IndeksFAQSzukajRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Posiadłość Trizgane.

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1 ... 11 ... 19, 20, 21, 22, 23  Next
AutorWiadomość
Zack

avatar

http://vampireknight.forumpl.net/t1131-zack#16764
Zarejestrował/a : 21/08/2013
Liczba postów : 135


PisanieTemat: Re: Posiadłość Trizgane.   Czw Lip 16, 2015 12:32 pm

Zack musi niestety nasłuchać się reprymendy na temat jego niewłaściwego zachowania. Ale Gerard zapomniał jednego - nie miał pojęcia, jak jemy synowi może być ciężko odnaleźć się w nowej sytuacji. I tak, jest tylko poziomem E, a wbrew pozorom niestety nie ma w takiej sobie mocy, żeby powstrzymać żądną krwi bestię. W dodatku charakter Zack'a także przykłada do tego dużą wagę. Zaborczy, nerwowy i przede wszystkim sam za bycia człowiekiem łaknął krwi ofiar. A teraz? Niby jak ma być lepiej? W dodatku Totoro gdzieś zaginął. Może zabił go ojciec? W końcu był skłonny do śmierci dziecka. Jak było z Louisą?
- Przykro mi, ale obawiam się, że nie jestem w stanie kontrolować tak mocno, jak tego chcę wampira który we mnie siedzi. - dodał, nie bacząc już na gadanie ojca. Zresztą już niedługo do niego dotrze prawdziwe zdanie Gerard'a. Może powinien sam zostać przemieniony? Wtedy zobaczyłby jak to jest bycie wampirem i walka z nim. W końcu i najsilniejszego dopadnie wampirzy głód. Zacisnął dłonie w pięści. Odczuwał gniew. Jak ojciec może tak mówić? Zresztą co on może wiedzieć. Nie jest w skórze syna.
- Twoja bajeczka z krwią mnie nie przekonuje! Jestem tylko człowiekiem, a raczej nim byłem! Nie masz pojęcia co przechodzę, że nie chciałem zaatakować tej dziewczyny. Nie zamierzam też siedzieć jak jakiś odludek całymi dniami w domu! Chcę żyć! - może i przejawiał większą złość, właściwie nawet ślepia zalśniły niebezpiecznie. Lecz w porę się opamiętał, a to dlatego że pił krew wampira. Opadł bez sił na kanapę, łapiąc głowę w dłonie i masując sobie skronie. To wszystko było dla chłopaka za dużo. Jest silnym człowiekiem, ale też nie chce być wampirem. Nie miał nic do nich, jednakże jednym z nich nie chciał być. Odnajdzie w sobie siłę czy z pomocą ojca czy bez niego. Da sobie radę, ale bez ciągłej nagany jakby był wszystkiemu winien.
- Gdybyś mnie nie zabrał na misję w szpitalu... Nic by się nie stało. - warknął pod nosem i zamknął oczy. Może mówił dużo, ale to wina nerwów.

_________________
Powrót do góry Go down
Isao
Nauczyciel
Nauczyciel
avatar

http://vampireknight.forumpl.net/t321-isao-takei#363
Zarejestrował/a : 22/10/2012
Liczba postów : 660


PisanieTemat: Re: Posiadłość Trizgane.   Sob Gru 05, 2015 2:52 pm

No tak... Proponując jej zabranie do szpitala, całkiem zapomniał o dziwnych oparach unoszących się w mieście, przez które właśnie przeniósł się do tej wioski. Nie miał pojęcia co one powodowały, nie dotarły do niego jeszcze wieści o ich skutkach. Dobrze jednak, że ulotnił się wystarczająco szybko, nim zdążył się tego czegoś nawdychać. Tylko dzięki temu nie zamienił się w bezmyślną marionetkę, posłuszną temu czemuś. Albo raczej komuś, kto owe opary stworzył i wypuścił w mieście. Tym kimś był oczywiście Samuru, to nie budziło wątpliwości. A Isao wcale nie miał ochoty na spotkania z kimkolwiek z Kuroiaishitów. Wystarczyła mu nienawiść do nich na odległość.
Louisa okazała się bardziej przytomna od niego, słuszną uwagą wybijając mu z głowy pomysł niesienia jej do miasta. Trochę mu też ulżyło, gdy przyznała się, że jest medykiem. Mniej już obawiał się o jej zdrowie i życie, skoro sama znała się na tym. Potrafiła zatem najprawdopodobniej poddać swój stan lekarskiej ocenie, a także sama się sobą zająć. Choć to mogło być trudne. Zamierzał jej pomóc ile tylko będzie mógł. Jakoś to wytrzyma, jakoś da radę poradzić sobie z widokiem i zapachem krwi. Musiał i chciał wierzyć, że podoła. Od jak dawna żył już tylko i wyłącznie na tabletkach krwi? Nie wiedział, ale póki co szło mu całkiem nieźle. Woreczki z krwią niestety zostały w jego mieszkaniu. A tutaj miał tylko kończące mu się powoli tabletki. Musiał uważać, bo nie chciał nikogo skrzywdzić. Zwłaszcza tych dobrych ludzi, u których wynajmował poddasze w jednym z wiejskich domków.
Isao niósł Loiusę najszybciej jak mógł, starając się przy tym wykonywać minimalne ruchy górnej części ciała, aby oszczędzić jej bólu. Nie dało się całkiem tego wyeliminować, ponieważ podczas chodu poruszało się całe ciało. Raczej milczał przez droge, dopytując się jej tylko o to, gdzie ma iść, bądź podejmując ewentualne tematy, które narzucała ona. Nie skomentował uwagi na temat tego, że zmarzł. Uśmiechnął się jedynie, bowiem zrobiło mu się przyjemniej na sercu, gdy to powiedziała, ale w głębi serca czuł obawę. Dziewczyna najprawdopodobniej miała jakiś związek z oświatą... Co wiec będzie, gdy rozpozna, że jest wampirem? Bał się jej reakcji, ale jednocześnie nie mógł nic zrobić. Przyznawanie się teraz do tego nie było dobrym pomysłem.
Przyniósł ją do posiadłości i zaniósł tam, gdzie chciała. Odstawił ją najostrożniej jak mógł, ze zmartwieniem patrząc na nią.
- Mogę Ci jakoś pomóc? Na pewno dasz radę sama to opatrzyć? - spytał cicho, z wyraźną troską. Taki już był... dobry, troskliwy, empatyczny. A najgorsze jest to, że życie nigdy nie rozpieszczało tego typu osób. Wręcz przeciwnie - dawało im po dupie. Tak jak jemu nie raz.

_________________
. . . .
♫ Isao ♫

P i o s e n k i . . z e s p o ł u
1. 2. 3.
Powrót do góry Go down
Louisa
Łowca Wampirów
Łowca Wampirów
avatar

http://vampireknight.forumpl.net/t522-louisa#612 http://vampireknight.forumpl.net/t592-louisa#811 http://vampireknight.forumpl.net/t3331-ofiara-losu-luska#71592
Zarejestrował/a : 22/10/2012
Liczba postów : 412


PisanieTemat: Re: Posiadłość Trizgane.   Wto Gru 08, 2015 4:30 pm

Gdyby była ciężko ranna, pewnie poprosiłaby go o zaniesienie do szpitala w tym miasteczku. Nie dotarliby na czas do miasta i mogłaby się wykrwawić, co doprowadziłoby do nieszczęścia. Jednakże nie było tak źle i swoimi ranami mogła zająć się samodzielnie, gdy tylko dojdą do domu. Zamierzała także wyleczyć całkowicie tę ranę, jeśli da radę. A żeby jej wybawca nie domyślił się niczego (nie wiedziała przecież, że już domyślał się, że jest łowczynią, jeśli można tak ją określić), zamierzała udać zabandażować sobie prowizoryczną ranę, którą przecież opatrzyła, a nie wyleczyła… Lepiej nie wiedzieć zbyt wielu rzeczy. Jeszcze nie wyczuwała w tym mężczyźnie, że jest coś… nie tak. Nie zauważyła jego nienaturalnego wyglądu i w życiu nie pomyślałaby o tym, że wampir zamorduje wampira, aby ratować człowieka. A dodać należy, że Isao należał do wampirów wyższej krwi, więc nie wyglądał wcale tak potwornie jak poziomy E czy D, które rozpoznać można nawet z zamkniętymi oczami. Wystarczy do tego… węch!
Dziewczyna starała się nie krzywić, kiedy ją niósł. Starała się, ale czasami było to ponad jej skromne możliwości. Poza tym czuła się naprawdę osłabiona, dlatego tym prędzej chciała znaleźć się w domu. Nie wiedziała, jak wiele krwi straciła, a transfuzja nie wchodziła w rachubę. Nie miała w domu odpowiedniej grupy krwi – 0. Była to rzadka krew – Louisa mogła nią uratować praktycznie każdego człowieka, ale ją uratować może tylko druga osoba o takim samym poziomie krwi.
– Wiedział pan, że to… wampir? To była szybka reakcja.
Zapytała, gdy tylko udało im się dotrzeć do okazałej, ale skromnej posiadłości w japońskim duchu. Ludzie teraz już zdawali sobie sprawę z istnienia wampirów, nie było to dla nich żadną tajemnicą. Ale nie uważała też, aby było to dobre. Ludzie teraz mogą zacząć się wzajemnie mordować, w panice, kiedy pomyślą, że ich sąsiad jest wampirem… bo poprzedniej nocy zaginął pies, a jego zwłoki osuszone z krwi znaleziono pod bramą sąsiada…
Poprosiła go, aby ostrożnie postawił ją na podłodze w salonie. Po drodze pozapalała światła, żeby rozjaśnić hol i sam salon.
– Przepraszam, mógłby pan wsypać karmę dla kota? Miseczka jest w kuchni…
Musiała nakarmić kota, ale obecnie nie była za bardzo w stanie… Nie mogła się nawet schylić! Nie wspominając o zakrwawionym ubraniu.
Spojrzała nieco spłoszona, gdy mężczyzna zaproponował pomoc. Z chęcią by skorzystała, gdyby nie musiała ukrywać swojej magii. Uśmiechnęła się jedynie z wdzięcznością.
– Nie, dziękuję. Zajmie mi to kilka minut...
Zdjęła swój płaszczyk, który położyła na kanapie. Do niczego się już nie nadawał, niestety. Obejrzała swoją ranę i skrzywiła się. Co prawda głęboka nie była, ale całkowicie jej nie zaleczy, kosztem wzmocnienia organizmu. Przeprosiła nieznajomego na chwilę i pokuśtykała do łazienki na parterze, gdzie przechowywała rzeczy do pierwszej pomocy. Lepszy i bardziej skomplikowany sprzęt miała w swoim pokoju, w walizeczce. Ale nie będzie jej potrzebny.
Gdy dostała się do łazienki, zdjęła pokrwawioną sukienkę, która również nie nadawała się do niczego innego, jak do śmietnika. Usiadła na brzegu wanny i sięgnęła do szafki pod umywalką, aby wyjąć z niej sporą kosmetyczkę. Wyjęła z niej gazy, wodę utlenioną, bandaż i paskudnie śmierdziącą maść ziołową na rany – prezent od dawnego medyka Oświaty i jej mentora… Zaczęła oczyszczać ranę. Wylała sporą ilość wody na ranę i aż pisnęła, kiedy skóra zaczęła ostro piec. Woda nawet się spieniła. Następnie położyła dłoń na ranie i zamknęła oczy. Skupiła się na swoim organizmie, jakby słuchując się we własne wnętrze. Po chwili komórki zaczęły szybciej się regenerować – rana nie krwawiła, a skóra nie była już tak rozcięta. Po ranie pozostała czerwona szrama, która bolała, więc szybko nasmarowała ją ów mazią, przykryła gazikami i zabandażowała. Na drzwiach łazienki wisiał szlafrok, więc założyła go na siebie. Nie będzie przecież biegać po domu w bieliźnie…
Opuściła łazienkę z sukienką w dłoni i udała się do salonu po płaszcz, żeby obie rzeczy wyrzucić.
– Zaraz zrobię panu obiecaną herbatę na rozgrzewkę. Może też zje pan coś? Co prawda jest dość późna pora, ale przeze mnie zarwie pan tę noc.
Nawet w takim jasnym świetle nie dostrzegła w nim ani grama wampiryzmu. Może po prostu udawała, że niczego nie dostrzega? Może widziała w swoim życiu już tyle okrutnych bestii, że teraz wolała nie dopuszczać do siebie myśli, że znów ma do czynienia z wampirem… Choć ten wampir był... inny?
- Teraz już wszyscy ludzie wiedzą o istnieniu wampirów... Boję się jedynie, że to przyniesie same zniszczenia. Ludzie mogą wpaść w takie przerażenie, że dla świętego spokoju zaczną zabijać i ludzi, których posądzają o bycie wampirem i same wampiry. Może mi pan wierzyć, ale nie wszystkie wampiry są takie... okrutne. Spotkałam niedawno pewną wampirzycę... Taką blondyneczkę, drobniutką, wyglądającą jak anioł, która dla mnie postawiła się wampirowi szla... znaczy innemu wampirowi.
Omal nie zdradziła, że zna hierarchię wampirów... Im więcej się wie przecież o wampirach, tym gorzej.

_________________


Kot Louisy.

@
Powrót do góry Go down
Isao
Nauczyciel
Nauczyciel
avatar

http://vampireknight.forumpl.net/t321-isao-takei#363
Zarejestrował/a : 22/10/2012
Liczba postów : 660


PisanieTemat: Re: Posiadłość Trizgane.   Wto Gru 08, 2015 9:49 pm

- Wiedziałem. - odparł szczerze, niosąc ją dalej. Nie wiedział jak daleką drogę mieli jeszcze do jej domu, ale odległość ta nijak mu nie przeszkadzała. Bardziej jednak martwił się o nią. Była ranną, traciła krew. Choć nie tylko ta czerwona posoka ulatująca z rany była dla niej zagrożeniem. Zagrożeniem dla niej był również sam Isao. Wampir, w dodatku głodny wampir. Jak dobrze, że miał dobre serce i... udawało mu się nad sobą panować. - Z daleka było widać, że coś z nim nie tak. - dodał. - Szczerze mówiąc śledziłem was trochę. Niestety nie zdążyłem zareagować, nim Cię zaatakował. Przepraszam. - przyznał się, nie patrząc na nią. Wyglądało na to, że jego przeprosiny były szczere. Choć wzrok szarych tęczówek obserwował drogę przed nimi, nawet niesiona przez niego Louisa mogła pod tym kątem ujrzeć oznaki skruchy.
Gdy dotarli do jej posiadłości, a ona poprosiła, by odstawił ją na podłogę - zrobił to. Starał się to robić jak najbardziej delikatnie, choć był świadom, że nie jest w stanie oszczędzić jej całego bólu. Rana była zbyt świeża i zbyt rozległa, aby zmiana pozycji nie rozraziła jej nieco.
- Kota? No tak, tak. Oczywiście. A karma czy coś? Też w kuchni? - zapytał, kiedy poprosiła go o przysługę. Gdy zdradziła mu już gdzie znajdzie karmę, udał się do kuchni, wpierw upewniając się, czy nie trzeba jej pomóc. Rozumiał, że chciała zająć się tym sama, zdala od męskiego spojrzenia obcej osoby. Udał się więc do kuchni i odszukał karmę oraz miskę dla kota. Gdy tylko zaczął wsypać koci przysmak do jego naczynia, biały sierściuch już po chwili znalazł się przy nim. Nie bał się go... Chyba nawet zwierzęta, które z reguły bały się wampirów, potrafiły wyczuć, że on jest inny od reszty. Choć nie przepadał za kotami, nie potrafił się oprzeć pokusie przykucnięcia i pogłaskania go. Białas wyprężył się pod jego dłonią, upraszając o więcej pieszczot... których nie dostał. Wampir wstał i umył ręce. Znieruchomiał na chwilę, nasłuchując. Nie słyszał dziewczyny w salonie, nie słyszał też żadnych innych odgłosów, a więc wyjął z kieszeni pudełeczko z tabletkami krwi i wysypał je sobie na dłoń. Kilka albo nawet i kilkanaście białych kapsułek znalazło się na wierzchu jego zimnej, bladej dłoni. A potem połknął je, odkręcając kran i nabierając na dłonie wodę, którą potem z nich spijał. Zdawał się czuć jak tabletki wędrują po jego drodze pokarmowej, odnajdując drogę do żołądka. Zemdliło go, więc oparł się dłońmi o zlew, pochylając się nad nim. Całe szczeście wszystko to po chwili przeszło. Wyglądało na to, że raz jeszcze jego organizm przyjął tabletki krwi mimo, że od tak dawna nie dostawał pożywienia. Te zresztą kończyły mu się i Isao obawiał się, że niedługo będzie musial wybrać się po nie do miasta. Nie miał pojęcia czy owe dziwne opary unosiły się tam dalej, ale ie miał ochoty ich wdychać. Miał bowiem przeczucie, że to nie przyniosłoby niczego dobrego.
Wkrótce wyszedł z kuchni, udając się do salonu. Loiusy jeszcze nie było, więc stanął przy oknie i czekał na nią. Gdy usłyszał kroki, odwrócił się i ... zdziwił się widząc ją tylko w szlafroku. Był poczciwym facetem, więc odwrócił wzrok.
- Wszystko w porządku? - spytał wpierw, nie odwracając wzroku w jej kierunku. - Na herbatę się skuszę, jednak za jedzenie podziękuję. Jadłem przed wyjściem z domu. - skłamał z uśmiechem, na chwilę przenosząc na nią wzrok. Ponownie odwrócił go, nie chcąc się jej przyglądać niczym niewyżyty samiec. Mogło to wyglądać tak, jakby był tym bardziej speszony od niej. Ale głównie chodziło o to, że był przyzwoitym facetem i za takiego chciał uchodzić. - I przestań proszę mówić na mnie per ,,pan". Jestem Isao, Isao Takei. - przedstawił sie, kiedy podszedł już nieco bliżej i skinął głową z uśmiechem wymalowanym na ustach. - Także uważam, że ujawnienie tego było czymś niedopuszczalnym. To, że ludzie tak długo nie mieli pojęcia o istnieniu wampirów miało swoją przyczynę i tak powinno być. - zaczął. Westchnął i podrapał się w tył głowy. Oczywiście kaptur dawno znikł z jego czupryny. - Ciesze się, że spotkałaś na swojej drodze te dobre wampiry. Takie oczywiście również istnieją, choć, niestety, są mniejszością, lub są przyćmiewane przez występki tych złych. Ja mam pecha i w swoim życiu zwykłem spotykać głównie same potwory. - Skrzywił się. Odszedł od niej na parę kroków, zbliżając się ku wyjściu z salonu. - Ubierz się na spokojnie. Ja wstawię wodę na herbatę. Skoro już karmiłem Ci kota, nic mi się nie stanie jeśli odrobinę się w ten sposób rozgoszczę. - zaproponował z uśmiechem. Pod nim krył się jednak dylemat, z którym Takei zmagał się od jakiegoś czasu. Powiedzieć jej o tym, że on również nie jest człowiekiem? Wyglądało na to, że nie zauważyła tego jeszcze, albo nie dała mu tego do zrozumienia. Bardziej skłaniał się zresztą ku drugiej opcji wierząc, że łowca raczej umiał rozpoznać krwiopijce.

_________________
. . . .
♫ Isao ♫

P i o s e n k i . . z e s p o ł u
1. 2. 3.
Powrót do góry Go down
Louisa
Łowca Wampirów
Łowca Wampirów
avatar

http://vampireknight.forumpl.net/t522-louisa#612 http://vampireknight.forumpl.net/t592-louisa#811 http://vampireknight.forumpl.net/t3331-ofiara-losu-luska#71592
Zarejestrował/a : 22/10/2012
Liczba postów : 412


PisanieTemat: Re: Posiadłość Trizgane.   Sro Gru 09, 2015 3:22 pm

Zatem nawet zwykli ludzie potrafili już rozpoznać wampira w pełnej krasie. Wolała nie dopuszczać do siebie informacji, że oto w jej życiu pojawił się jeszcze jeden krwiopijca. Nawet Yuki, która jej pomogła musiała wiele się wycierpieć, nim Louisa zdołała się do niej przekonać. Wiadomo była przecież żoną tego, który przemienił ją w wampirzycę. Dziewczyna jednak w końcu pękła i przekonała się, że nie należy oceniać jednostki pod kątem społeczeństwa… Ale potrzebowała czasu, aby poznać wampirzycę i samodzielnie dotrzeć do tego, że naprawdę kierowała się dobrocią, a rasa nie miała tutaj nic do rzeczy.
– To fakt. Mnie też rzucił się w oczy. Nienaturalnie blady, podkrążone oczy, ślinotok… Prawie jak objawy tej zarazy, co niedawno jeszcze panowała w mieście.
Zaraza także była dziełem wampirów, wiedziała o tym. I to nie byle jakich wampirów, a tych, co rządzą w tym mieście. Nie wiadomo nawet jak z nimi walczyć, bo mają wielu sojuszników w ludziach i wampirach. A cóż z tego, że zabije się pojedynczego osobnika, jak na jego miejsce wskakuje od razu dwoje innych z tej armii.
– Ależ proszę się nie przejmować! Uratował mi pan życie. Był zbyt szybki na moje oko i celność.
Gdyby mogła, zaśmiałaby się. Wolała jednak nie ryzykować i nie przysparzać sobie dodatkowych bólów podbrzusza. Mogła tym też doprowadzić do pęknięcia jakiejś tkanki, co wywołać by mogło krwotok. Tym samym nie przyglądała mu się aż tak uważnie teraz. Mógłby źle odebrać to, gdyby przez tę podróż do jej posiadłości, wlepiała swoje czekoladowe źrenice w jego twarz. Dość spokojną i bladą… było zimno, dlaczego więc nie miał naturalnych rumieńców od zimna?
– Tak, kota, jeśli nie ma pan uczulenia… Karma jest w torbach z zakupami, które pan zbierał z ziemi.
Wyjaśniła i lekki rumieniec pojawił się na jej policzkach. Ta cała sytuacja była nad wyraz dziwna… Prosi obcego mężczyznę, aby nakarmił kota. Do tego pół godziny temu uratował jej życie. Mało tego! Zaprosiła go jeszcze na herbatę!
Ze znalezieniem miski w kuchni problemy mieć nie powinien. Stała ona przy lodówce i rzucała się od razu w oczy w wejściu. Kot był już obeznany z wampirami, dlatego się już nie bał tych nocnych stworzeń. Wiadomo przebywał czasami pod jednym dachem z Zackiem, który miał to nieszczęście, że został przemieniony. Ojciec czasami też sprowadzał jakieś wampiry… np. Testamenta. Nawet prowadził eksperyment i chciał go „udomowić”. Jak można się domyślić, nad takim zwierzęciem nie da się panować, choć jest posłuszny Gerardowi w jakimś stopniu. Łowca uczynił z niego swojego sługę. Wampir na usługach łowcy! Louisa zazdrościła siły ojca oraz jego magii. Wiedziała, że nigdy nie dorośnie mu do pięt, ale też dlatego, że obrała sobie inną ścieżkę – medyczną. Ojciec nie potrafił wbić nawet igły w żyłę…
Wreszcie opuściła łazienkę w szlafroku. Może to i niecodzienny widok, szczególnie dla blondyna, ale nie miała w łazience przecież żadnych ubrań. Nie miała też sił, aby wspinać się na górę po odzienie, a już na pewno nie chciała zakładać spodni, które będą jedynie uciskać ranę. Dlatego zdecydowała się na szlafrok, który jest luźny.
– Tak, kryzys zażegnany. Rana nie była zbyt głęboka, ale na pewno będzie dokuczliwa przez jakiś czas.
Gdyby w domu była jeszcze krew Hiro, na pewno szybciej doszłaby do siebie. Jednak Zack na pewno spożył już całą, a nawet jeśli nie, to nie zamierzała pić krwi przy nieznajomym… człowieku. Zresztą jako człowiek nie piła jeszcze nigdy krwi wampirzej (nie wspominając o ludzkiej), choć wiedziała, że wielu łowców w taki sposób się wzmacnia.
– Jest pan pewny? To może chociaż ciasteczka? Sama je piekłam.
Trzeba przyznać Louisie, że kucharką to była naprawdę świetną. I nie chodzi tutaj wcale o jej brak skromności, po prostu tej umiejętności była bardzo pewna. Nie zwracała też uwagi na to, że czasami spoglądał na szlafrok. Spokojnie, nie była przecież naga! Miała na sobie dość długi materiał, który sięgał jej za kolana.
– Wybacz, po prostu wyglądałeś na starszego i nie chciałam wyjść niewychowaną pannicę, Isao.
Isao Takei… miała wrażenie, że kiedyś słyszała już to imię. W jakimś zespole… jaki wokalista… Jednak nie bardzo była tego pewna, było to dawno temu.
– Louisa Trizgane.
Skoro nieznajomy się przedstawił i stał się znajomym i jakimś imieniu, dziewczyna także postanowiła się odwdzięczyć tym samym i zdradzić mu swoje imię. Gdyby wiedziała, że był wampirem albo słuchała podszeptów swojej intuicji, nie zdradziłaby swego nazwisko. Trizgane było znane wśród wampirów i wolała nie ryzykować…
– Niestety bardzo mało dobrych wampirów, jeśli można tak je określić. Nawet co do tej wampirzycy… nie ufałam jej ślepo. I długo mi zajęło nim w ogóle zaufałam. Wampiry wyrządziły mi wielką krzywdę, więc… podchodzę do nich… z wielkim dystansem. Choć po niektórych od razu widać, że są zwyrodnialcami.
Oczywiście piła tutaj do całego rodu Kuroiaishita. Ci to naprawdę rzucali się w oczy…
– Coś nas zatem łączy, Isao! Oboje spotykamy w swoim życiu jedynie potwory.
Posłała mu pogodny uśmiech, znajdując w tej całej poplątanej sytuacji jakieś lepsze wartości czy po prostu zalety.
– Wolałabym pochodzić w szlafroku, żeby nie uciskać świeżych i bolesnych ran ubraniem.
Teraz to się dopiero zarumieniała, kiedy zwrócił jej uwagę na strój. Gdyby nie zwrócił jej na to uwagi, pewnie nie poczułaby się tak skrępowana, jak w tej chwili. Teraz czuła się obco nawet we własnym domu, bo nie chciała przecież peszyć swojego gościa! Ale cóż… w tej chwili liczyły się rany, których nie chciała urazić.
– Przepraszam zatem za ten nietypowy strój, ale to jedyne, co w tej chwili mogę nosić, żeby nie podrażnić rany…
Było jej naprawdę głupio! Zatem razem mogli przystąpić do zaparzenia herbaty lub też Isao mógł to spokojnie zostawić Louisie. W każdym razie woda została wstawiona.
– Wspominałeś, że w swoim życiu spotkałeś jedynie potwory…
Zagadnęła delikatnie. Nie było to pytanie, bo nie chciała wyjść na impertynencką i nie wiedziała także, czy wampir będzie chciał opowiadać o tym.

_________________


Kot Louisy.

@
Powrót do góry Go down
Isao
Nauczyciel
Nauczyciel
avatar

http://vampireknight.forumpl.net/t321-isao-takei#363
Zarejestrował/a : 22/10/2012
Liczba postów : 660


PisanieTemat: Re: Posiadłość Trizgane.   Sro Gru 09, 2015 10:01 pm

- Zaraza?! - wyrwał się zaraz po jej słowach. - Jaka zaraza?! - Jego oczy były wielkości dorodnych ziemniaków, zaś on sam wydawał się wielce zdziwiony tym, co usłyszał. Nie miał pojęcia o czymś takim, choć miał do tego prawo, bowiem dopiero niedawno wrócił do Japonii po kilku latach nieobecności. Ale ona nie musiała tego wiedzieć. I zorientował się o tym dopiero po chwili. - Wybacz, zdziwiłem się, bo o niczym nie miałem pojęcia. Wróciłem tutaj kilka tygodni temu po dość długiej nieobecności. - przyznał się jej, już nieco ściszając głos, gdy uświadomił sobie, że jego wybuch sprzed paru chwil mógł ją nieco zbić z tropu i zszokować. Choć był to po prostu wybuch zaskoczenia.
Kiwnął tylko głową, kiedy powiedziała, by się nie przejmował. Dalsze pociąganie tej dyskusji nie miało najmniejszego sensu, bowiem żadne z nich nie potrafiło cofnąć czasu, by odwrócić bieg wydarzeń i uchronić ją przed zranieniem z rąk wampira. To już nie było ważne. Liczył się fakt, że Isao zdołał ją uratować. Mógł być z siebie dumny i poniekąd był, lecz nie był typem, który afiszuje się z tym i pozwala, aby poczucie dumy przyćmiło wszystko inne.
- Nie, nie mam uczulenia. - odparł, z trudem ukrywając rozbawienie, jakie wywołały u niego te słowa. Udał się do kuchni, aby je ukryć. Uczulenie na koty? To tylko bardziej utwierdzało go w przekonaniu, że dziewczyna nie wie, iż nie ma do czynienia z człowiekiem. Albo udaje, że nie wie. Uczulony wampir jest czymś niemożliwym. Krwiopijców nie dotykały choroby i alergie, chyba, że te sztucznie stworzone przez Samuru, bądź niegdyś łowców. Choć może czynili to dalej? Nie chciał się nad tym zastanawiać. Nakarmił kota, by potem go odrobinę pogłaskać. Połknął też tabletki krwi, bowiem obawiał się, że przez swój głód mógłby jej zrobić krzywdę... lub wydać się, jeżeli nie miała pojęcia o tym, że jej gość jest wampirem.
- To dobrze. Nie widziałem dokładnie jak mocno Cię zranił, ale bałem się, że umrzesz mi tam, albo odniesiesz poważny uszczerbek na zdrowiu. - odetchnął z ulgą. Dobrze wyczuwał, że zapach krwi nie był już tak intensywny. Dziewczyna więc wyleczyła, bądź zaleczyła ranę. Jakże dobrze znana mu była magia lecznicza łowców... Madeline przecież również była lekarzem w oświacie. Kiedyś uratowała mu życie tą magią. Dobrze pamiętał tą zieloną poświatę oraz ciepło od niej bijące, które poczuł nawet on. Louisa miała wiele cech, które przypominały mu o niej. To nieco kuło w jego serce, ale powtarzał sobie, że przecież dawno już wyleczył te ranę.
- Na ciasteczka się skuszę. Lubię słodycze. - przyznał, uśmiechając się. Skoro tak nalegała. Nawet on lubił czasem skosztować ludzkiego jedzenia, głównie dla samego smaku. Niektóre rzeczy potrafiły być naprawdę dobre. Zwłaszcza wszelkiego rodzaju słodycze. Zaśmiał się, kiedy przeprosiła go za mówienie do niego per ,,pan".
- W porządku, nie przejmuj się tym... Louiso. - powiedział, uśmiechając się do niej. Miał przyjazny, łagodny wyraz twarzy. Jak najbardziej naturalny i prawdziwy, ale czy myślałaby tak, gdyby przyjęła do siebie wiadomość, że jest on wampirem?
- Bardzo dobrze. Nie należy im ufać. Choć zdarzają się wyjątki. W sumie także ludzie dzielą się na tych dobrych i złych. Nikogo nie można wrzucać do jednego worka. - mruknał, a potem uśmiechnął się do niej ponownie i pokiwał głową. - Tak. Oby się to zmieniło. - dodał i speszył się, kiedy wyjaśniła mu dlaczego chodzi w szlafroku. Speszony odwrócił wzrok i podrapał się w tył głowy. Był to odruch, który towarzyszył mu już od dzieciństwa. Często nie był świadom, że tak robi, a była to rzecz poniekąd dla niego charakterystyczna.
- Wybacz, nie pomyślałem. Skoro jednak Tobie to nie przeszkadza, to mi również. Nie przepraszaj. - spojrzał na nią pogodnie. Nawet na chwile jego wzrok nie powędrował niżej, o co bardzo sie starał. Pilnował się i wychodziło mu to!
Poszli do kuchni, gdzie Isao wstawił wodę na herbatę. Jeśli Lou chciałą to zrobić, nie pozwolił jej, tłumacząc, że jemu nic się od tego nie stanie, a ona powinna się oszczędzać, bo straciła trochę krwi. Zdziwił się gdy usłyszał jej pytanie, zadane po chwili ciszy. Spojrzał na nią zaskoczony, by po chwili nieco sposępnieć i odwrócić wzrok.
- Wybacz, ale nie chcę na ten temat rozmawiać. Zostawiłem przeszłość za sobą i liczy się dla mnie jedynie tu i teraz. - mruknął cicho i odwrócił się, gdy usłyszał, że woda się zagotowała. Zalał herbatę. Nie chciał myśleć o przeszlości, ponieważ było to niczym rozdrapywanie ran, które już nieco się zagoiły. Nie chciał wspominać Madeline, Marceille i Banshee. Nie chciał przypominać sobie o swojej córce, z którą został sam, gdy Banshee stwierdziła, że nie chce być matką. Jego kochana Nanami, która zmarła lata temu została, co było dość okrutne, wyrzucona z jego pamięci jak gdyby nigdy nie istniała. Zbyt wiele bólu sprawiało mu myślenie o niej. A wystarczyła chwila nieuwagi, aby stracić ją na zawsze. Aż zadrżał, kiedy w jego głowie pojawił się rozmazany obraz jej słodkiej twarzyczki.
- Co byś zrobiła, gdybyś miała przyjaciela... osobę sobie bliską, która okazałaby się być wampirem, ale nie mówiła Ci tego dla Twojego dobra? - spytał nagle. To było tak głupie i oczywiste... Ale źle się czuł nie uświadamiając jej. Był też ogromnie ciekaw co odpowie na to. I czy powiąże to pytanie z jego osobą.

_________________
. . . .
♫ Isao ♫

P i o s e n k i . . z e s p o ł u
1. 2. 3.
Powrót do góry Go down
Louisa
Łowca Wampirów
Łowca Wampirów
avatar

http://vampireknight.forumpl.net/t522-louisa#612 http://vampireknight.forumpl.net/t592-louisa#811 http://vampireknight.forumpl.net/t3331-ofiara-losu-luska#71592
Zarejestrował/a : 22/10/2012
Liczba postów : 412


PisanieTemat: Re: Posiadłość Trizgane.   Sro Gru 09, 2015 10:56 pm

Drgnęła, gdy wampir wybuchł. Oczywiście słownie. Co prawda nie zszokował dziewczyny, ale na pewno zbił ją z tropu. Przyjrzała mu się uważnie, a dosłownie przez ułamek sekundy patrzyła na niego jak… na kosmitę. O zarazie było naprawdę głośno, więc jak to nie wiedział?! Może zakopał się gdzieś w bunkrze i stwierdził, że przezimuje tam dla bezpieczeństwa?
Blondyn szybko jej wyjaśnił w czym rzecz i dopiero teraz zrozumiała jego zdziwienie i okrzyk, który rozległ się echem po biednym domu. Domu, który parę miesięcy temu przechodził gruntowny remont piętra pierwszego, ponieważ Testmanet postanowił zrobić sobie z tej posiadłości terrarium dla swojego trzysiestometrowego cielska…
– Jaki czas temu zaraza „wydostała” się z laboratorium pewnego, dość niebezpiecznego wampira. Co najgorsze była tak zmutowana, że atakowała również wampiry. Z jednej strony to niesamowite zmutować do tego stopnia bakterię, aby przyczyniła się do śmierci wampirów. Z drugiej jest to makabryczne – zabijanie własnego gatunku dla wzbogacenia się. Ten sam wampir stworzył od razu odtrutkę, która była dość kosztowna. Zaraz atakowała także ludzi…
Przywołała z pamięci tyle, ile zdołała. Jako osoba dopiero co ucząca się wówczas medycyny u boku Matsushity, nie została dopuszczona do bardzo wielu spraw. Wiedziała jednak, że Yutaka rozpoczął pracę nad własną odtrutką i z tego, co wiedziała, była ona równie skuteczna, co odtrutka tego szalonego wampira.
Naprawdę wolała nie myśleć o tym, że kolejna osoba, jaką spotkała na swojej drodze okaże się być wampirem. Zbiło ją z pantałyku także to, że bez wahania zabił wampira, by ratować ludzką istotę. Nawet Yuki nie byłaby gotowa, by podnieść rękę na wampira… Zresztą ta wampirzyca była dość specyficzna. W dodatku źrenice Isao nie zalśniły szkarłatem, gdy tylko wyczuł jej krew. Nie wiedziała także, że był wygłodniały i trzymała w domu naprawdę głodnego wampira.
– Spokojnie, rana nie była na tyle głęboka, aby umrzeć. Mogłabym, gdybyś się nie zjawił albo nie zaniósł mnie tutaj.
Faktem było jednak, że gdyby postanowił ją tam zostawić samą na pastwę losu, po prostu by się uleczyła i jakoś doczłapała do domu. Nie zamierzała tam przecież się wykrwawić. Była zbyt młoda, aby umrzeć, a życia trzymała się jak tonący brzytwy. Zrozumiała, jako wampirzyca, jak cenne jest życie. Jej i innych. A przecież… będąc bestią… dopuściła się wielu makabrycznych uczynków, które po nocach nie dają jej spać. Wątpiła, aby kiedykolwiek mogła wreszcie zasnąć spokojnym i zdrowym snem, nie wybudzając się z krzykiem. Chyba że ktoś usunąłby te wspomnienia… Jednak wówczas pozostałaby czarna plama, a podświadomie czułaby, że coś jest nie w porządku.
Każda magia lecznicza różniła się od siebie w elementach. Światło Louisy nie było zielone, ale białawe, przezroczyste, delikatne. Jednak również roztaczała specyficzne ciepło, co było raczej sygnałem z użytkowania energii, co przekładało się na organizm łowcy. Louisa znała Madeline. Ją również uratowała, w starej Oświacie w górach.
Skoro skusi się na ciastka, to humor Louisy od razu się poprawił. Była na tyle gościnną osobówką, że wręcz czuła się źle, kiedy nie mogła niczym poczęstować swego gościa. Ale na szczęście mężczyzna uległ Louisie. W tej sprawie… Od razu podeszła do szafki, choć gapa zapomniała, że jest za niska i nie sięgnie. Musiała zatem przyciągnąć sobie krzesło kuchenne, stojące przy stole, wejść na nie i dopiero wówczas wygrzebać z szafeczki wysoki i gruby pojemnik z kruchymi ciasteczkami. Były to różne ciastka: czekoladowe, z ziarnami, z wanilią, z lukrem i wiele innych, jakie tylko można sobie wymarzyć. Niemalże jak bufet słodyczy w pociągu zmierzającym do Hogwardu. Postawiła przed nim cały słoiczek oraz talerzyk.
– Częstuj się śmiało, skoro lubisz słodycze!
Zachęciła go gestem i sama zamierzała poczęstować się ciasteczkiem. Zamierzała włożyć rękę do słoiczka i sięgnąć pierwsze lepsze z brzegu. Chyba że Isao w tym samym czasie także sięgnął po ciasto. To albo zdążyła cofnąć dłoń albo ich palce przypadkiem się dotknęły.
– Fakt, my, ludzie, jesteśmy równie okrutni. Zabijamy dla samej przyjemności zabijania. Zabijamy z zemsty…
Aż zamknęła czekoladowe oczy… zabijają, by wyrównać mafijne porachunki. Tak jak Hiro zamordował jej matkę… Zrobił to na oczach pięcioletniej, małej i bezbronnej dziewczynki.
W kuchni dziewczyna pozwoliła Isao wstawić wodę, skoro tak bardzo chciał ją wyręczyć. Zaśmiała się i wytłumaczyła mu, że jej rana nie jest śmiertelna i nie powinien robić z niej inwalidę.
– Jeszcze mnie tak rozpieścisz, że więcej dla nikogo nie będę robić herbaty, oczekując, że gość zrobi ją sam!
Skoro miała siły na dowcipy, to znaczyło, że jej stan nie był taki zły. Zasępiła się nieco, gdy blondyn stwierdził, że nie chce rozmawiać na ten temat. W jego głosie usłyszała pewną niechęć, a jego wyraz twarzy chwilowo się zmienił. Zaraz jednak się odwrócił od niej, jakby chciał to ukryć.
– Wybacz, nie chciałam wywołać przykrych wspomnień.
Przecież nie znali się na tyle dobrze, aby zadawać sobie takie pytania. Louisa zawsze była otwartą nastolatką. To zaczęło się i przejawiać w jej powoli dorastającym życiu. Tak… osiągnęła pełnoletność w Japonii i nie musiała już ukrywać swoich uczuć do Jamesa. Jednak ten wyjechał do Anglii, do rodziny, kazał jej o sobie zapomnieć i skupić się na swoim życiu. Była przecież taka młoda, tyle ją jeszcze czekało… bla, bla, bla… jakby słyszała ojca, a nie mężczyznę, w którym się zakochała. Zrozumiała jednak szybko, że miłość do tak starszego mężczyzny nie miała prawa bytu. Musiała nauczyć się żyć bez niego. Często ją wspierał i wielu sprawach pomagał. Był w końcu jej mentorem i nauczycielem.
Skoro Isao robił herbatę, dziewczynie nie pozostawało nic innego, jak usiąść przy stoliku i zająć się ciasteczkami. Nie zamierzała przejmować się takimi rzeczami jak: „im więcej zjesz, tym bardziej dupa ci urośnie”. Pytanie Isao zaskoczyło ją. Spojrzała na niego nie bardzo rozumiejąc, czemu padło takie pytanie.
– Gdyby to była osoba naprawdę bliska, spytałabym, czemu to przede mną tak długo ukrywała. Choć mogłabym to też zrozumieć. Wampiry wzbudzały we mnie odrazę i nienawiść, więc mogłabym taką osobę z góry odrzucić. No wiesz, tylko w taki „ukryty” sposób mogłabym poznać naprawdę tę osobę, czyli wampira, i wówczas jej nie skreślać. Jak na przykład tę wampirzycę, o której ci opowiadałam.
Choć teraz nie spuszczała z niego pilnego spojrzenia. Nie… to przecież niemożliwe, żeby… był wampirem. Choć czy w innym przypadku zadawałby jej takie pytanie? A jeśli jest wampirem, to czego od niej chciał? To wszystko mogło być przecież ukartowane. Może musiał zdobyć jej zaufanie poprzez zabicie wampira, który chciał ją zabić, po to żeby… żeby co? No właśnie, co? Pracował dla Kuroiaishita? Zmarszczyła brwi, bo nie bardzo jej się to podobało. Ale może rzeczywiście był tam tylko przypadkiem i ja uratował?
– Jesteś wampirem, prawda?
Spytała w końcu całkiem poważnie… Dała się zwieść, po raz kolejny, temu łagodnemu spojrzeniu, obyciu. Dała się zwieść jego dżentelmeńskim manierom. Dała się zwieść wyglądowi, który nie zdradzał tak bardzo jego wampirzego istnienia. Dała się zwieść temu, że jego źrenice nie zapłonęły szkarłatem, gdy poczuł ludzką krew.

_________________


Kot Louisy.

@
Powrót do góry Go down
Isao
Nauczyciel
Nauczyciel
avatar

http://vampireknight.forumpl.net/t321-isao-takei#363
Zarejestrował/a : 22/10/2012
Liczba postów : 660


PisanieTemat: Re: Posiadłość Trizgane.   Czw Gru 10, 2015 12:52 am

Zaskoczyła go, o czym nie omieszkał jej uświadomić, poprzez mocne zdziwienie, które nie tylko pojawiło się na jego twarzy, lecz również było powodem okrzyku zaskoczenia, jaki wydobył się z jego gardła. Wiedział o tym, że Samuru ujawnił publicznie istnienie wampirów. Wiedział o tym, że dalej kontrolował całe miasto i siał terror. Przyjechał także w takim momencie, że wprost nie mógł nie wiedzieć o oparach, które unosiły się w mieście, a których sprawcą był najprawdopodobniej właśnie burmistrz. Nie miał jednak pojęcia o zarazie... Ileż wycierpiało to miasto i Ci ludzie?! Dziwił się, że ktokolwiek jeszcze tu był, zamiast uciekać jak najdalej.
- Okropne... - skrzywił się na samą myśl o zarazie, na temat której opowiadała mu Louisa. - Ale to nie pierwszy taki przypadek. Kiedyś też była tu zaraza. Nie wiem co było jej przyczyną, ale również atakowała ludzi i wampiry. Na nieszczęście ja też się zaraziłem, ale wyleczyli mnie. - wspominał. Wątpił, aby te informacje dały jej jakąś podpowiedź co do jego rasy, bądź jego wieku. Sam nie pamiętał kiedy to było, ale był już wtedy z Banshee, a więc nie tak dawno temu. To razem z nią złapał tego wirusa, przez co wylądował w laboratorium oświaty. Całe szczęście nie zabili ich tylko wyleczyli.
- Do usług. - uśmiechnął się, kiedy po raz kolejny powtórzyła, że uratował jej życie. Był z tego dumny. Udało mu się bowiem uratować kolejne istnienie. I to być może wcale nie jedno! Kto wie co ten szalony wampir zrobiłby niedługo po tym, jak udałoby mu się dopaść Loiuse... Zamordowałby kolejną? A może dwie? Cztery? Dziesięć? Przebijając ostrzem jego serce, uratował wielu ludzi. I był z siebie ogromnie dumny, co poprawiało mu znacznie humor.
Gdy poszli do kuchni, a on zauważył co dziewczyna chce zrobić, wyprzedził ją i podszedł do szafki, z której chciała coś sięgnąć. Obrócił się w jej kierunku i popatrzył na nią pytająco?
- Tutaj? Co chcesz sięgnąć, ciasteczka? - spytał, otwierając szafkę. Był od niej dużo wyższy i nie potrzebował krzesła, aby sięgnąć to, co chciała dziewczyna. Gdy tylko to wziął, podał jej. Kiedy powiedziała, aby się częstował, od razu sięgnął po jedno i pochrupał ze smakiem. Uwielbiał ludzkie słodycze. Niegdyś miał nawet swoją ulubioną kawiarnię, do której często chodził po próbach. To było tak dawno temu... Tęskno mu było za tymi czasami lecz dobrze wiedział, że nic ich już nie przywróci. Ciekaw był czy owa kawiarnia jeszcze istniała.
- Są bardzo smaczne. Dziękuję. - uśmiechnął się szeroko, natychmiast sięgając po następne ciastko. Chrupał je i słuchał jej słów, nieco markotniejąc. Wchodzili na poważne tematy o dobru i złu, o ludziach i wampirach, o życiu i śmierci. To nie były tematy, do których mógłby się szczerzyć podobnie, jak do tych pysznych, kruchych ciasteczek. Nie odpowiedział nic, miast tego odwrócił się od niej i wstawił wodę na herbatę. Gdy ponownie zwrócił się w jej kierunku, na jego ustach malowało się rozbawienie.
- Ale to nie jest nic złego! Ty oferujesz herbatę i kubek, więc gość też musi coś od siebie dać. - zaśmiał się. Najwyraźniej dziewczyna czuła się dobrze, skoro tak sobie siedziała, śmiała się z nim, a wcześniej nawet chciała przesuwać krzesło. O jej ranę się nie martwił wiedząc, że ją zaleczyła swoją magią. Bardziej martwiła go utrata krwi. Ta jednak nie była aż tak duża.
- Nie szkodzi. Nie wiedziałaś. - mruknął cicho, zalewając wodę. Wyraźnie zmarkotniał, ucichł i... w tym czasie zastanawiał się nad kilkoma rzeczami, jednocześnie walczać ze wspomnieniami, które zaciekle dobijały się do jego umysłu. Nie mógł jej okłamywać, okropnie źle się czuł, gdy nie przyznawał się do tego, że nie jest człowiekiem. Właśnie dlatego zadał jej to pytanie i spokojnie wysłuchał odpowiedzi, nie patrząc na nią tylko przygotowując herbatę. Gdy skończyła nie odpowiedział nic. Nawet gdy zadała mu pytanie, przez jakiś czas się nie odzywał, stojąc do niej tyłem i z opuszczoną głową. Wlepiał wzrok w stojące przed nim kubki, w których esencja nadawała wodzie coraz to bardziej intensywny kolor.
- Tak. - odezwał się cicho, jednocześnie lekko kiwając głową. Wcześniej odwrócił się i oparł biodrem o blat szafki tuż za nim. - Wybacz, że Ci nie powiedziałem. Zważywszy na to, że chwilę przed moim pojawieniem jakiś wampir chciał Cię zabić, byłoby to bardzo nierozsądne z mojej strony. - mruknął po cichu. Odwrócił się i ujął w dłoń kubek, który, jeżeli pozwoliła mu się zbliżyć lub nie uciekła, podał jej. I wrócił na swoje miejsce, znów opierając się o blat. Skoro weszli już na takie tematy, tak było lepiej, bowiem zachowując od niej pewną odległość pokazywał jej, że nie miał złych zamiarów. A przynajmniej chciał, aby tak to wyglądało.
- Nie skrzywdzę Cię. Gdybym chciał, miałem ku temu mnóstwo okazji odkąd tylko spotkałem Cię w lesie. Miałem ją minutę temu i mam także teraz. Zwłaszcza, że Twoją krew czuć po całym domu. - dodał. Wyraźnie zmarkotniał, jakby "zbladł", spochmurniał. Widział bowiem spojrzenie dziewczyny, które diametralnie zmieniło się w jednej chwili. Zawsze bolał go fakt, że był osądzany tak jak inne wampiry. - Jeżeli rozkażesz mi wyjść - zrobię to. - dodał, unosząc wzrok i z daleka patrząc prosto w jej oczy. W międzyczasie ujął w dłoń kubek i upił kilka łyków ciepłej herbaty. Odstawił go i utkwił wzrok w podłodze.
- Możesz się bać i możesz mieć wiele negatywnych odczuć ze mną związanych. Zaręczam Cię jednak, że niepotrzebnie, choć moje słowa mogą teraz niewiele dla Ciebie znaczyć. Mnie również, tak jak i Ciebie, spotkało wiele złego z rąk innych wampirów. W niektórych kręgach jestem postrzegany jako wróg, jako, że zawsze się wyróżniałem. To zawsze sprowadzało na mnie dużo kłopotów. - chrupał ciastko, które wcześniej sobie wziął i odstawił na blat. - Była kiedyś taka dziewczyna... Też była łowcą i także medykiem, tak jak Ty. - Spojrzał na nią. Swoimi słowami dał jej znać, że wszystkiego się domyślił. Miał przecież ku temu mocne dowody. Pistolet, fakt, że miała przy sobie szczepionki, że nie pachniała już tak bardzo krwią. - Miała na imię Madeline i była siostrą ówczesnego dowódcy. Kiedy mnie poznała, nie wiedziała, że jestem wampirem, a gdy się dowiedziała - nie przeszkadzało jej to. Bardzo ją kochałem i długo zajęło mi, nim zdobyłem zaufanie także jej brata. A potem zniknęła... Nigdy nie udało mi się jej odnaleźć. - opowiadał, mając wzrok wbity w podłogę. Ręce zaczęły mu drżeć, ale próbował to ukryć. Poruszone wspomnieniami serce zaczęło bić szybciej niż do tej pory. Próbował je uciszyć. Po chwili uniósł wzrok i spojrzał znow na Loiuse. - To tylko jeden z powodów, dla których nienawidzę tych bestii. Choć próbowałem bardzo długo, nie możliwym byłoby, abym dołączył do oświaty i zdobył zaufanie wszystkich łowców. Sam więc wybieram swoje ofiary i zabijam ich, by nie popełniały więcej zbrodni. Wampira, który Cię śledził obserwowałem już od jakiegoś czasu. - Jednym haustem wypił resztę herbaty i odstawił kubek do zlewu. Po tym odwrócił się do niej i spojrzał na nią, a potem na ciasteczka. - Pozwolisz, że wezmę jeszcze kilka? - I nie czekając na jej odpowiedź, wziął garść ciastek, po czym odwrócił się i... skierował się ku wyjściu. - Dziękuję za herbatę i ciastka . - rzucił jeszcze na odchodne. Niepokojenie jej było ostatnią rzeczą, jakiej teraz chciał.


Zrób zt dla mnie lub zt x2 jeśli Twoja postać go nie zatrzyma. W takim wypadku będziemy mogli przerwać pisanie, lub zrobić jakąs nową fabułę.
Jeśli go zatrzyma - piszmy dalej ; )

_________________
. . . .
♫ Isao ♫

P i o s e n k i . . z e s p o ł u
1. 2. 3.
Powrót do góry Go down
Louisa
Łowca Wampirów
Łowca Wampirów
avatar

http://vampireknight.forumpl.net/t522-louisa#612 http://vampireknight.forumpl.net/t592-louisa#811 http://vampireknight.forumpl.net/t3331-ofiara-losu-luska#71592
Zarejestrował/a : 22/10/2012
Liczba postów : 412


PisanieTemat: Re: Posiadłość Trizgane.   Pon Gru 14, 2015 1:05 pm

Ludzie nie chcieli uciekać z tego miata, ponieważ byli przywiązani do niego emocjonalnie, ale także finansowo. Mieli tutaj przecież swoje domy, mieszkania, pracę. Rodziny zostawiać nikt nie chciał, nie wspominając o najbliższych przyjaciołach. Nie była to jeszcze wojna czy apokalipsa, które faktycznie potrafią zerwać wszelkie więzi. Dopiero wówczas ludzie decydują się na porzucenie wszystkiego, bo tylko ucieczka może uratować im życie. Zresztą wiedziała po sobie, że ludzie są silnie przywiązani do swoich korzeni, miejsca, w którym się urodzili i wychowywali.
– Zatem bardzo możliwe, że mówimy o tej samej zarazie.
Z tego co wiedziała, w mieści była tylko jedna taka choroba. Wypuścił ją Hiro i szybko wynalazł odtrutkę, za którą brał sowite pieniądze, co było już pomysłem Samuru. Łowcy na szczęście także wynaleźli szczepionkę przeciwko tej zarazie, aby leczyć swoich łowców i… jak się okazuje wampiry.
To fakt, był znacznie wyższy, musiał mieć pewnie ze dwa metry! Sama Louisa była przecież niższa od niego od trzydzieści centymetrów, co wcale tak mało nie było. Sięgała mu zaledwie do klatki piersiowej, ale w ogóle jej to nie przeszkadzało. Zresztą dlaczego by miało, skoro poznali się dopiero dzisiaj w dość nieoczekiwanym momencie.
– Tak, ciasteczka. Są z tyłu, po lewej strony.
Musiał się „przekopać” przez większość pudełeczek, kartoników z przyprawami, kawami, herbatami i wieloma takimi rzeczami potrzebnymi w kuchni. Uśmiechnęła się do niego, kiedy podziękował i skomplementował jej wyrób cukierniczy. Starała się, jak zawsze, kiedy gotuje lub piecze dla tych, których kocha. Nie uważała siebie za „kurę domową”, po prostu lubiła karmić tych, których kocha. Wiedziała także, że gdyby nie gotowała jej ojciec i brat jedliby wszystko, co tylko im wpadnie w łapę, zatem odwiedzaliby same fast foody.
– To zaczną przychodzić do mnie z herbatą i kubkiem, żebym wstawiła dla nich wodę i zalała herbatę.
Mimo tych „mrocznych” tematów, potrafili jeszcze żartować i było to… bardzo swobodne. Może i znali się jakąś godzinę, ale Louisa czuła się swobodnie w towarzystwie tego mężczyzny. A co najzabawniejsze… nie czuła się „zagrożona”. Jej podświadomość po raz pierwszy od dłuższego czasu była spokojna i nie biła na alarm, świecąc wściekło czerwonym kolorem.
Widząc jego zmarkotnienie, odwróciła od niego wzrok. Chociaż w ten sposób mogła mu dać jakieś prowizoryczne uczucie „prywatności”. Nie chciała sprowadzać przykrych wspomnień, które najwyraźniej nim owładnęły. Dlatego nie zagłębiała się więcej w tę tematykę, wiedząc, że sam powie coś więcej, jeśli tylko będzie chciał o tym po prostu porozmawiać. Z kimś.
Jednak ich rozmowa była coraz „gorsza”. Zadała ważne pytanie i choć znała już na nie odpowiedź, wyczekiwała odpowiedzi. Zawsze mógł ją okłamać, aby osiągnąć w tym jakiś swój cel. Wampiry przecież bardzo często miewały cele w swoich czynach. Nie odzywała się przez dłuższy czas. Słuchała tego, co miał do powiedzenia i wpatrywała się w niego z niedowierzaniem. Nie wyglądał przecież jak… krwiopijca. Dlaczego kolejny „normalny” facet musiał być wampirem?
Dopiero po jego trzeciej wypowiedzi, zabrała głos.
– Doskonale wiem, że możesz mnie zaatakować w każdej chwili. Właściwie, jak widać, jestem całkowicie bezbronna i zdana na Twoją łaskę. Cóż, wybacz, że czuć moją krew w całym mieszkaniu…
Nie chciała, ale ton jej głosu stał się bardziej wrogi. Ostatnie zdanie było wręcz ironiczne. Ale czego się spodziewał?! W końcu był w jej domu! To czym miało pachnieć, jeśli nie nią? Przyniósł ją przecież zakrawioną!
– Wybacz, jestem Ci bardzo wdzięczna za uratowanie życia, ale… nie mogę…
Urwała. Nie mogła uwierzyć, że wampir nic jej nie zrobi. Skoro zwrócił uwagę na jej krew, musiał być wygłodniały. Louisa także spochmurniała i zmarkotniała. Naprawdę sądziła, że wreszcie na jej drodze pojawił się człowiek, z którym mogła porozmawiać o wampirach i który podzielał z nią poglądy. Ale skoro sam był wampirem…?
Właśnie chciała go poprosić, żeby wyszedł, skoro sam to zaproponował, jednak zaraz znów zaczął opowiadać. Nie przerywała. Zasługiwał na szacunek, chociaż był wampirem i w tej chwili widziała go w samych złych barwach. To było silniejsze od niej. Musiała sobie po prostu wiele na spokojnie przemyśleć, przecież nie był taki, jak Kuroiaishita. Może także wiele brakowało mu do Yuki, ale…
– Ale wciąż jesteś wampirem. Nie zawsze myślicie zdroworozsądkowo, kiedy… jesteście bardzo głodni. Wybacz, Isao, ale Ty masz jak się bronić przed innymi wampirami. Jesteś szybko, zwinny, masz wyostrzone zmysły oraz wiele wrodzonych umiejętności. Nie wiem, jakiego poziomu wampirem jesteś, ale nie wyglądasz mi na wampira krwi D. Szybko się regenerujesz i nie odczuwasz tak bólu jak my, ludzie. Wiem, co mówię, bo przez… kilka miesięcy byłam wampirem. I nienawidzę przez to siebie.
Zamknęła oczy, cofnęła się i usiadła na krzesełku przy stoliku. Była teraz blada jak śmierć, jak sam wampir. Dosłownie cała krew i życie odpłynęło jej z twarzy. Nie poruszyła się, chociaż słuchała go uważnie i również nie przerywała w połowie jego wypowiedzi. Naprawdę zasłużył chociaż na tyle – na szacunek. Gdy tylko wymówił imię dziewczyny, o której mówił, drgnęła. Znała ją. Poznała ją i uratowała ją. Często także rozmawiała o Made z Chizuru.
– Znałam ją. Była siostrą Marcusa i ciotką Chizuru. Często rozmawiałyśmy o Madeline. Nawet Marcus nie wie, co się stało z Made. Po prostu zniknęła… chociaż była szukana nie tylko w Japonii.
To zapewne też już wiedział, w końcu Marcus w mniejszym lub większym stopniu zaufanie Marcusa, który nienawidził wampirów równie mocno jak ona sama czy Gerard. Ale zaraz… co?!
– Kochałeś? Ty i Made…?
Pokręciła głową. Nie, nie chciała teraz wiedzieć wszystkiego. Niemożliwe było, że Marcus aż tak zaufał Isao, że oddał swoją siostrę w ręce wampira. Nie wiadomo też było, dlaczego zniknęła. Marcus miał… wielu wrogów, nie tylko wśród wampirów. A sam Isao wiedział, że i ludzie to potwory.
– Proszę Cię, przestań i… opuść mój dom, Isao.
Poprosiła go cichym szeptem, spoglądając smutnym wzrokiem na wampira. Co on tak naprawdę wiedział o bólu, jaki przynoszą ze sobą wampiry? Owszem, zabrali mu Madeline. Ale nigdy nie dowie się, jakie to uczucie, kiedy rozrywają się pazurami i kłami, kiedy zabierają ci człowieczeństwo i skazują na potępienie przez przemianę w wampira. Nigdy także nie dowie się przez jakie katusze Madeline mogła przechodzić i nigdy nie odczuje ich na własnej skórze. Jako wampir ma w sobie więcej sił i umiejętności, by bronić się przed wampirami.
Nie zabraniała mu, kiedy poczęstował się jeszcze kilkoma ciasteczkami. Nie odpowiedziała mu jednak, kiedy podziękował za herbatę. Gdy znalazł się już przy drzwiach, zawołała za nim:
– Zaczekaj!
Dogoniła go w holu, choć nie biegła ze względu na swoją ranę. Wręczyła mu pudełeczko z ciasteczkami, skoro mu tak smakowały i… miało to być w ramach podziękowania za uratowanie życia. Wiedziała, że to mało, ale tylko tyle mogła zrobić dla… wampira.
– Smakowały Ci, więc… weź je.
Nie zatrzymywała go. Chciała, żeby opuścił jej dom. Znikł z jej życia. Nie chciała kolejnego wampira w swoim życiu.
Zamknęła za nim drzwi. Pogasiła wszędzie światła i udała się do swojego pokoju, aby odpocząć. Wchodzenie po schodach było męczące. Sporo przeżyła dzisiejszej nocy, zużyła sporo magii i czuła się senna. Historia Isao nie pozostawała dla niej obojętna, szczególnie, że znała Madeline i widziała, jak Marcus cierpiał.
Położyła się w ciepłym łóżku i zakryła całkowicie kołdrą. Zasnęła od razu, a sen był jak lekarstwo na wszystko! Musiała się także wykurować, ale rany nie zamierzała już doleczać magią. Po kilku dniach i Louisa musiała opuścić dom. Ileż można siedzieć samotnie w domu?!

zt x2

_________________


Kot Louisy.

@
Powrót do góry Go down
Gerard
Łowca Wampirów
Łowca Wampirów
avatar

http://vampireknight.forumpl.net/t1105-gerard-trizgane http://vampireknight.forumpl.net/t3348-gerard#71804
Zarejestrował/a : 31/07/2013
Liczba postów : 356


PisanieTemat: Re: Posiadłość Trizgane.   Sro Lut 24, 2016 7:47 pm

– To wciąż dwie osoby, Beatrice. Twoją matkę mogli równie dobrze uprowadzić, skoro nie odnaleziono ciała. A to wcale nie jest lepszy los…
Mówił cicho, ostrożnie, jakby wchodził w bardzo niebezpieczne rejony. Nie chciał urazić uczuć dziewczyny, wiedząc jak delikatna była to dla niej sprawa. Wampira można rozpoznać już z daleka, szczególnie przez łowców, więc nie było to trudne, aby takie potencjalne zagrożenie po prostu odsunąć od nieuświadomionej Beatrcie. Nie miała pojęcia przecież jak działają i funkcjonują w terenie łowcy, a tym bardziej komandos-łowca.
– Owszem, człowiek, ale dziecko. Dziecko, które przeżyło tragedię. Wybacz, ale wypytywanie niepełnoletniego dziecka o tak poważne sprawy…
Urwał. Nie znał jej na tyle, aby cokolwiek wiedzieć. Ale w końcu „wychował” dwójkę dzieciaków. Może nie tyle wychował, co widział ich zachowanie i wie, jak dojrzewają i dorastają. A dorastająca, młoda dama pod dachem to naprawdę mieszanka wybuchowa. Szczególnie, że miał jeszcze buntowniczo nastawionego do wszystkiego syna.
– Wierz mi, że przez całe moje życie wampiry w tej chwili mnie nie przerażają. W końcu zostałem urodzony po to, aby być łowcą i zabijać wampiry. Dla mnie to normalne jak oddychanie. Natomiast wychowywanie dwójki dorastających dzieciaków, już nie. A jeszcze na domiar złego osierocona dziewczynka, czyli Ty. Nigdy nie odnalazłem się w roli ojca, nawet dziś.
Wzruszył ramionami i sięgnął po swoją kawę, chcąc ją dopić do końca. Jednak filiżanka była już pusta…
– Więc nauczę Cię. Przyda Ci się ta umiejętność. Ale wszystko po kolei, Beatrice.
Wstał z krzesła i ubrał się. Poczekał, aż dziewczyna uczyniła to samo i oboje opuścili ten koszmarny, dla Gerarda, przybytek… Udali się razem w stronę zdezelowanego auta łowcy. Na pewno dziewczyna widząc takiego gruchota (choć był starannie i z dbałością utrzymany i nawet rdza go nie zżerała!) mogła się przerazić i nie zechcieć wsiąść doń, to jednak Gerard bardzo gorącego ją do tego namawiał. Auto miało już naprawdę wiele, wiele, wiele… wiele lat. Ale został w tej rodzinie z sentymentu. Nawet nie raz Zack mu dokuczał. Jednak póki jeździł, nie zamierzał go wcale a wcale zmieniać na nowe. Choć było go stać.
Po ponad godzinnej jeździe (plus jakieś piętnaście minut zanim opel raczył załapać…) dojechali w okolice wioski poza miastem.
– Wiosną okoliczne pola i lasy są naprawdę piękne. Z mojego tarasu roztacza się widok na góry, które również zachęcają na wycieczki, by je spenetrować. Jednak nigdy nie miałem na to czasu, odkąd tutaj mieszkam. Jednak Ciebie do tego zachęcam. I na spacery. Zawsze zresztą możesz przenocować w domu. W sumie obecnie mieszka w nim jedynie moja córka, Louisa, więc miałabyś sporo prywatności po takiej wycieczce.
Rzucił mimochodem, kiedy przejeżdżali właśnie dróżką prowadzącą do jego posiadłości. A raczej posiadłości jego żony, którą wyremontował i nieco zmodernizował. Ostatnio wymienił pół domu, ponieważ Testament sprawił mu niespodziankę i w jego sypialni przemienił się w trzydziestometrowego gada i rozjebał w pizdu pół chałupy…
Wreszcie dotarli na miejsce – Gerard wjechał na posesję i zamknął za nimi bramę. Gestem zaprosił dziewczynę do wejścia do środka, samemu również wchodząc. Od razu o jego nogi otarł się kot córki. Aż niemożliwe, żeby się przywitał. Pewnie przypomniał o sobie, żeby dać mu jeść.
– Rozgość się, proszę. Może chcesz coś zjeść, czegoś się napić?
Zaproponował, przechodząc do kuchni. Musiał przecież nakarmić tego kota, nim zdechnie z głodu i nim wygarbuje mu skórę córka… W domu czuł się swobodniej, co Beatrice mogła dostrzec bez problemu.

_________________
Powrót do góry Go down
Beatrice

avatar

http://vampireknight.forumpl.net/t2441-beatrice-astrid-pierre#51135 http://vampireknight.forumpl.net/t2444-beatrice#51138
Zarejestrował/a : 08/02/2016
Liczba postów : 61


PisanieTemat: Re: Posiadłość Trizgane.   Sro Lut 24, 2016 8:35 pm

W milczeniu przyjęła wytłumaczenie Gerarda, który widocznie zelżał z tonu. Nie kupiło to blondyny na tyle, żeby nie myślała, że praca pożarła jego całego i zdecydowanie przydałoby mu się odrobinę prozaicznej codzienności, której nie miała ochoty podarować mu w tym momencie. Jeszcze chwilę temu już knuła plany, do jakiego miejsca go zabrać, aby pokazał się z innej, mniej znanej światu strony! Jednak, teraz chciała załatwić najważniejsze rzeczy ze swoim superbohaterem i w spokoju udać się do Akademii Crossa, żeby wszystko dopiąć na ostatni guzik. Póki co, miała ochotę odciąć się od źródła niepokoju, chociaż nawet nie wiedziała, czemu aż tak bardzo dotknęły ją te słowa. Może chodziło o usta, które je wypowiedziały. Mniejsza z tym.
Spojrzała na wóz, który mimo że był zadbany, to jednak bardzo stary. A pech sprawił, że to do niego miała wsiąść. Spojrzała z wątpliwością na Gerarda, który jednak zachęcał ją do podróży gratem, który wyglądał, jakby miał rozwalić się wraz z większą dziurą na jezdni. Ale wsiadła, bo nie miała innego wyjścia. Gorzej z tym, że nawet nie chciał odpalić! Beatrice miała ochotę wysiąść z samochodu i pójść na busa, co widać było w jej coraz bardziej powątpiewającym spojrzeniu. W końcu ruszyli, a kobieta oddała się przyglądaniu widoków za szyby. Czołem w szybę. Z sylwetką przechyloną w stronę drzwi.
Chyba nadal była obrażona na biednego łowcę!
Albo zmęczona. Albo to i to.
Skinęła głową na omówienie walorów terenu w pobliżu... jak się okazało, naprawdę dużej posiadłości. Aż wyprostowała się na siedzeniu, żeby dostrzec ścieżkę, dzięki której skręcą do skromniejszego domu... Jednak bezowocnie. Beatrice szła w kierunku posesji z gracją zombi, nie mogąc uwierzyć, że jakikolwiek jej znajomy, a tym bardziej ten stary zgred, mógł wyrobić na taki wielki budynek. Cholerne zamczysko, a przynajmniej na takie wyglądało przy domku z ładnym ogródkiem we Francji należącym do Beatrice.
Ledwo weszła, a prawie zderzyła się z plecami mężczyzny, do którego nogawki przylgnął kot. Biały, puszysty, z pyszczkiem arystokraty. Pierre była pewna, że karmili go tuńczykiem.
- Wody - wymamrotała, jak cień łażąc za gospodarzem.
Przy okazji rozglądała się po terenie, którym brukała swoim biednym butem, gapiąc się tępo na kolejne mijane pomieszczenia. Gerard czuł się zrelaksowany, a Beatrice miała ochotę przypomnieć sobie o niewyłączonym żelazku. Na jej ukochanej bluzce. Której nie miała. Znaczy, ukochanej bluzki.
- Mieszka z tobą córka, a dla syna miejsca nie wystarczyło?- zapytała, zastanawiając się, czy łowcy przejmują budynki zamordowanych wampirów. Pierwsza myśl średnio... bardzo-średnio majętnego człowieka. Och, nie myślcie sobie, że to pierwszy raz Beatrice! Raz kroczyła po podobnym budynku. Albo raczej po ogrodzie przed tym budynkiem.
Jako ogrodnik.

_________________

* moja postać mówi tylko w języku angielskim, bądź francuskim.
Powrót do góry Go down
Gerard
Łowca Wampirów
Łowca Wampirów
avatar

http://vampireknight.forumpl.net/t1105-gerard-trizgane http://vampireknight.forumpl.net/t3348-gerard#71804
Zarejestrował/a : 31/07/2013
Liczba postów : 356


PisanieTemat: Re: Posiadłość Trizgane.   Czw Mar 03, 2016 10:45 am

Gerard całe życie poświęcił swojej pracy. Owszem, posiadał rodzinę, jednak była ona z przymusu. Po prostu musiał kontynuować ród, przekazać dalej łowiecką krew. Tak samo czyniły przecież wampiry. Nie wiedział jednak, że zostanie z tym wszystkim sam. Nie wiedział, że Hiro z taką brutalnością zamorduje jego żonę. Ale to była przeszłość i nie zamierzał nawet mścić się na szlachetnym. To było zresztą zbyt skomplikowane.
Wodę na pewno mieli. Kilka zgrzewek zawsze stało gdzieś w kuchni. Japońskie wioski miały swoje uroki i czasami gdzieś wybijała rura, w środku lasu, gdzie ciężko się przebić. W takich momentach należy mieć pod ręką wodę, żeby mieć co pić lub mieć w czym się umyć.
Z szafki wyjął czyste, wysokie szklanki bez uchwytów i postawił je na stole drewnianym. Z sąsiadującej szafki wyjął butelkę wody gazowanej. Otworzył ją i rozlał do szklanek.
– Może masz ochotę na coś słodkiego? Moja córka ciągle piecze jakieś ciastka i powinny jakieś jeszcze być.
Zaproponował dziewczynie, co by tak nie siedziała tylko o wodzie. W końcu jest jego gościem, a nie wampirem na przesłuchaniu. Choć one zamiast wody otrzymałyby szklankę wody święconej do wypicia…
– Syn uciekł z domu z siedem lat temu. Od tamtej pory mieszka sam. Usamodzielnił się. Po prostu nie chce tutaj mieszkać, a ja nie będę zmuszał dorosłego syna do mieszkania ze starym ojcem.
Wzruszył ramionami. Ten dom nie był „przejęty” po zamordowanym wampirze. Był to dom po jego zamordowanej żonie. Właściwie to należał do jego dzieci, choć o wiele bardziej do Louisy. To dziewczyna miała z nim jakieś więzi emocjonalne. Zack wolał trzymać się z dala od tego miejsca. Choć raz przez jakiś czas tutaj pomieszkiwał, z Totoro – wampirem, który się do niego przywiązał, ale który oczywiście był tylko wampirem.
– Proponuję najpierw zdjąć z siebie wierzchnią garderobą, zanim Louisa nas obedrze ze skóry za syf, a potem usiądziemy w salonie i zastanowimy się nad tym, czego oczekujesz. Zrobimy plan naszego działania, co Ty na to?
Nim udzieliła mu odpowiedzi, zdjął z siebie kurtkę i udał się do holu, gdzie ją powiesił, przy okazji pozbywając się butów. Udał się od razu do salonu, zaprowadzając tam też Beatrice.
– Co zrobisz, jeśli trafimy na ślad Twojej matki? Jeśliby żyła, ale… byłaby wampirzycą?
Wolał z góry wiedzieć takie rzeczy, nim później rzuciłaby się niedoświadczona dziewczyna w walce na groźnego, pozbawionego uczuć i prawdopodobnie wygłodniałego wampira, aby wbić mu kołek w serce…

_________________
Powrót do góry Go down
Beatrice

avatar

http://vampireknight.forumpl.net/t2441-beatrice-astrid-pierre#51135 http://vampireknight.forumpl.net/t2444-beatrice#51138
Zarejestrował/a : 08/02/2016
Liczba postów : 61


PisanieTemat: Re: Posiadłość Trizgane.   Sob Mar 12, 2016 8:54 pm

- Mogę chcieć - zgodziła się dość lakonicznie na propozycję ciasteczek, chociaż bzika na ich punkcie nie miała. Mimo wszystko, zgodzić się było łatwiej niż odmówić, w dodatku zawsze można było zapchać nimi buźkę, gdyby znowu Gerard coś wypalił i będzie musiała to przegryźć. Zapisała w myślach informację na temat zdolności jego córki, bo kto wie, co i kiedy może się przydać.
Skinęła głową na wyjaśnienie na temat dorosłego synka, jednocześnie leniwie, ale dość dyskretnie rozglądając się po pomieszczeniu. Prawdopodobnie, Beatrice w życiu nie dałaby się wyrzucić z takiego domu, gdzie wszystkiego było pod dostatkiem, a Gerard nie okazałby się być jakimś kanibalem lub innym popaprańcem. Pewnie i wtedy rozważałaby opcję przetrwania, jeśli w zamian dane byłoby korzystać jej z wanny i prywatności w pokoju ile wlezie.
Była rozbawiona tym stwierdzeniem, że obedrze ich ze skóry. To było całkiem słodkie, że ustawiła sobie Gerarda, ale nie powiedziała tego na głos. Idąc w ślady mężczyzny, zsunęła z ramion płaszcz i powiesiła go obok jego kurtki. I ściągnęła buty, stawiając obok niego. Idealnie równo, jak przystało na tę małą perfekcjonistkę.
- Mhm - odparła tylko, jak zwykle rozmowna. Niby była gotowa od kilku lat na plan działania, ale gdy doszło co do czego, poczuła igiełkę niepokoju.
Tym bardziej, gdy poszła za jasnowłosym do salonu i usiadła na miejscu siedzącym, a już zaatakowali ją takim kłopotliwym pytaniem. Najpierw spojrzała gdzieś na klatkę piersiową mężczyzny, potem wzruszyła ramionami, a potem uniosła wzrok wyżej, jednak wciąż nie sięgał oczu.
- Najlepszą opcją dla niej, byłoby zabicie jej - stwierdziła Beatrice, w sumie dość logicznie, ale nie była pewna, czy gdyby spotkała ją w końcu po tylu latach, wszystko poszłoby tak gładko, jak przechodziła przez rozmowę z łowcą. Ba, na pewno tak nie będzie. Chociaż pewnie dla Gerarda będzie to po prostu kolejny wampir. A dla Beatrice, ta kobieta była całym życiem. Ostatnią częścią.
Westchnęła cicho, zapadając się bardziej w swoje siedzenie, a potem chwyciła szklankę z wodą. Nie chciało jej się pić, ale zapragnęła mieć coś w rękach, bo niemal czuła, jak towarzysz ją analizuje. Albo jej się wydawało, ale łowca to łowca.
- Gerard... A potem, po zrealizowaniu naszego planu... Zostaniesz w Japonii? - zapytała nagle, w końcu patrząc mu w oczy. Zabrzmiała jak mała dziewczynka, która ponownie nie chce zostać opuszczona, w końcu już raz zostawił ją na kilka lat, wyjeżdżając tutaj, do Japonii. Aż poczuła się nieco głupio, bo niemal wystawiła swoją słabość na tacy.

_________________

* moja postać mówi tylko w języku angielskim, bądź francuskim.
Powrót do góry Go down
Gerard
Łowca Wampirów
Łowca Wampirów
avatar

http://vampireknight.forumpl.net/t1105-gerard-trizgane http://vampireknight.forumpl.net/t3348-gerard#71804
Zarejestrował/a : 31/07/2013
Liczba postów : 356


PisanieTemat: Re: Posiadłość Trizgane.   Nie Mar 20, 2016 1:39 pm

Skoro wyraziła chęć na ciasteczka, Gerard udał się o kuchni, aby sięgnąć je z najwyższej półki. Stały w kącie, za wszelkimi szpargałami, w sporym pojemniczku. Louisa naprawę potrafiła zrobić takie ciastka, jak niegdyś robiła je Michiru. Dosłownie można było przypomnieć sobie dawne czasy dzięki niej. Jego córka miała wiele zdolności – chociażby niesienie innym pomocy, co było jej cechą wrodzą i chyba nie bardzo zdawała sobie z tego do końca sprawę. Nie każdy musi wszystko robić dla poklasku, by być podziwianym przez innych.
Zack był typem buntownika. Po śmierci matki odciął się od ojca i urwał bliski kontakt z siostrą, by później, jak najszybciej, uciec z domu. Nie potrafił poradzić sobie po śmierci matki. Nigdy nie lubił nikogo prosić o pomoc, a skoro Gerard rzucił się w wir pracy i nigdy nie było go w domu, to co pozostało dorastającemu nastolatkowi, jeśli nie bunt? Gerard także nie dostrzegał, że jego dzieci są nieszczęśliwe. Był załamany po śmierci żony. Praktycznie rzecz ujmując sam pragnął śmierci – mogła być nawet długa i bolesna, byle tylko dołączyć do Michiru… Dlatego też Zack rzadko przyjeżdżał do tego domu. Nie postarał się nawet o naprawnienie relacji z Louisą, a przecież młodsza siostra zawsze była weń zapatrzona. Skoro ojca nie było w domu, to jego rolę nieświadomie przejął Zack. Nic dziwnego, że zerwanie ich silnej więzi tak mocno zabolało dziewczynę. Ale Gerard przez wiele lat nie dostrzegał tego. Ujrzał swoje dzieci dopiero, kiedy dorosły… Czy to nie okrutne? Nie dostrzegać własnych dzieci…
– Byłabyś w stanie zabić własną matkę? Wiesz, wampiry potrafią świetnie wykorzystywać swoje zdolności i wbić się w swoją dawną, ludzką postać. Zachowywałaby się, mówiła, przytulałaby Cię jak dawniej, aby wzbudzić w Tobie zaufanie, by następnie rozszarpać. Choć nie zawsze się tak dzieje. Pamiętaj, że w większości takie wampiry… nie chciały się nimi stać, było to im uczynione gwałtem. Może być w nich zatem nadal silny człowieczy instynkt, a nie ten krwiożerczy.
Wyjaśnił jej na spokojnie. Choć doskonale wiedział, dlaczego chciałaby zabić matkę-wampirzycę. Czułaby to jako profanację istoty najważniejszej w życiu każdego dziecka. Chyba Beatrice nie zaprzeczy, że ta prawdziwa, biologiczna matka, była kimś wyjątkowym w jej życiu?
– Choć oczywiście rozumiem to pragnienie. