sam najpewniej był – mówiąc wprost – w czarnej dupie. Skoro Beleth przejął się stanem rannego na tyle, że pojechał z nim osobiście do swojej kwatery… to oznaczało, że lekarz miał przegwizdane.
Na razie jednak nikt po niego nie szedł. Nikt go nie torturował. Nikt nie próbował zabić. Był w końcu najlepszym niemieckim lekarzem w obozie. Jego śmierć naprawdę byłaby nieopisaną stratą.
Ale Schulz wiedział, że nie był nie do zastąpienia. Miał chory umysł, skłonność do sadyzmu, głowę pełną pomysłów na brutalne eksperymenty, niezłe umiejętności i wiedzę, fakt – ale takich jak on było na pęczki. Beleth miał zresztą wyjątkowe szczęście w zjednywaniu sobie podobnych jednostek, więc Schulz musiał się zabezpieczyć.
Zdecydował się na widzenie z samym kapitanem. Podczas rozmowy z nim dowiedział się, że Beleth wtajemniczył go w ten mały eksperyment, tylko że… no właśnie – eksperyment wcale nie okazał się mały.
I kapitan nie wiedział, kogo za to winić.
Zapewniam pana, że osobiście planowałem podać Schlechtowi tylko odrobinę nadtrute lekarstwo, z dodatkiem luizytu, oraz zarazić go tyfusem. Podpalenie, fenol i atak tych żydowskich pomiotów były czymś całkiem niespodziewanym, z czego nie mogłem sobie zdawać sprawy. Siedziałem wtedy w gabinecie i prowadziłem badania – tłumaczył się więc Schulz zawzięcie przed kapitanem, oczyszczając się z zarzutów. Przywołał nawet pielęgniarki i pielęgniarzy, którzy mieli poprzeć jego wersję.
Kapitan nie wyglądał na zadowolonego, ale Schulz w jego mniemaniu był niewinny. Beleth i wampiry już wcześniej rozrabiali, i to nieźle. A Schulz? Aryjski lekarz, który przede wszystkim pasjonował się badaniem wpływu tyfusu na ludzkie ciało, miałby wywołać ten dziwny bunt? Wolne żarty.
Zwolnił więc Schulza z jakiejkolwiek winy, a nawet wysłuchał jego prośby o przeniesienie do innego, większego, obozu, gdzie eksperymenty na chorych były prowadzone w o wiele większym zakresie.
To kapitanowi jednak nie grało: Schulz był obecnie najlepszym lekarzem w tym miejscu. Szkoda byłoby go oddelegowywać.
Załatwię godnego zastępcę, kapitanie. Co więcej… jeżeli się zgodzisz, przetransportuję ze sobą wszystkie więzienne jednostki, które sprawiają problemy wśród świty Beletha. Nie będziemy już więc mieć słabych punktów w obozie. Zrobię porządną selekcję. Każdy więzień, który miał z nimi do czynienia, pojedzie ze mną.
Planowałem po prostu rozstrzelać te psy – odparł zdziwiony kapitan. – Jeśli jakikolwiek Żyd czy inne gówno znowu byłby powodem do niesubordynacji jednego z żołnierzy Beletha, po prostu by zdechł. O czym ty pierdolisz, Schulz?
Badania, kapitanie. Osoby, które miały kontakt z wampirami… niekiedy dość intymny... To ciekawe przypadki. Zbadanie ich organizmów byłoby...
Dość – uciął wściekle kapitan. – Nie będę słuchał więcej bredni o twoich nowatorskich badaniach i eksperymentach, bo ostatni sprawił, że nawet niektóre żydowskie psy zaczęły kwestionować mój autorytet w obozie. Nie. Mogę. Na. To. Pozwolić. Rozumiesz mnie, Schulz? – wycedził przez zęby, wskazując na drzwi.
Lekarz musiał więc podkulić ogon i skierować się do wyjścia. Tym razem nie udało mu się załatwić bezpiecznej przyszłości.
Porozmawiam z Belethem, gdy już wróci – odezwał się nagle kapitan, gdy doktor już wychodził. – Nawet jeżeli się na to zgodzę… nie odejdziesz stąd wcześniej niż za parę miesięcy. Nie. Za rok. Do tego czasu masz być tutaj. Musisz dokończyć tę sprawę z tyfusem. To wymaga czasu.
Schulz kiwnął głową. To była jednocześnie zła i dobra wiadomość. Dobra, bo kapitanowi zależało na życiu lekarza, a więc w najbliższej przyszłości nie czekał go tamten świat, a zła, bo…
Bo Beleth tak czy siak zdąży się zemścić.
Masz rok na wybranie trzech potencjalnych jednostek, które miały, jak to nazwałeś, intymny kontakt z wampirem. Trzech. Nie więcej. – Kapitan zagłębił się ponownie w raportach, które czytał przed przyjściem Schulza. – Chociaż nie gwarantuję, że te ścierwa nie spłoną do tego czasu. I na nic się jeszcze nie zgodziłem, pamiętaj.
Schulz uśmiechnął się półgębkiem, wychodząc. W takim razie teraz czas na ruch Beletha.
Łowca odebrał doktorowi jedno z najcenniejszych ciał do eksperymentów – i najpewniej jeszcze będzie się na nim mścił za małe nagięcie umowy. Tego Schulz nie miał zamiaru zostawić w spokoju.
Na zemstę Beletha miał zamiar odpowiedzieć, bez względu na to, jaka będzie. A skoro wiedział, kto był największą słabością Beletha i jednocześnie najbardziej wybuchowym ogniwem wśród wampirów – to wcale nie będzie takie trudne.
Jeżeli Schulz wyjedzie stąd za rok, to zostawi za sobą zgliszcza, których bezpośrednim sprawcą będzie Fergal. I Beleth.
Kiedy wrócił do budynku szpitalnego, skierował się do laboratorium. Po kilkunastu minutach zawołał jednego z pielęgniarzy. Podał mu cztery strzykawki z mętną, czerwoną substancją.
Dla naszych więźniów. Tylko dopilnuj, żeby cała czwórka dostała całość. Dobrze wiesz, że Beleth chce ich żywych, prawda? – zagrzmiał surowo.
Najpierw trzeba zadbać o to, żeby te szczury – jedyni potencjalni świadkowie małej modyfikacji eksperymentu – zdechły.
Po wyjściu pielęgniarza sam Schulz sięgnął po butelkę z wampirzą krwią. Skrzywił się z obrzydzeniem, ale wypił całość.
On nie mógł zdechnąć.
On musiał żyć.

Szaweł, Adam, Izaak i Jan ledwo dychali w małych klitkach, do których ich wciśnięto. Strażnicy zadbali, żeby chłopaki nie siedzieli razem i z nikim się nie komunikowali – tak chciała góra. Nie mogli rozmawiać, nie mogli mieć towarzyszy. Były z nimi tylko szczury i larwy.
Podtrzymywano ich marne życie, wstrzykując im raz dziennie wampirzą krew, pojąc dwoma kubkami wody i dając dwie kromki chleba. Jeżeli widzieli, że z którymś jest wyjątkowo źle, dostawał podwójną dawkę krwi. Nikt jednak nie zajął się ich ranami, które nadal krwawiły, jątrzyły się, śmierdziały i niemiłosiernie bolały.
Nikt też nie odpowiadał im na żadne pytania, nie pomagał się umyć czy nie wpuszczał choćby odrobiny światła. Siedzieli więc w ciemności, we własnych fekaliach, wymiocinach, krwi i urynie, sam na sam ze swoimi myślami. Jedynym momentem, gdy widzieli trochę jasności, była pora karmienia.
Taka jak teraz.
Najgorzej ze wszystkich trzymał się Jan. Tyfus go wykańczał, a rany od oparzeń sprawiały mu piekło na ziemi. Chłopak godzinami majaczył, robił pod siebie, zlizywał własny pot i miewał zwidy.
Pielęgniarz jednak nie zwracał uwagi na jego jęki. Wszedł w asyście dwóch strażników, złapał chudą, brudną rękę Jana, tę niepoparzoną, i bezceremonialnie dał mu zastrzyk z wampirzej krwi. Żyda czekało teraz parę godzin błogości, gdy lekarstwo będzie rozprowadzać się po żyłach i przynosić ukojenie organizmowi.
Ale potem tyfus ponownie zaatakuje – i chłopak znów będzie cierpiał męki.
Pielęgniarz już miał iść do kolejnej czwórki, aby zaaplikować im dzienny zastrzyk, ale poczuł, że w coś wdepnął.
Kurwa mać – warknął, gdy zauważył pod butem płynne, śmierdzące odchody.
Pierdolony Żyd. Jako jedyny z całej czwórki przestał kontaktować i robił, gdzie popadnie. Pozostali trzej przynajmniej wybrali sobie w celi jedno miejsce. Śmierdzieć nadal u nich śmierdziało, pewnie, ale przynajmniej nie zostawiali gównianych zasadzek na środku celi.
Przynieście mi jakąś szmatkę! Muszę to z siebie umyć, bo oszaleję! – zagrzmiał wściekle do śmiejących się strażników. Jeden z nich w końcu ulitował się nad biedakiem i rzucił mu jakiś fragment materiału.
Młodzieniec zaczął przecierać z obrzydzeniem buta, ale przez nieuwagę wypadły mu z dużej kieszeni fartucha pozostałe strzykawki. Choć były zabezpieczone, to jednak się rozbiły, a ich zawartość zatonęła w szczynach Jana.
Pielęgniarz przeklął siarczyście i opuścił celę.
Idę po nowe. Czekajcie tu i pilnujcie.
Schulza akurat nie było w laboratorium, więc mężczyzna sam musiał napełnić strzykawki wampirzą krwią. Był przez doktora wtajemniczony, niemniej nie miał prawa dopytywać o to, skąd dokładnie brała się posoka.
Obok opakowania ze świeżą, dobrą krwią dojrzał takie, którego zawartość zdecydowanie była przeterminowana. Pielęgniarz stanął jak wryty, po czym prędko wyrzucił woreczek. Kto do tego dopuścił?! Nawet ludzka przeterminowana krew była szkodliwa, a co dopiero… od tych stworów! Chłopak by się nie zdziwił, gdyby w mig zabijała!...
Dumny z tego, że dostrzegł to lekarskie niedopatrzenie, powrócił ze świeżą krwią do cel. Tu już u progu spotkało go jednak niemiłe zaskoczenie. Jeden ze strażników sterczał przy drzwiach do klitki Jana, bojąc się wejść, a drugi natychmiast dopadł pielęgniarza.
Nie żyje! Ten Żyd! On… zaczął coś bełkotać… Potem poszła mu piana z ust, rzygał i srał krwią, a później… – Strażnik przełknął ślinę, nie kończąc. Zaprowadził pielęgniarza do celi. Ten cofnął się na sam zapach smrodu. Zajrzał do środka, zatykając nos.
Na środku, umazany we wszystkich wydzielinach, w jakich się tylko dało, leżał martwy Jan. Jego oczy były wywrócone, przez co dało się dojrzeć tylko białka. Komicznie powykrzywiane kończyny, umęczona, wybrudzona od krwistej piany, twarz i pasiak przesiąknięty smrodem – to wszystko zostało z biednego, umęczonego Żyda. Uszło z niego całe życie.
Pielęgniarz spojrzał ze zgrozą na strażników.
Beleth się wścieknie – szepnął. – Natychmiast idźcie do pozostałej trójki. Dzisiaj dostaną normalne leki, zaraz coś przyniosę. Nie możemy pozwolić, żeby jeszcze jakiś zginął, rozumiecie? Mają być żywi, żywi.
Strażnicy przytaknęli i ruszyli do klitek. Pielęgniarz z kolei został sam na sam ze śmierdzącym truchłem. Wlepił wzrok w strzykawki, które dzierżył w ręku.
Ta przeterminowana krew, która leżała obok świeżej… Ale przecież Schulz własnoręcznie przekazał mu posokę! Czy lekarz się pomylił?
Czy może zrobił to specjalnie?

Manuela długo przeklinała własne słowa o Fergalu, które wtedy rzuciła do więźniarek. Gdyby wiedziała, że zaledwie paręnaście minut później wpadnie do ich baraku Unzi, ten szalony, niemrugający, nieokrzesany wampir, który przerażał wszystkich prawie tak jak Rekin, zamknęłaby się i nadal próbowała zrzucić z siebie Kaśkę i Rachelę siłą. A tak?
A tak wszystkie kobiety były teraz pewne, że rozmowa z Sojką sprowadzi na nie wyrok śmierci. Fakt faktem, żadna z nich już jej nie tępiła i się nad nią nie znęcała, ale… żadna w ogóle nic do niej nie mówiła. Nikt, kto słyszał o tej sytuacji, nie chciał mieć z nią do czynienia.
Dziewczyny nawet zrezygnowały z własnej pryczy i zostawiły ją Manueli. Wolały nie dotykać miejsca, na którym Sojka spała. Żydówka miała dzięki temu przestrzeń i swoistą wygodę (jak na warunki obozowe), choć jednocześnie oznaczało to wieczny chłód w nocy i samotność.
Żadna z dziewczyn już jej nie przytuli na pocieszenie, żadna jej nie ogrzeje, żadna nie doda otuchy. Odkąd zginęła Magda, Manuela nie miała już tutaj bratniej duszy.
Tuż po tym, jak Unzi w jakiś dziwny, niezrozumiały sposób zmusił Rachelę do zjedzenia włosów Sojki zamoczonych we własnych szczynach, a potem do poderżnięcia sobie gardła, wszystkie kobiety odsunęły się w baraku jak najdalej od kochanicy kata. Oczywiście, że ją za to winiły. Była przeklętą dziwką, która właśnie doprowadziła do śmierci trzeciej niewinnej kobiety.
Chyba nie oczekiwała, że ktokolwiek będzie miał wobec niej krztę współczucia, prawda?
A Manuela nawet nie rozumiała, co Unzi wtedy gadał do Racheli. Nie wiedziała, co jej zrobił, że nagle stała się szalona. Cała ta sytuacja przerażała ją tak samo jak resztę. Drżała wtedy ze strachu na tej przegnitej, mokrej podłodze, niepewna tego, czy nie będzie następna po Racheli do odstrzału.
Nabrała też wtedy podejrzeń, że Fergal zrobił coś podobnego jej siostrze – że też wyprał jej mózg. Nie było innej opcji, Esterka sama z siebie przecież by się taka nie stała.
Tylko jak do tego doprowadził? O co w tym chodziło? Co jej powiedział?
Jaką moc miały te potwory?...
Nie przejęła się tym, że Unzi ukrócił jej włosy. Po tylu tygodniach w obozie końcówki były już suche i poniszczone, zresztą tak długa ozdoba nieraz jej przeszkadzała. Teraz przynajmniej Manuela nie była jednoznacznie kojarzona z dziwką, gdy szła przez obóz. To znaczy – nie przez tych, którzy jej nie znali.
Dla tych, co ją kojarzyli, nadal była kurwą esesmana, to się raczej nie zmieni. Włosy zresztą i tak miała dłuższe niż większość z tutejszych kobiet, bo sięgały nieco za bark. Spokojnie mogłaby je związać w wygodny kucyk, gdyby rzecz jasna, miała czym.
Ciałem Racheli musiała zająć się sama na drugi dzień. Żadna z kobiet nie chciała go dotknąć. Manuela zatargała je więc przez cały obóz do krematorium, patrząc co chwilę na zakrwawioną, wykrzywioną twarz Racheli.
Nie mogła się powstrzymać od zerkania na nią z jednego powodu: to był pierwszy trup, w którego oczach nie widziała bólu Magdy albo tamtej kobiety. Pierwszy trup, którego nie było jej żal. Pierwszy trup, który… był tylko trupem. Niczym więcej. Żadnym wyrzutem sumienia.
Czy to dlatego, że Rachela była jej prześladowczynią? Dlatego, że zrobiła jej wieczną pamiątkę na piersi i chciała upokorzyć ją na oczach całego baraku?
Czy może po prostu Manuela już zdążyła uodpornić się na śmierć?
Pracowała zawzięcie przez cały tydzień, głównie przy ciałach. Nie skarżyła się na rany, ale stary Rosjanin, który często był niedaleko, widział jej ból i pomagał przy noszeniu ciał, o ile tylko żaden kapo nie patrzył. Manueli nieraz robiło się też słabo, zwłaszcza przez pierwszy dzień od akcji Racheli.
Wtedy jednak dotarły do niej te wieści – jedna dobra, jedna zła.
Zła: jej brat i jacyś mężczyźni napadli esesmana, zatłukli go niemal na śmierć i teraz gnili w celach, czekając na wyrok. Nikt nie miał tam dostępu, więc Sojka nawet nie mogła sprawdzić, czy jeszcze żyli i w jakim byli stanie.
Dobra: tym esesmanem był Fergal.
Och, Boże!
Czy chłopakom naprawdę udało się zrobić mu krzywdę? Bunt jednak doszedł do skutku? Czy ten kat wreszcie zostawi ją i całą jej rodzinę w spokoju?
Manuela przez długi czas nie mogła w to uwierzyć. Była pewna, że lada moment zza rogu wyjdzie on, że znowu ją gdzieś zabierze, zgwałci, upokorzy, zrani, że dobierze się do jej siostry i matki, że zemści się na bracie, na narzeczonym…
Ale nic takiego się nie działo.
Minął tydzień – a jego nadal nie było.
Powoli zaczynała wierzyć, że szczęście się wreszcie do niej uśmiechnęło. W ciągu tych dni spotkała nawet przez moment matkę, która wręczyła jej zawiniątko z lekarstwem, podobno od Beaty, ucałowała ją w czoło, po czym wróciła do własnych robót. Manuela musiała sobie sama podać dożylnie wampirzą krew, gdzieś za barakiem, gdy nikt nie patrzył. Dzięki temu jej skaleczenia zaczęły się w końcu goić i po tygodniu było w miarę dobrze. To znaczy: żadna z ran już przynajmniej nie krwawiła. W żadną nie wdała się gangrena.
Na piersi pozostała okropna blizna w kształcie swastyki, na całym ciele doszło parę nowych ozdób po tym, jak Fergal chłostał ją na środku obozu, ale… oprócz tego nic jej nie dolegało. Była zdrowa.
Zdrowa i niemal szczęśliwa. Gdyby tylko jeszcze wiedziała, co działo się z Esterką, Szawłem i Kubą, gdyby tylko mogła ich jakoś uratować – życie znowu miałoby sens.
W chwili, gdy przybył do niej Unzi, nawet już nie myślała o wampirach i grupie Beletha. Pracowała tak mocno, jak tylko dała radę, aby przypadkiem nie zdenerwować kapo.
Jego głos przyprawił ją o dreszcze i sprawił, że upuściła ciało jakiejś dziewczynki. Cofnęła się o parę kroków, przez moment spoglądając na niespodziewanego rozmówcę. Szybko jednak odwróciła wzrok.
Na Boga, czego od niej chciał?...
Zauważyła, że więźniowie obok zaczęli się przysłuchiwać. Kapo na szczęście byli na tyle przytomni, że pogonili ich do pracy – i to kilkadziesiąt metrów stąd, w oddaleniu od Unziego. Słyszeli o akcji Fergala na środku obozu i nie mieli zamiaru znowu być świadkami podobnej sytuacji. Kapitan by się wściekł.
Jeśli ten przeklęty uczeń Beletha ma zamiar kogoś krzywdzić, to niech to będzie tylko Sojka.
Kobieta została więc sam na sam z psychicznym Unzim, pośród kopy ciał. Zdjęła rękawice, gdy do niej mówił, bo wiedziała, że niektórzy esesmani wymagali tego od Żydów. Posłusznie splotła nagie ręce i spojrzała na własne stopy.
Zacisnęła mocno szczękę, gdy wspomniał Fergala. Nie z imienia co prawda, ale to było oczywiste, kogo miał na myśli. Mówił tak głośno, że kapo i tak ich słyszeli, nawet jeśli byli w oddali.
Jak ją gwałcił?
Naprawdę?
Zagryzła dolną wargę. Wspominanie tego, jak Fergal ją upokarzał, było jedną z ostatnich rzeczy, których chciała.
Tak, widziała dwa, nawet jeśli tylko przez moment, bo zawsze odwracała wzrok.
Tak, czuła je. I to aż za dobrze. Fergal się nie powstrzymywał, gdy spełniał swoje chore żądze. Nadal doskwierał jej momentami ból między udami.
Czy to właśnie Unzi chciał usłyszeć? Szczegóły tego, co Fergal z nią robił, gdy byli sam na sam? O to mu chodziło?
Jeśli tak, Manuela nie miała zamiaru się rozgadywać. Nie chciała tego na nowo przeżywać, nie chciała sobie wszystkiego przypominać. I tak ten ból bez przerwy siedział jej w głowie i nie pozwalał normalnie funkcjonować.
Widziałam i poczułam – szepnęła tylko. Nie mogła przecież pyskować do nazisty, musiała być grzeczna i odpowiedzieć na jego pytanie, nawet zdawkowo.
Nadal nie podnosiła wzroku, bo podobno dobry Żyd nie patrzy na esesmana, jeśli ten na to nie pozwoli. Chociaż tak naprawdę po prostu nie chciała tego robić. Miała dość krwiożerczych oczu, ostrych zębisk oraz wiecznego głodu i żądzy, jaka biła od wampirów.
Ale jednej rzeczy musiała się dowiedzieć. Bez niej nigdy nie odzyska swojej siostry. Dodała więc cicho:
To, co spotkało Rachelę… Czy wy wszyscy tak umiecie? On – przerwała na moment, ale poprawiła się: – Fergal też to umie? Czy to da się cofnąć?
Nie miała pojęcia, czy Unzi wiedział o Esterce. Nie miała też pojęcia, jaki dokładnie był. Wydawał się szalony, krążyły o nim dziwne plotki, ale… Z drugiej strony to on i Andre uratowali ją wtedy przed wściekłością Fergala, gdy rozbiła na jego głowie butelkę.
Może więc teraz odpowie?

_________________


Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 Julia-11


Japoński: #993300
Rosyjski: #cc0033
Polski: #009900
Jidysz XD: #0033cc


Bracia Schlecht SZLETH.
Jak ja ich, kurwa, nienawidzę.

Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 12310
Miłość Ferga i Mańki w trzech aktach.


Ostatnio zmieniony przez Manuela dnia Czw Lis 14, 2019 9:19 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Fergal
Prefekt
Prefekt
Fergal

http://vampireknight.forumpl.net/t1888-fergal#40176 http://vampireknight.forumpl.net/t3750-fergal http://vampireknight.forumpl.net/t3672-fergal#79795 http://vampireknight.forumpl.net/t3641-fergal#79025
Zarejestrował/a : 25/06/2015
Liczba postów : 780


Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 Empty
PisanieTemat: Re: Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3=   Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 EmptyNie Lis 10, 2019 3:49 am

Ile człowiek jest w stanie wiele złego uczynić, aby jego plan wyszedł jak najlepiej. Takim człowiekiem okazał Się Beleth. Mężczyzna robił wszystko aby jego obiecujący kat wydobrzał i powrócił na teren obozu. Wierzył też w poprawę Schlechta: miał już nie robić problemów, miał już zaprzestać skupiać się tylko i wyłącznie na jednej Sojce, zapominając o reszcie obowiązków. Po tej całej akcji naprawdę budował nadzieję na ogarnięcie Rekina. Dlatego tak starannie zorganizował jego leczenie. Odbudowywał ciało wampira, jak i jego umysł. Co chwila odwiedzał swoje podopiecznego, tłumacząc że to nie z jego winy, tylko tych cholernych żydów.
- Zapłacą ci za to, Fergal. Wiesz, że tego dopilnuję.
Mówił przejęty łowca, nie raz pocieszająco klepiąc poparzoną głowę potwora. Rekin akurat brnął myślami ku zasadzce jaką na niego sprowadzili, o tym co zrobi jak tylko wróci. Nie wiedział jednak, iż Beleth już coś przygotował. Że te cholerne zawszone cwaniaczki otrzymają potworną karę. Już przecież byli przetrzymywani w okropnych warunkach, chociaż pilnowano aby nie poumierali; karmieni wampirzą krwią byli ewidentnie do czegoś przygotowywani. Tylko dzielni biedacy nie mieli bladego pojęcia do czego.
Wiadomo, że łowca doskonale wiedział. I zapewniał podopiecznego o nadchodzącej zemście, ale póki co miał leżeć. Tylko ile można tkwić w jednej pozycji? Nakazane miał odpoczywać, nie wstawać ani nie przemęczać wciąż rannego ciała. Nie obyło się bez napadów wściekłości, kończących się podawaniem leków nasennych albo uspokajających. Niektórzy marudzili, że ze Schlechtem było gorzej niż z dzieckiem. Tylko nikt nie odważył się tego powiedzieć wprost do potwora czy jego ludzkiego opiekuna. Całe szczęście jednak, że po kilkunastu dniach Fergal zaczął dochodzić do siebie. Już mógł siadać, czy nawet rozprostować kości. Z pokoju jednak wciąż nie wychodził. Otrzymał za to towarzyszkę. Rzekoma Niemka pracująca dla Beletha. Najlepsza, najbardziej oddana służka i uprzejma. Co się dziwić? W tych czasach lepiej esesmanom nie podpadać, zwłaszcza tym nieludzkim. Fergal nie raz ją obserwował, lecz mało co odzywał się. Czyżby już wtedy wychodziła jego nieśmiałość? I jak widać tylko i wyłącznie w obecności NIEMCÓW, nie żydówek.
Mimo to z niechęcią spoglądał na wszystkie przyjmowane leki. Ile ich już brał? Podobno było to konieczne, a przynajmniej tak uważał Beleth. Skrzywił się na ich widok, sięgając od razu po wszytkie i przepił krwią.
- Oszaleję tutaj.
Warknie ostro do kobiety. Głośno odstawił pustą szklankę i kiwnął głową, aby dolała. Sigrid bez ociągania się wykonała polecenie, wypełniając naczynie po same jego brzegi. Ostrożnie wręczyła je do dłoni Rekina, po czym cofnęła się, nie chcąc zakłócać przestrzeni osobistej wampira. Już nie chodziło o sam szacunek, ale o instynktowny strach. Wciąż leżący pacjent był niebezpieczny, w każdej chwili mógł zdecydować, że chce ją zjeść. Właściwie czasami Rekin się jej przyglądał, nie odzywając się jednak. Tak jakby oceniał, rozmyślał, ba, czynił tak nawet podczas spożywania krwi ze szklanki.
- Poprawić poduszki? Podać coś, panu? A może powiadomić pana Beletha aby przybył i pana zbadał?
Chciała jakoś zakłócić ciszę, starając się również zbytnio nie być nachalną. Wiedziała z jakich napadów wściekłości o byle pierdołę słyną, nie raz była świadkiem. Co prawda nie odczuła ich na sobie bezpośrednio, ale nie raz widziała jak inni pracownicy opuszczali pokój w pośpiechu. Będąc rannym nie wydawał się aż tak bezbronny.
- Obejdzie się.
Odpowie szorstko, na co pracownica tylko przytaknie. Ma stać? Pilnować go? Podeszła do stolika, biorąc pusta szklankę.
- Może wymienię na czystą. W końcu w krwi może zebrać się wiele bakterii. Niebawem wrócę. Życzy sobie pan coś, co mogłabym dostarczyć?
Znowu okazała chęci pomocy. Lecz zamiast odpowiedzi uzyskała śliną rękę wampira, który chwycił ją za nadgarstek. Pociągnął ją lekko w swoją stronę, aby następnie przystawić obnażony nadgarstek pod nos i nieprzyjemnie gładkie. Czy ten stwór w ogóle posiadał wargi? Z lekkim obrzydzeniem przyglądała się całej scenie, nie bardzo wiedząc co ma zrobić. Słyszała, że gwałtowne ruchy drażnią wampiry. Chociaż miała większa szansę przyjrzeć się podwładnemu Beletha; faktycznie poparzenia znikały w drastycznym tempie, jakby to co go oszpecało, znikło niczym za machnięciem czarodziejskiej różdżki.
Więc takie są wampiry? Idealne? Prawie niezniszczalne? Nic dziwnego że tutejsi lekarze tak bardzo się nimi interesowali. Nie raz podsłuchała rozmowy, przyłapała również Beletha na rozmowie z nieprzyjemnym Schulzem, przecież ten człowiek nie raz gościł na posesji.
Otworzyła szerzej oczy, czując na swojej skórze wilgotny język. Kosztował ją? Smakował? Mimo wszystko ręki tracić nie chciała. Lekko się szarpnęła, coby nie rozzłościć Rekina. Spotkała się jedynie z oporem w postaci mocniejszego, bardziej bolesnego uścisku. Wtedy też dostrzegła obnażone, rekinie zębiska. Wcześniej je też widziała, lecz nie z takiego bliska.
- Nie szarp się, bo będzie jeszcze gorzej.
Przez głos Beletha niemalże podskoczyła. Odwróciła gwałtownie głowę w stronę drzwi od sypialni, dostrzegając w nich sylwetkę łowcy. Mężczyzna uśmiechał się. Nie zamierzał nic uczynić?
- Proszę pana, nie można przecież...
- Zamilcz!
Prośba przerwana nagłym wybuchem Beletha. Wszedł do pokoju, zamykając za sobą drzwi. Fergal już wcześniej go wyczuł, więc wolał się powstrzymać, o czym łowca doskonale wiedział. Wiedział, że prędzej czy później wampir zapragnie żywej ofiary a nie wiecznie krwi z dzbanków. Szybko stygła, a on potrzebował świeżej.
- Wypełniasz porządnie obowiązki, Sigrid. Jesteś niezastąpiona, zostałaś wtajemniczona w ich istnienie. Pora abyś doświadczyła najważniejszego; intymności rozumianej tylko i wyłącznie przez ich gatunek.
Syknie wprost do ucha kobiety, po tym jak zasłonił jej usta dłonią. Była w potrzasku. Z szanowanego pracownika, stała się nic nie wartym workiem z krwią. I właśnie dostała olśnienia... Co jeśli się dowiedzieli?
Kiedy zaczął się wgryzać, kolana służącej odruchowo się zginały. Pragnęła wyrwać rękę, odsunąć i uciec, nie miała niestety najmniejszych szans. Nie dość, że zacisk szczęk był naprawdę potężny, to w dodatku Beleth uniemożliwiał.
- Jedna twoja przyjaciółeczka ma za długi jęzor. Ale masz szczęście, Sigrid. Lubię cię, więc nie skażę na śmierć. Po prostu muszę zadbać o stan psychiczny Fergala. Skoro ma wrócić do pracy, musi być w pełni sił.
Dorzucił z nieukrywaną stratyfikacją. Kobieta pewna swoich zabezpieczeń została uziemiona z powodu koleżanki. Tak ciężko komukolwiek zaufać w tych czasach.
Zerknęła z niechęcią jak wampir spożywał zachłannie jej krew. Słyszała jak połykał, jak głośniej oddychał. Natomiast łowca nie wyglądał na przejętego, wszak nie pierwszy i nie ostatni taki widok.
Po wyszarpaniu zębisk, była przekonana iż to koniec. Nic z tych rzeczy, bowiem została pchnięta na łóżko, a cielsko wampira podniosło się aby zawisnąć nad nią. Teraz jej głowa znajdowała się między łapami Fergala. Pogromca w tym momencie postanowił zostawić ich samych, znowu uwierzył w rozsądek Schlechta. Dostał polecenie "Ukaż, ale nie zabij." I ma je bezbłędnie wypełnić, chodzi tu o jego przyszłość jako kata. Pozostawiona kobieta na pastwę losu podopiecznego przeżyła swój ludzki koszmar; prawie pozbawiona krwi, pogryziona, pobita. Fergal wyżył się na niej za wszystkie zmarnowane dni na leżeniu. Kiedy wywleczono ją na wpół przytomną, Schlecht ani razu się nie obejrzał, zażądał tylko zmiany pościeli. Była ona cała we krwi.

Podczas gdy Niemiec dochodził do siebie, Manuela nie miała ani odrobiny luzu. Nawet jeśli nie widziała swojego kata, nie pozostawała sama. Unzi już w noc jej upodlenia przez inne więźniarki, dał o sobie znać. Zatem co działo się później? Czasami ją nawiedzał, straszył, gryzł ale któregoś razu zaczepił i nie zamierzał szybko odpuścić. Żydówka powinna się spodziewać od szaleńca najgorszego; to że ją ocalił, nie znaczyło o szacunku. Wampiry chroniły swoje tyłki, a nie żydowskich śmieci. W noc rzekomego ocalenia przed skatowaniem na śmierć, całej trójce nocnych istot groziło zawieszenie. W najmniejszym stopniu nie chodziło o Sojkę.
Zarechotał szaleńczo na odpowiedź kobiety. Bała się. Ewidentnie bała o swoje życie, o to co mogło się stać jeśli powie za dużo.
- Chciałbym zobaczyć wtedy twoją minę!
Dla niego zgorszenie Manueli okazywało się dobrym motywem do kpin. Mimo szaleństwa zawartego w jego głowie, głupi nie był.
I czym niby miało być jej pytanie? Unzi przechylił na bok głowę, przez co wyglądał jeszcze bardziej upiornie niż był. Zaśmiał się głośno, szczerząc zębiska.
- Ooo! A co spotkało Rachelę? Kim była Rachela? Numer? 45125 albo 47944? Unzi nie zna żadnej Racheli!
Krzyknął i wyciągnął palec zakończony ostrym pazurem, aby dźgnąć mocno Sojkę w ramię. Nie zadał jej rany, ale mogła poczuć nieprzyjemny ból. Poza tym doskonale wiedział o czym mówiła. Tylko kto wyjaśni wariata?
- Ale nie! Fergal nie umie! On jest wiesz... Ma wielką paszczę i gryzie. Nie robi z ludzi bezmózgie małpy.
Wypowiadając, wymachiwał rękoma i gestykulował nadpobudliwie. Nie umiał ustać w miejscu. Sądził także iż Manuela powinna doświadczyć na własnej skórze psychicznych mocy, które bywają o wiele gorsze od tych fizycznych. Stała się świadkiem śmierci Racheli. Widziała do czego Unzi ją nakłonił. Czyżby planował kolejny atak?
- Manuelo! Manuelo!
Rozmowę wampira z Sojką przerwało wołanie małej Esterki. Kiedy kobieta odwróci się, ujrzy swoją małą siostrę trzymającą za rękę jej matkę. Obydwie wydawały się szczęśliwe.
- Maniu, skarbie. To koniec. Jesteśmy wolne. Obóz został rozwiązany!
Wiwatowała starsza kobieta. Szybko objęła swoją ukochaną córkę, przyciskając mocno do ciała. Ciepło, miłość.
- Wrócimy do domu!
Powtórzyła dziewczynka, kurczowo trzymając się siostrzanego pasiaka. Tylko co było nie tak? Jeżeli Sojka skieruje uwagę na wampira, nigdzie go nie ujrzy. Znikł? Uznał, że skoro trzeba się poddać, musi uciekać?
- Poza obozem czekają na nas. Słyszałam od komendantów. Stoją samochody, zabiorą nas stąd. Będziemy wolne! Nareszcie!
Matka pociągnęła za ręce obie córki. Rozglądając się dookoła można było dostrzec ludzi wychodzących z baraków, z ciężkiej pracy. Wszyscy wyglądali na szczęśliwych. Esesmani stali w osłupieniu, obserwując bezradnie jak ich więźniowie dobrowolnie opuszczają obóz. Szli. Szli wszyscy razem poza mury, poza bramę do czarnych mercedesów.
- Maniu, poczekaj! Nim wsiądziesz do samochodu, musisz się przebrać!
Zawołała matula, ciągnąc najstarszą za rękę. Po chwili wręczy jej sukienkę; elegancką, szytą na miarę i z ludzkiej skóry. W miejsce dekoltu były wszyte rude włosy. Rozpoznała je?
- Madzia też chcę wolności, więc zabierzemy ją ze sobą. Ją i jej dzieciątko!
Zapiszczała Esterka, unosząc osmolone martwe niemowlę. Wypchane ludzkimi flakami, które to aż ulewało się z maleńkich, wypalonych ust. Nim zdążyła Sojka zareagować, została wepchnięta do samochodu i prosto na swojego ukochanego Jakuba. Mężczyzna leżał na tylnym siedzeniu wygięty w nienaturalny sposób. Jego obydwie nogi były wykręcone w kolanach, brak jednej ręki, natomiast drugą miał przyszytą do głowy. Zaszyte powieki, wycięte wargi. Próbował coś powiedzieć, ale zamiast słów wydostał się tylko obrzydliwy bulgot, a zaraz po nim bąbel krwi.
- A świnki mogły zostać w swoim domku! Słuchać się nie chciały!
Wypalił głos z siedzenia kierowcy. Kierowcą okazał się sam diaboliczny Schulz. Odwrócił się w ich stronę.
- Matrona powinna trzymać prosiaki blisko siebie! Teraz wszystkie idą na rzeź!
Wykrzywiona w złośliwym grymasie twarz obozowego lekarza zwiastowała że sielanka została zakończona. Tylko czemu do licha matka oraz Esterka wciąż się cieszyły. Co było jednak najgorsze ujrzeć córce? To, kiedy matka usiadła na miejscu pasażera obok i pochyliła się ku krocza mężczyzny.
- Esterka! Masz natychmiast przestać patrzeć!
Rozkazał lekarz, patrząc z nad ramienia na dziewczynkę. Ta posłusznie pokiwała główką i poczęła wydłubywać sobie oczy drobnymi paluszkami.
Chaos. Koszmar. Wszystko zaczęło się dziać nagle. Co natomiast wydarzyło się poza samochodem? Strzelanina. Krzyki, płacz, lament. Esesmani ruszyli się ze stanowisk mordując z karabinów uciekających więźniów. Manuela mogła dostrzec jak jeden z braci Szaweł pada tuż obok ich samochodu, rozerwany przez kule. Zdążył jedynie dotknąć zakrwawioną dłonią szyby, pozostawiając na niej ślad.
- Zabij się dziwko, zabij! Nie jesteś potrzebna!
Wysoki głosik młodszej siostry zabrzmiał złowrogo. A pełen zadowolenia Schulz z pieszczoty, podał broń Manueli. Z jedną kulą. Jeśli chciała wymierzyć nią w lekarza, broń automatycznie się blokowała. Poza tym ręka wbrew woli kierowała się w stronę jej własnej prawej skroni.
- No dalej! Zabij się! To przez ciebie jest to wszystko! Przez ciebie i twój romans z katem! Zabili wszystkich! Masz na sumieniu tysiące ludzkich żyć! Jesteś bezwartościową szmatą!
Ester się nie zamykała. Mimo że krwawiła, nie miała oczu, to krzyczała. W pewnym momencie głos zmieniał się; z dziewczęcego przeobrażał się na męski. Dobrze znajomy. Głos należący do Unziego.
- Zabij się! Zabij! Durna! To twoja wina!
I wreszcie rozległ się śmiech. Manuela z powrotem znalazła się w tym samym miejscu, którym stała poprzednio: w swoim pasiaku, przy miejscu praca. Znowu osamotniona, tylko z taką różnicą iż przeżyła potworny szok oraz w jej dłoniach naprawdę znajdowała się broń. Niestety nienabita.
Cały koszmar okazał się wizją, powstałą w jej głowie. Unzi był jedynie świadkiem obrazu, lecz czynnego udziału w nim nie brał, słyszał też jej mowę bo przecież kobieta nie zdawała sobie sprawy z chorej iluzji. Pewnie płakała, krzyczała, a stojący naprzeciwko wampir miał niezły ubaw.
Jeśli upadła, kopnie ją.
- Masz pracować, świnko! Pracuj póki Wielki, Zły wilk nie wróci.
Klasnął w dłonie, patrząc z nieukrywaną pogardą.
- Czemu się naprawdę nie zabijesz? Skrócisz swoje męki! Rodziny i tak nie ocalisz! Nie ocalisz! Zdechniecie tu wszyscy!
Dodał, zapewne całkowicie dobijając umęczoną żydówkę. Oczywiście cała wizja trwała chwilę, niemniej w umyśle więźniarki mogło wydawać się całą wiecznością.
Po całej akcji, wampir znudził się. Pozostawił ją samą sobie, kierując się w inną stronę. Dostrzegł dwóch więźniów. Stali zmęczeni oparci o łopaty. Zapomnieli się gdzie są? I czego znowu została świadkiem? Ataku na nogi mężczyzn; stal z łopat zmanipulowana przez moc wampira, przecięła ich kończyny. Upadli obaj, brodząc we własnej krwi. Stracili nogi w przeciągu kilku sekund.
Manuela nic nie była w stanie zrobić, nawet wtedy, kiedy trzymała broń należącą do szaleńca. Jak widać zapomniał o niej.

- Schulz?! Jesteś tutaj?!
Do głowy lekarza dotarło wołanie pełne gniewu. Skierował uwagę na nadchodzącego Beletha. Zaczęło się. Pogromca dowiedział się o wszystkim i zamierzał porozmawiać sobie z nagminnie ustalone zasady. Mimo to przybrał dobrą minę do złej gry. Wstał zza biurka, uśmiechając się szeroko do gościa.
- Beleth! Jak dobrze cię widzieć! Gdzie się tak długo podziewałeś? Nie mów, że wziąłeś sobie urlop...
- Nie udawaj głupiego, Schulz. Doskonale wiesz po co tutaj jestem! Te ochłapy ludzkie mieli dostęp do trucizn, prawie zabili mojego kata! Badanie NIE TAK miały wyglądać! Leczyłem go ponad trzy tygodnie!
Nie dawał dokończyć lekarzowi. Łowca naprawdę był wściekły, chociaż głos miał zimny. Medyk nerwowo przełknął ślinę.
- Ale koniec końców, twój rekin żyje. Zagalopowałem się, nie ukrywam. Spójrz jednak na to z innej strony; przetrwał! Fergal żyje, zakładam też że ma się dobrze! Te bestie są wytrzymalsze bardziej niż sądziliśmy. Może się uda coś z nich wyciągnąć, aby i ludzie mogli coś...
- Nie wkurzaj mnie jeszcze bardziej. Ostatni raz mieszasz się w badania nad wampirami, głównie nad moimi. Jeśli jeszcze raz dowiem się, że mieszasz, osobiście wpakuję twoje cielsko do pieca w krematorium.
Koniec gróźb. Ostatnie ciche słowa wzbudziły w lekarzu nie tylko lęk, ale również odczuł jak skopana została jego duma, jego wiedza. W taki sposób Beleth się odpłaca? Wyzywając go przy pracownikach? Więźniach? Kącik ust nerwowo zadrżał. Na złagodzenie sytuacji, drżącymi rękoma przywołał pielęgniarza.
- Zaprowadź, pana Beletha do przetrzymywanych zbrodniarzy. Niech ich zabierze.
Polecił, na co pielęgniarz od razu zareagował wykonaniem rozkazu. Dłonią wskazał wyjście. Musieli przejść się kawałek, nim dotarli do cel osadzonych winnych napaści na Schlechta. Łowca przez całą drogę milczał, póki nie znalazł się przy odważnych.
- Brakuje czwartego.
- Co proszę?
- Z-zmarł z wycieńczenia.
Zająkiwał się na ostre spojrzenie poskramiacza. Ten jedynie westchnął głośno, pocierając dłonią czoło.
- Mam nadzieję, że zdechł w męczarniach.
Jakoś nie mógł złości wyładować na pielęgniarzu. To nie jego wina, że był podwładnym nierozważnego Schulza. Chłopak ino skinął głową. I nie czekając zaczął otwierać celę, zmuszając do wyjścia z nich osadzonych. Trójka panów. Zmęczeni, przerażeni. Widok Beletha aż paraliżował. Wszak zwiastował jedno: Rekina.
- Nim zapakujecie ich do wozu, mają być wyszorowani i naszpikowani witaminami.
Padł szybki rozkaz od strony łowcy. Pielęgniarz niezwłocznie rozpoczął przygotowania z pomocą dwóch innych. Przygotowali oni więźniów do wyjazdu z obozu, prosto na teren potwora. Powinni już wiedzieć, że nie wyjdą z tego cało.
Schulz jedynie obserwował z okna jak trójka biedaków pakowana jest na wóz. Ze złością obracał w palcach wieczne pióro. Już wiedział jak się zemścić za zniewagę; jego oraz pragnienia wiedzy. Beleth zapomniał ile zawdzięczał. Powinien się liczyć, że z wyrodnymi lekarzami się nie zadziera. Wszak sam nim był.

Dojeżdżali. Z wozu nie mogli dostrzec chociaż kawałka lasu, wszak tył były zasłonięte ciężką, materiałową płachtą. Poza tym byli też zakuci łańcuchami. W milczeniu siedzieli, wpatrując się we własne bose stopy. Nie mieli pojęcia, że ich próba ataku zakończy się totalnym niewypałem, przecież Niemiec żył. A dowiedzieć się o tym mieli dopiero, kiedy będą na miejscu.
- Chociaż się nam udało, prawda? Ta bestia nie przeżyła. Da się ich zabić.
Odezwał się nagle Szaweł. Siedzący obok Izaak uśmiechnął się smutnie.
- Mam nadzieję, że nasz heroiczny wyczyn będzie rozpamiętywany. Wiecie, czwórka dzielnych mężów pokonała potwora.
Próbował się śmiać. Nic z tego, panowie wiedzieli że jadą na stracenie, co prawda czuli się dumni, niemalże śmierć jak na polu walki. Adam jednak nie odzywał się nic. Wpatrywał się w ciemną przestrzeń, nie mogąc przyjąć do wiadomość iż to już jego koniec. Wiadomo, że będą zamordowani, przecież zabili kata.
Podróż dobiegła końca, donośny głos padł zza płachty po czym ta rozsunęła się. Powoli dochodziło do zachodu słońca, więc panowie nie byli oślepieni światłem. Skierowani przez dwóch strażników prosto do potężnej posesji. Przyglądali się, rozglądali jak tylko uzyskali szansę. No tak, więźniowie gnili w barakach, a esesmani korzystali z luksusów. Kilka kroków przed nimi szedł Łowca. Porozumiewał się ze strażnikami oczywiście po Niemiecku. Dłonią wskazał spore, żelazne drzwi. A za nimi z kolei znajdowały się kamienne schody, prowadzące ku podziemiom. Schron. Tylko czy aby przeznaczony wyłącznie dla bezpieczeństwa? Trójka więźniów została niemalże zepchnięta ze schodów. Upadli oni na twardą podłogę. Oświetlenie stanowiły jedynie niewielkie kinkiety, wbite w szare ściany.
- Bawić się dobrze!
Zawołał jeden ze strażników niepoprawną polszczyzną. Być może celowo nauczyli się tego zwrotu, musieli wiedzieć w końcu jakie sceny odgrywały się w podziemiach. Zatrzasnęły się drzwi za nimi, a odgłos zamka zwiastował, że zostali oni zamknięci od zewnątrz. Za panami nie było już drogi ucieczki, ale przed nimi rozpoczął się prawdziwy tunel pełny korytarzy i przejść.
- Co oni zamierzają z nami zrobić? Zagłodzą nas? Po to nas leczyli, żeby teraz zamęczyć?
Warknął rozzłoszczony Adam. Wciąż mieli ciążące kajdany, więc ciężko było chodzić i poruszać rękoma. Mimo tego, szli przed siebie. Właściwie nie mieli wyjścia: łańcuchy kajdan były ze sobą wzajemnie przymocowane, więc trójka panów tak czy siak musiała wspólnie się przemieszczać.
Na pozór opustoszałe korytarze wypełniały odgłosy niespokojnych, ludzkich oddechów oraz brzęczenia łańcuchów. Wciąż maszerowali, nie mając pojęcia gdzie tak naprawdę idą. Może jakaś nadzieja na wolność zaistniała? Może właśnie na tym polegała ta cała gra?
- Myślicie, że ci szaleńcy właśnie...
- Ciśśś! Cicho! Adam!
Przerwał koledze Szaweł, zastygając w miejscu.
- Słyszeliście? Kroki?
Odezwał się po kilkunastu sekundach, wciąż wpatrując się w półmrok przed nimi. Nie było niczego widać. Izaak skulił się, Adam zaprzeczył ruchem głowy. Jednak idący przed nimi Sojka nie pozostawał przekonany iż to tylko wymysł jego wyobraźni. Coś było nie tak.
I kiedy już chcieli ruszyć się z miejsca, zgasło całe oświetlenie. Panowie wzdrygnęli się, zbliżając do siebie.
- Co, przecież... Co oni do Diabła knują.
Zawył Izaak, czując jak cała odwaga z niego zaczęła spływać. Szaweł rozglądał się, starał cokolwiek wyłapać i niestety, wyłapał. Parę metrów dalej dostrzegł te dwa, czerwone punkty. Osadzone tak, jakby owe punkty były tęczówkami w ślepiach. Tylko czemu były nisko? Co przed nimi stało? Pies? Czy jakieś inne zwierzę?
- Co to jest, Szaweł. Co oni chcą nam zrobić?
Załkał za jego plecami Adam. Szaweł odpowiedział potrząśnięciem głowy. Nie miał pojęcia co przed nimi stało, ale jedno było pewne - zaczęło się zbliżać. Bezszelestne, błyskawiczne ruchy. Nic nie byli w stanie dostrzec przez ciemność, nie dochodziło tutaj żadne światło. Jedynie dwa punkty. Wtem i one znikły. Nagle, zupełnie jakby ktoś je wyłączył.
- Nie ma ich. Zobaczcie, nie ma! Może to było zwykłe złudzenie? Robią nam coś z głowami, mózgami. Faszerowali nas czymś dziwnym.
Zawołał pełen nadziei Izaak. Lecz czy znał powiedzenie, że Nadzieja matką głupich? W końcu coś porwało biednego chłopaka z boku. Adam z Szawłem wywrócili się, z początku nie mogąc pojąć co takiego się właśnie stało. Rozległ się donośny, mrożący krew w żyłach ludzki krzyk należący do Izaaka. Następnie mnóstwo odgłosów przypominających szarpaninę, rozrywanie.
- Izaak! Izaak!
Krzyczał Adam z Szawłem, łapiąc złączone ich łańcuchy. Siłowali się z tym długo, wreszcie puściło. Obydwaj panowie upadli na plecy. Szybko jednak pozbierali się na klęczki, aby wybadać co stało się z ich kolegą.
- Boże, Szaweł. BOŻE! Ja, nie czuję jego głowy, klatki piersiowej! On... On nie ma połowy ciała!
Zawył zrozpaczony człowiek, brodząc we krwi oraz truchle przyjaciela. Sojka siedział przerażony, wpatrując się w miejsce w którym znajdował się Adam z nieżyjącym Izaakiem. Próbował wyjaśnić co się stało, że znajdują się w koszmarze, że kolejne eksperymenty. Z zamyślenia wyrwał go kolejny krzyk, należący do Adama. Coś nim szarpnęło, uderzyło o ścianę. Krzyki ustały po kolejnym uderzeniu.
- Dość! DOŚĆ!
Krzyczał Sojka, starając się ciągnąc łańcuchem. Kopać, wić się, a nawet unieść ręce i uderzyć mordującego. Natrafił na przeszkodę i stało się najgorsze; zapaliło się na nowo światło. Szaweł opierał właśnie zakute ręce o nogi. Uniósł powoli głowę ku górze, dostrzegając znajome rysy twarzy, a dokładniej to, co starał się dostrzec bowiem lico było całe we krwi od ust aż po brodę oraz białą koszulę rozpiętą pod szyją. Jedna ręka trzymała wgniecioną głowę w ścianę, drżącego w agonii Adama. Druga luźno spoczywała przy boku.
- Przecież miałeś... NIE ŻYĆ!
Wydarł się Szaweł, cofając dłonie. Nie dało się nie rozpoznać Fergala. Nawet maska z krwi, nie zasłoni nienawistnego wyrazu twarzy, jednak tym razem było inaczej. Jego beznamiętne oblicze było niczym twarzą jak u lwa polującego na ofiarę: Zwykła, najczystsza w swojej postaci żądza zabijania.

Siostra Manuela nie dowiedziała się o czwórce poległych, póki nie zaczęła pracować w medycznym budynku. Ale póki co zmuszona została skupić się na swojej pracy. Brakowało jednej sprzątaczki, a Sojka okazała się dobrym wyborem. Dostała do rąk szmatę, wiadro i od groma zanieczyszczeń składającej się z krwi oraz ludzkich odpadów. Znajdowała się bowiem w jednej z kaźni; laboratorium. Schulz od czasu do czasu zaglądał do Manueli z ciekawością. Nie bez powodu tu była; obcowała z Rekinem. Widziała go z bliska, czuła w sobie, na sobie. A szalony doktorek upatrzył sobie Schlechta jako godny okaz do badań.
- Ty tam. Podejdź. Chcę z tobą porozmawiać.
Odezwał się po polsku. Oczywiście kiedy uda się z nim do jego gabinetu, nie mogła usiąść. Musiała stać. Schulz natomiast zajął miejsca za biurkiem.
- Wiesz kim jest twój adorator... A raczej czym jest?
Rozpoczął pierw od podstawowego pytania, w końcu nie każdy człowiek wiedział o wampirach. Tłumaczyli ich sobie na swój sposób.
- ODPOWIADAJ!
Ponagli kobietę, dając do zrozumienia, że milczenia nie przyjmuje. Lepiej niech powie cokolwiek.

_________________
mowa japońska || mowa niemiecka || mowa polska

Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 DhL3upP

卐Laurka卐
THEME||VOICE
Powrót do góry Go down
Manuela
Manuela
Manuela
Manuela

http://vampireknight.forumpl.net/t4162-manuela#91509 http://vampireknight.forumpl.net/t4173-manuela http://vampireknight.forumpl.net/t4161-manuela
Zarejestrował/a : 28/06/2019
Liczba postów : 127


Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 Empty
PisanieTemat: Re: Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3=   Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 EmptyNie Lis 17, 2019 4:11 pm

Dopóki Unzi trzymał się od niej z daleka, ewentualnie tylko zaczepiał na chwilę, Manuela miała względnie spokojne tygodnie, nawet jeśli przepełnione ciężką pracą. Unzi jej dotkliwie nie pogryzł ani nie pobił – bardziej się drażnił, spijając z niej niewiele krwi lub rzucając jakieś dziwne komentarze, ale generalnie nie wyglądał na zainteresowanego dłuższą zabawą.
Do teraz, gdy w biały dzień postanowił znaleźć jakąś rozrywkę. Jak na złość musiał wypatrzyć wśród pracujących więźniów akurat Manuelę.
Nie zaprotestowała, kiedy zaśmiał się z gwałtu na niej. Przecież nie mogła – to nazista miał prawo do gadania tego, co mu ślina na język przyniesie, nie więzień. Zresztą Manuela wolała nie ciągnąć tematu i nie podjudzać Unziego. Dotychczas intymne kontakty miała tylko z Fergalem, ale bardzo nie chciała się dowiadywać, czy pozostałe wampiry są zbudowane podobnie jak on.
Instynktownie się cofnęła, kiedy ją dźgnął. Już dawno wyrobiła sobie odruch uniku, gdy wampirze łapsko po nią sięgało. Tym razem, wyjątkowo, kat nie miał zamiaru znęcać się nad nią w fizyczny sposób – ale Manuela miała się właśnie dowiedzieć, że istnieje kolejny rodzaj piekła, który może męczyć człowieka tylko w głowie. Fakt faktem, kobieta już teraz miała zniszczoną psychikę i w snach nawiedzały ją trupy rodziny czy Magdy, ale… halucynacje były kompletną nowością.
Nie wiedziała, jak kontynuować dialog z Unzim, aby wyciągnąć od niego jakieś informacje i jednocześnie mu nie podpaść. Widziała przecież po Esterce, że coś było nie tak, ale skoro Unzi zaprzeczył, że Fergal jej coś zrobił, to jak, u licha…
Ich uroczą pogawędkę przerwała właśnie słodka, malutka siostrzyczka, której Manuela się tutaj nie spodziewała.
Przecież dzieci nie przerzucały trupów! Były zbyt mało produktywne!
Esti! – odkrzyknęła cicho w jej stronę, jednocześnie uciszając ją gestem ręki. Na Boga, nie, nie teraz, ona nie powinna tu być, kiedy w pobliżu czai się Unzi, znajomy Schlechta.
A gdy jeszcze zobaczyła, że mała nie była sama…
Mamo, o czym ty mówisz? – zapytała zdezorientowana i spojrzała na Unziego. A raczej na miejsce, gdzie mężczyzna jeszcze przed chwilą stał.
Gdzie on poszedł? Kiedy?
Co się działo?
Zaczęła szukać go wzrokiem, ale ani widu, ani słychu. W ogóle obóz wydał jej się dziwnie opustoszały – pracujący wcześniej nieopodal więźniowie się rozeszli, nawet kapo gdzieś znikli, trupów było zdecydowanie mniej, a ich twarze wydawały się… takie uśmiechnięte, szczęśliwe i rumiane… niemalże żywe…
Mamo, Esti, co wy tu robicie? Pozwolili wam się spotkać? Chodzić swobodnie po obozie o tej porze?
Podeszła do obu kobiet, nie odwzajemniając ich uśmiechów. Była przerażona i zahukana, nie mogła się zdobyć na entuzjazm. Zwłaszcza że ciągle w tyle głowy miała Rachelę i jej obrzydliwe samobójstwo, do którego doprowadził Unzi. Ale przecież teraz mama i Esti były takie… takie prawdziwe! Idealnie żywe, dokładnie takie, jakie Manuela je zapamiętała sprzed obozu. Chudsze niż kiedyś, tak, ale szczęśliwe, zdrowe, czyste. I biła od nich taka miłość…
Drżącą ręką dotknęła ramienia mamy, a potem włosów Esterki. Bujnych, nieobciętych. A skóra mamy była ciepła, delikatna, i Manuela zdecydowanie mogła wyczuć poprzez dotyk, że kobiety tu były, tu, tuż przed nią. Umysł protestował, jeszcze się bronił, mówił gdzieś w tyle głowy, że to podstęp, że to niemożliwe – a potem mama ją przytuliła z pełnią miłości, a Esterka wczepiła się kościstym ciałkiem w jej ubranie.
I umysł znowu przegrał. Czy przez to, że nie potrafił sprzeciwić się mocy Unziego, czy Manuela po prostu nie umiała oprzeć się przynajmniej kilku fałszywym chwilom spędzonym z rodziną – trudno stwierdzić.
Mamo, a co z Szawłem, co z Kubą… Gdzie oni są? – zapytała, ciągle wtulona w matkę. Objęła ją mocno rękami, wdychając jej zapach. – I co jeśli zabiorą nas gdzieś dalej, do innego obozu? Skąd wy to wszystko wiecie?
Nie przestawała pytać, nie przestawała się dziwić. Nie opierała się jednak tej pięknej iluzji, tylko dała ciągnąć projekcji, która tak realistycznie odzwierciedlała jej pragnienia.
Biegła za mamą, coraz bardziej tracąc na czujności. Jej psychika już poddała się woli Unziego i teraz Manuela zachowywała się tak, jakby była we śnie. Przestawała pytać o to, czy to się dzieje naprawdę – bo w końcu widziała, że tak było!
Teraz ważniejsze pytania to te o dalsze kroki ucieczki z tego piekła, z tego terroru, z tego niewyobrażalnego bólu i od tej wszechobecnej śmierci.
Nie chcę się przebierać, ja chcę zobaczyć Szawła i Kubę, chcę im powiedzieć, że ich kocham, że… że… że to dzięki nim Schlecht już nic mi… – mówiła z wypiekami na twarzy, ale wbrew własnym słowom zaczęła rozpinać swój pasiak i go z siebie zdejmować. Gdy już miała go z siebie całkiem zrzucić, dojrzała materiał sukni.
Z piskiem odrzuciła od siebie ubiór, a kiedy Esti podsunęła jej zwęglone dziecię, odsunęła się na tyle gwałtownie, że upadła na ziemię.
Esti, ja wtedy musiałam… Inaczej by cię skrzywdził… Mamo, ja je zabiłam, bo on mi kazał, bo nie mogłam inaczej! – zapłakała w stronę matki, przekonana, że kobiety wypominają jej morderstwo.
A przecież Manuela tak bardzo chciałaby zobaczyć Madzię żywą! Ją oraz jej dzieciątko! Mama musiała wiedzieć, że nie wychowała potwora, że Manuela nadal potrafiła kochać, nadal chciała normalnie żyć, nadal tęskniła za nią, za rodziną i za Kubą i że nie stała się bezduszna jak naziści.
Łzy zaczęły spływać jej po policzkach, ale nie zdążyła wyrzucić z siebie więcej słów, bo matka bezceremonialnie wepchnęła ją do najbliższego auta. Manuela zetknęła się twarzą w twarz ze swoim najdroższym narzeczonym. Przez chwilę poczuła radość – ale niestety przez bardzo, bardzo krótką chwilę.
Kuba, kochanie, co… co oni ci zrobili! Mój Boże! – Zaczęła gładzić zakrwawiony policzek mężczyzny, siedząc na jego wykręconych karykaturalnie nogach. – Mamo! Mamo, musimy pomóc Kubie, przecież on nie może w takim stanie… Mamo! – wykrzyczała w rozpaczy, gdy zobaczyła, kto siedział obok matki.
Nie znała dobrze doktora Schulza, nie wiedziała, jaki miał udział w dręczeniu jej rodziny i najbliższych. Pamiętała jedynie, że gdy Fergal ją wykorzystywał w swojej kwaterze, to Schulz przyprowadził tam wtedy mamę. Słyszała też, że to właśnie ten lekarz zajmował się eksperymentami w obozie, do których oddelegowano Kubę i Szawła, ale co dokładnie robił – tego nie wiedziała. Nigdzie nie mogła się dowiedzieć, co Schulz zrobił jej najbliższym, i ta niepewność była okropna.
Uczepiła się ramienia Esterki, kiedy mama pochyliła się ku doktorowi. Czy rodzicielka mogłaby oddać się doktorowi w zamian za wolność swoich dzieci? Czy to w ogóle cokolwiek by dało?
Czy dlatego teraz były wolne?
Manuela patrzyła na ten koszmar z zapartym tchem, wciśnięta w tylny fotel i siedząca na drgającym, niemal martwym ciele jej narzeczonego. Kiedy chciała jakkolwiek zmienić pozycję, aby zdjąć z Jakuba swój ciężar i ulżyć mu chociaż trochę w cierpieniu, mężczyzna charczał jeszcze głośniej, jeszcze rozpaczliwiej, a krew wydobywająca się z jego gardła plamiła ubranie i skórę Manueli.
Na domiar złego jej siostra była aż do bólu posłuszna poleceniom Schulza.
Esterka, boże, co ty robisz! – wysapała starsza Sojka i natychmiast złapała drobniutkie dłonie siostry.
To jednak nic nie dało – gałki oczne zaczęły same wypływać małej z oczodołów, prosto na ceglane policzki i na rozszerzone w uśmiechu usta. Jedno oko Esti ze smakiem połknęła i rozgryzła je przednimi zębami. Na Manuelę trysnęło białko zmieszane z krwią siostry.
Chcę stąd wyjść… – wydukała Manuela, chociaż nikt nie był w stanie jej pomóc. – Chcę stąd wyjść, ja nie jadę, nigdzie, nigdzie nie jadę! Gdzie jest Szaweł, chcę zostać z Sza…
Za autem padła seria strzałów, którą poprzedził gardłowy wrzask jej ostatniego brata, który utrzymał się jeszcze przy życiu. Gdy Manuela spojrzała na tył, zdążyła jednie dojrzeć umęczoną twarz Szawła, z której uchodziło życie. Z krzykiem przycisnęła własne dłonie do szyby i sama z drugiej strony zostawiła krwawy odcisk.
Tylko że krew na jej dłoni nie należała do niej – to była krew Jakuba, krew Esterki, krew Magdy, która znajdowała się na sukni ze skóry, i krew jej spopielonego dzieciątka.
Nawet malutka Esterka zdawała się to dostrzec, bo spomiędzy charkotu Jakuba i zadowolonego pomruku Schulza wydobył się jej głosik:
Zabij się, dziwko, zabij! Nie jesteś potrzebna!
Matka na moment przerwała zadowalać lekarza i sama się zaśmiała. Schulz natomiast wcisnął do dłoni Manueli pistolet. Kobieta nawet nie próbowała celować w lekarza. Najpierw przyglądała się broni i swoim trzęsącym się dłoniom, a kiedy jej siostra zaczęła jeszcze bardziej naciskać na samobójstwo, powoli skierowała lufę w stronę swojej głowy.
Przez nią? Przez nią zginęli Rachela, ta kobieta na placu, Magda i jej dziecię, Joachimek, a nawet Zachi, tata i Natan, tak?
Czy gdyby nie ona, Schlecht miałby gdzieś całą rodzinę i mogliby pozostać tylko pracującymi Żydami? Nikt by ich nie ciągnął do potwornych eksperymentów, nikt by ich nie torturował?
Płakała już głośno i bez opanowania. Połykała własne łzy, krztusiła się nimi, obraz zaczął jej się rozmazywać i powoli przestawała widzieć wnętrze auta. Zamknęła więc oczy i dotknęła pistoletem swojej skroni. Głosik Esterki powoli cichł, jej słowa zdawały się być coraz dalej i dalej, i kiedy Manuela była już gotowa, aby pociągnąć za spust, zamiast gadaniny Esterki usłyszała męski śmiech i krzyk Unziego.
Natychmiast otworzyła oczy i spostrzegła, że znowu była w starym obozie, pośród sterty trupów, w swoim rozpiętym do połowy pasiaku, obok jednego z wampirzych katów. Więźniowie w oddali nadal pracowali, zbyt bojąc się podejść do Manueli i Unziego, nawet jeśli niejedno słyszeli.
Co… co się… – wydukała jeszcze w jidysz, bo nie mogła się otrząsnąć z tego, że mamy, Esti i Jakuba wcale tu nie było.
Przetarła załzawione powieki, a kiedy zdała sobie sprawę, że naprawdę przykłada drugą dłonią pistolet do własnej głowy, rzuciła go ze strachem pod własne nogi. Sama też upadła, zbyt przytłoczona całą wizją. Zwymiotowała obok wodą i resztą niestrawionego pieczywa.
Czy podobnie było z Rachelą? To właśnie widziała samobójczyni? Jej wizja też była aż tak realistyczna?
Dopiero kopniak Unziego zmusił ją do tego, aby utkwiła w nim na dłużej spojrzenie. Bała się jednak jakkolwiek odezwać.
Wampir na szczęście nie robił już nic więcej. Rzucił jeszcze kilka słów, których znaczenia Manuela od razu nie przyswoiła, i poszedł w swoją drogę. Kobieta nawet fakt, że dwóch więźniów właśnie straciło w brutalny sposób nogi, zarejestrowała dopiero po kilku sekundach. Przez ich krzyki skuliła się przy ciałach i zapłakała we własne ręce. Kapo i strażnicy byli tak zszokowani dwójką więźniów i całym przedstawieniem Unziego, że nawet do niej nie podeszli.
Zaraz.
Wielki zły wilk?
Czy on mówił… o Fergalu?
Czy Schlecht miał powrócić do obozu?
Pomimo wszechobecnego zimna Manueli zrobiło się duszno i przez moment myślała, że zemdleje. Zaczęła łapczywie nabierać powietrza. Gdy w końcu się uspokoiła, powoli wstała. Nadepnęła przypadkowo na pistolet, który zostawił Unzi.
Jasny gwint.
Rozejrzała się niespokojnie. Wszyscy wokół byli zajęci broczącymi we krwi więźniami.
Podniosła więc pistolet i raz dwa schowała go pod ubranie. Kompletnie nie znała się na broni palnej, nie miała nawet pojęcia, jak sprawdzić, czy była nabita. Pewnie nawet nie wiedziałaby, że trzeba ją odblokować, ale…
Ale przecież nie mogła jej tu tak zostawić. Musiała coś z nią zrobić.
Mogłaby ją zakopać gdzieś w okolicy, ale słyszała, że więźniowie czasami coś tak chowali – i nigdy nie wychodziło im to na dobre.
Mogłaby zostawić ją w trupach, ale pewnie jakiś inny więzień by na nią trafił podczas przerzucania ciał.
Albo mogłaby zabrać ją do baraku – do kobiet, które tak bardzo nią gardziły i tak się jej bały, że w życiu nie tknęłyby żadnej z jej rzeczy. A nawet gdyby znalazłyby pistolet, pewnie by pomyślały, że to prezent od jakże ukochanego kata – aby mogła się bronić przed nimi, współwięźniarkami.
Tylko czy faktycznie chciała tym pistoletem bronić się przed kimkolwiek, czy może raczej zakończyć własne cierpienie?

Szaweł pamiętał, że Fergal rozszarpał jego dwóch małych braci, Zachiego i Joachimka, jednak ponowne zetknięcie się z wampirzym głodem na ludzkie mięso na nowo go przeraziło.
Tak jak pozostali, miał nadzieję, że udało im się chociaż zgładzić tego potwora i uwolnić Manię, Esti i mamę, a pewnie i wielu innych więźniów, od dalszego bólu. Że choć razem z Adamem, Izaakiem i Janem zginą, to jednak ten kat już nikogo nie zadręczy. Nie zdążyli co prawda sprawdzić, czy wtedy umarł, ale miał poparzoną prawie połowę ciała, wstrzyknięte fenol i przeterminowaną krew chorego na tyfus – nie mógł tego przeżyć!
Jeszcze będąc w obozie, w małych klitkach, wspólnie z Adamem i Izaakiem słyszeli męczeńską śmierć Jana. Nie wiedzieli, co dokładnie go zabiło. Ale on przynajmniej miał już cierpienie za sobą.
To, co działo się w podziemiu w rezydencji Beletha, było dla Szawła najgorszym koszmarem ze wszystkich, jakie przeżył w ciągu tych ostatnich miesięcy. To było straszniejsze niż szybka śmierć ojca i Natana, niż rozszarpanie Zachiego, niż potworne krzyki umierającego Joachimka – bo teraz Szaweł czuł bezpośrednio na swoim karku oddech śmierci. Był pewny, że zostanie rozerwany na części tak jak Izaak i Adam, że zginie w potwornych męczarniach i że cały jego heroiczny czyn w obozie pójdzie na marne.
Krzyczał bez przerwy, gdy tajemnicze zło szarpało ciałami jego przyjaciół i pozbawiało ich nóg, rąk, głów i wnętrzności, gdy on sam mógł jedynie potulnie dać się ciągnąć ciężkim łańcuchom i gdy nie mógł nijak przeciwdziałać.
Krew bryzgała mu na twarz i ubrania, czuł jej posmak na języku, wdzierała się do jego uszu i oczu. Wszędzie wokół lądowały też resztki Izaaka i Adama – ich wyprute i poszarpane flaki pięknie zdobiły i tak już zabrudzony pasiak. Zapach świeżych, rozpłatanych ciał dusił, a wrzaski bólu i przerażenia nie przestawały obijać się o podziemia i ciągle huczały Szawłowi w głowie.
Gdy w końcu ujrzał, kto okazał się sprawcą tego okrutnego mordu, popłakał się z bezsilności.
Fergal żył. Był tutaj, cały i zdrowy, bez żadnej rany, bez poparzeń. Patrzył na Szawła z góry z dziką żądzą mordu, nie mówiąc ani słowa.
Wgryzł się nawet w głowę Adama, który wydał już ostatnie tchnienie. Z lubością oderwał skórę z jego karku i policzka, zatopił kły w mięśniach, roztrzaskał kości. Z martwych ust przyjaciela popłynęło jeszcze więcej krwi, a wgniecenie na czole sprawiło, że jedno oko całkowicie rozpłynęło się na twarzy.
Szaweł nawet nie zauważył, że zwymiotował na samego siebie. Torsje wstrząsnęły nim mimowolnie, ale chłopak po prostu siedział, ze strachem wpatrując się w oprawcę.
Potwór, potwór… – szeptał, kołysząc się bezsilnie i brocząc dłońmi w krwi Izaaka, która znajdowała się teraz wszędzie wokół. Wiedział, że czeka na niego śmierć, że Fergal mu nie daruje – w końcu mścił się za atak w obozie. – Daj chociaż spokój Mani i… i… i innym. Zabij mnie, ale je zostaw. Nie krzywdź już Mani – błagał płaczliwym tonem, nawet nie próbując uciekać.
Ale nim Fergal zdołał jakkolwiek zareagować na jego jęki, ktoś gwałtownie otworzył wejściowe drzwi. Obaj usłyszeli mocny, męski głos, jednak Szaweł nic nie zrozumiał, bo przybysz mówił po niemiecku.
Po krótkiej wymianie zdań – ku zdezorientowaniu Szawła – Fergal zostawił go żywego. Spojrzał na niego tylko tym sadystycznym, morderczym wzrokiem, jakby obiecując mu dokończenie zemsty, po czym wyszedł.
Szaweł siedział więc sam na sam z resztkami swoich przyjaciół. Nie długo co prawda, bo po paru minutach ktoś znowu otworzył drzwi i bez słowa do niego zszedł, aby wyszarpnąć go na zewnątrz. Szawłowi jednak ten czas dłużył się niemiłosiernie i był pewny, że spędził z trupami bite godziny.
Jakiś mężczyzna uwolnił jego ciało z łańcuchów i poprowadził go na górę, w ciemności zostawiając nadgryzione truchła.

Na górze nikt nawet nie pozwolił mu się przebrać ani nie podał niczego do picia. Stał więc przy wejściu, wyczerpany, brudny od krwi oraz flaków, nie mając pojęcia, czy czeka go dalszy horror, czy może już się skończył. Słyszał wzburzone głosy jakichś Niemców, domyślał się, że dyskutowali na jego temat – ale na czym ostatecznie stanęło, nie miał pojęcia.
W końcu podeszła do niego piękna kobieta: wysoka, szczupła, o bujnych kształtach i jasnych długich włosach. Zlustrowała go wzrokiem, z którego Szaweł nie mógł nic wyczytać.
Wracasz do obozu – oznajmiła tylko, a zaraz po tym krzyknęła coś po niemiecku do jednego ze sług.
I Szaweł niemal od razu poczuł szarpnięcie i wyprowadzono go z domu, w stronę tego samego auta, którym przyjechał tutaj z przyjaciółmi. Tym razem miał jechać nim sam.
Kobieta, która z nim rozmawiała – Claudia, jedna z wampirzych i posłusznych wychowanek Beletha, w mniemaniu łowcy służąca wyłącznie do badań i celów rozrodczych – została tymczasem w rezydencji, cierpliwie czekając, aż Fergal zmieni zakrwawione ubranie i weźmie relaksującą kąpiel. Dzisiaj był w końcu wielki dzień – kat wracał do obozu.
Beleth miał już dość przedłużającego się leczenia i zadecydował, że trzy tygodnie to wystarczająco dużo czasu, aby Schlecht się zregenerował. Wyglądał zresztą już niemal idealnie – wszelkie rany się zagoiły, poparzenia znikły, nie doskwierał mu żaden ból, nawet włosy w większości odrosły, choć jeszcze nie były tak długie jak wcześniej. Gdzieniegdzie Rekin miał drobne blizny, ale takie, które w ciągu paru dni znikną.
Leczenie zdecydowanie się powiodło i Beleth dumnie zadecydował, żeby leki i krew Fergal przyjmował już w obozie, pod jego okiem. Sam bowiem również nie mógł sobie pozwolić na tkwicie w swojej posiadłości. Musiał pilnować wampirzych nazistów – oraz nieposłusznego Schulza.
Claudia z rozkazu Beletha została oddelegowana do opieki nad Fergalem po tym, gdy ten zmasakrował biedną, delikatną Sigrid. Choć dziewczyna przeżyła, raczej długo nie wyliże się z tych ran – zwłaszcza kiedy ludzie wokół zaczęli szeptać na temat jej korzeni. Claudia, w przeciwieństwie do niej, była rodowitą Niemką, bez cienia wątpliwości. Beleth nie wychował jej na żołnierza, więc nie przypominała dziarskiej Lilianny. Spokojna, ułożona – Claudia zawsze wypełniała wszelkie rozkazy. Mimo że była wampirzycą i siłą przewyższała każdego człowieka, to jednak nigdy tego nie wykorzystywała. No bo jak mogłaby sprzeciwić się Belethowi?
Oprócz niej do obozu z Fergalem miała jeszcze jechać jednak kobieta, już ludzka. Drobna Ida o mocno kręconych, ale również jasnych włosach. Miała odrobinę wystraszone spojrzenie i niespokojnie przestępowała z nogi na nogę – wiedziała w końcu, co stało się z Sigrid. Ida również dotychczas zajmowała się domostwem, ale najwyraźniej Beleth postanowił zmienić taktykę ujarzmiania Fergala. Skoro ani Unzi, ani Andre nie potrafili go uspokoić w obozie, sięgnął po kobiety – całkiem inne od Manueli czy innych więźniarek. Silniejsze, mające pozycję i grzeczne.
Beleth miał nadzieję, że to ukróci zapędy jego ulubionego ucznia i Rekin w końcu znowu stanie się posłuszny.
Kiedy Fergal zszedł na dół, przebrany, gotowy do podróży i zapewne pełen ekscytacji przed powrotem do obozu, raczej nie spodziewał się, że oprócz kierowcy będą mu towarzyszyć dwie kobiety, w tym jedna wampirzyca.
Ida nie mówiła prawie nic, ale Claudia nie bała się Schlechta. Była w końcu tego z samego gatunku. Przedstawiła mu się, a następnie oznajmiła słodko:
Pan Beleth kazał nam pojechać z tobą do obozu. – Natychmiast ruszyła w stronę wejścia, wzrokiem popędzając Idę. Nawet nie czekała, aż Fergal odpowie – zakładała, że był równie posłuszny wobec Beletha co ona.
Wsiedli do innego auta niż Szaweł, w końcu rodowici Niemcy nie będą tłuc się z jakimś podrzędny, brudnym Żydem. Na przodzie, obok kierowcy Claudia usadziła Idę, a sama z tyłu zajęła miejsce obok Fergala.
Kiedy ruszyli, podniosła rękę i dobrotliwie pogładziła go po ramieniu. Zabrała dłoń dopiero wtedy, gdy sam się odsunął lub coś krzyknął.
Pan Beleth mówił, że będziesz potrzebować jeszcze przez jakiś czas opieki. Ida oraz ja jesteśmy więc do twojej dyspozycji. W razie gdybyś potrzebował krwi lub lekarstw, wystarczy, że nam powiesz.
Ida wzdrygnęła się na te słowa, ale nie zaprotestowała. Uśmiechnęła się z przodu do Fergala. Nie chciała jechać do obozu i być pożywką dla wampirów, ale miała nadzieję, że jeśli będzie grzeczna, to Beleth szybko pozwoli jej z powrotem wrócić.
W końcu Claudia jej mówiła, że jadą tam tylko na krótki czas – póki Beleth nie będzie pewny, że Fergal całkowicie ozdrowiał.
Claudia próbowała zabawiać Fergala w trakcie podróży rozmową, raz za czas odzywała się nawet Ida, która z przodu plotkowała o czymś cicho z niemieckim kierowcą. Nawet jeśli Rekin nie był zainteresowany konwersacją, Claudia się nie poddawała. Była raczej ciepłą i dość gadatliwą osóbką i nie potrafiła zamknąć buźki.
Kiedy w końcu dotarli do obozu, Claudia i Ida jako pierwsze opuściły samochód. Ida rzuciła się do pomocy Fergalowi, mimo że spokojnie mógł sam wysiąść z auta. Do Claudi za to podszedł jakiś niemiecki żołnierz i szepnął jej coś na ucho, po czym się oddalił. Wampirzyca zaraz po tym znalazła się przy Rekinie.
Odprowadzę cię do kwatery – zaproponowała, biorąc bezceremonialne Fergala pod ramię i rozglądając się ukradkiem, jakby chciała się upewnić, że na pewno dobrze odgrywa swoją rolę i pięknie wygląda u boku Rekina. – Czy jest coś, czego potrzebujesz i na co masz ochotę? Pan Beleth ma w tym momencie ważne spotkanie, ale pewnie chętnie się z tobą zobaczy, gdy tylko będzie wolny.
I zaczęła ciągnąć go w stroję jego pokoju, pustego i zimnego od ponad trzech tygodni.

Po tym, jak Unzi zrobił jej pranie mózgu, Manuela musiała jeszcze dokończyć pracę przy trupach, ale kolejnego dnia na szczęście strażnicy oddelegowali ją do innego miejsca – do szpitala Schulza.
Z ulgą przyjęła tę zmianę miejsca. Praca w okolicy krematorium była wyczerpująca, w dodatku kobieta non stop przebywała na mrozie. Teraz przynajmniej mogła siedzieć w środku pomieszczenia i nie dźwigać ciężkich ciał. Co więcej – mogła próbować wypytać o swojego brata czy narzeczonego. Jeden z więźniów powiedział jej, że Szawła zarażono tyfusem, ale że żył, że trzymał się dobrze, dopóki…
Dopóki nie postanowił się zbuntować. A gdzie dokładnie trafił – tego w bloku szpitalnym już nie wiedzieli.
Usłyszała też, że w jednej z sal znajdował się Jakub. Jak na złość, nikt nigdy nie kazał jej sprzątać w miejscu, gdzie mogła znaleźć ukochanego, a pielęgniarze pilnowali, aby pracujący więźniowie nie wchodzili do pomieszczeń, do których ich nie wysłano.
Widziała też parę razy Schulza i zawsze obserwowała go kątem oka, przypominając sobie w głowie obraz, jak on i jej matka… Tuż obok niej…
Czy ten mężczyzna zdawał sobie sprawę z tego, co wampiry robiły ludziom w obozie? Nie tylko fizycznie, ale i psychicznie?
Nie spodziewała się, że wezwie ją na rozmowę w cztery oczy. Posłusznie odstawiła swoje obowiązki i podążyła za nim. W gabinecie nie było nikogo oprócz ich dwójki. Manuela stanęła niedaleko biurka i splotła z przodu dłonie.
Zacisnęła palce mocno na przegubach, kiedy usłyszała pytanie.
Adorator. Dobre sobie.
Na Boga, czy nawet wśród personelu szpitala krążyły plotki o niej i Rekinie?
On… on nie jest człowiekiem – wydukała w końcu. Wzięła głęboki wdech i nie patrząc na Schulza, dokończyła, już głośniej: – Spija ludzką krew i je… ludzkie mięso. – Na samo wspomnienie rozszarpanego Joachimka do jej oczu napłynęły łzy. – Wiem też, że pozostali z jego grupy są tacy sami. Ale z większością nie miałam do czynienia.
Zaczęła się rozglądać po gabinecie Schulza. W końcu zawiesiła wzrok na jakiejś ludzkiej ręce w słoju napełnionym mętną substancją. Formaliną, ale Manuela nie znała tej nazwy.
Ręka była obgryziona, chociaż ślady po zębach wydawały się mało głębokie. Mięso nie było tak poszarpane, jakby dobrał się do niego Fergal. A przynajmniej tak pomyślała Manuela.
Mimo to ręka wzbudzała w niej niepokój
Przepraszam, panie doktorze, ale niewiele o nich wiem. Obawiam się, że to tyle.
Nie miała zamiaru wspominać, jaki jeszcze rodzaj krwi spijał z niej Schlecht ani co oprócz tego jej robił. Zresztą Schulz raz przecież był świadkiem gwałtu – chyba nie musiała tego opisywać, prawda?

Kapitan wezwał do siebie Beletha parę dni po tym, jak więźniowie odpowiedzialni za bunt zostali zabrani z obozu. Słyszał o tym, że łowca zamierzał ponownie posłać po swojego ukochanego kata – musiał więc zawczasu się upewnić, że wampir nie będzie ponownie sprawiał problemów.
Z lekkim uśmiechem wskazał Belethowi wygodne krzesło naprzeciwko i poczęstował go papierosem.
Słuchaj, podobno twój Schlecht ma wrócić dzisiaj do obozu. Jak się czuje? Udało mu się wyzdrowieć w tak krótkim czasie? Miał dość poważne rany – zagaił na początku dość przyjemnie, od niechcenia przeglądając jakieś papiery. – I co z tymi buntownikami? Czy już ich ukarałeś?
Beleth mógł się domyślić, że to była tylko kurtuazyjna ciekawość. Jego rozmówcę nic nie obchodziły jakieś żydowskie pomioty.
Kapitan również zapalił papierosa i teraz siedzieli obaj w oparach dymu.
Muszę mieć pewność, że twoje wampiry zostawiają swoje zabawy we własnych kwaterach, Beleth. Nie to, że obchodzi mnie życie tych ścierw. Ale nie mogę pozwolić na to, aby plotki o… nieludzkich – i to w dosłownym tego słowa znaczeniu – nazistach wychodziły poza ten obóz. Jesteśmy eksperymentalną jednostką i choć tutejsi żołnierze zdają sobie sprawę z tego, czym są twoje pachołki, to jednak chyba nie chcemy, aby reszta świata się dowiedziała, prawda? – spytał kąśliwie, świdrując go lodowatym wzrokiem. Zaciągnął się długo papierosem, dając Belethowi czas na odpowiedź. – Nie myślałeś o tym, aby te potworki trzymały zabawki tylko u siebie, a nie na przykład, hm, znęcały się nad nimi na środku obozu?
Chociaż bez względu na to, czy łowca postanowił odpowiedzieć, czy nie, kapitan mu przerwał. Chciał poruszyć jeszcze jeden temat:
Rozmawiałem z Schulzem. Sam wiesz, że jego medyczne eksperymenty to bardzo ważna część obozu, więc przykładam dużą wagę do jego zdania. – Jeżeli Beleth wyraził chęć protestu, kapitan nie zwracał na to uwagi. – Liczę na to, że dogadacie się między sobą, dlaczego doszło do tak dziwnego buntu. Ja już się o tym nasłuchałem i uważam sprawę za zamkniętą. Niemniej pojawia się inna kwestia… – Nachylił się w stronę Beletha, chuchając jednocześnie na niego dymem. – Schulz wykazuje duże zainteresowanie więziennymi jednostkami, które jak mniemam, miały intymny kontakt z wampirami. – Skrzywił się na samą myśl, bo sam omijał te stwory z daleka. Obleśne potwory. – Powiedz mi więc, jako opiekun tego czegoś: co ciekawego można zaoferować Schulzowi? Co twoje wampirzyska właściwie robią?
Pewnie, że słyszał o wszystkich wybrykach Fergala, jednak nie interesował się nimi na tyle głęboko, aby dociekać przyczyny. Nie znał więc Żydówki, która tak zajęła Rekina, ani jej rodziny. Dotychczas interesowały go tylko skutki wampirzych działań – ale najwyraźniej czas na zmianę.

_________________


Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 Julia-11


Japoński: #993300
Rosyjski: #cc0033
Polski: #009900
Jidysz XD: #0033cc


Bracia Schlecht SZLETH.
Jak ja ich, kurwa, nienawidzę.

Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 12310
Miłość Ferga i Mańki w trzech aktach.
Powrót do góry Go down
Sponsored content




Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 Empty
PisanieTemat: Re: Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3=   Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3= - Page 2 Empty

Powrót do góry Go down
 
Dzika żydowka i rybia ofiara, czyli Romans w obozie <3=
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Vampire Knight :: Informacje :: Kącik Graczy :: RETROSPEKCJE-
Skocz do: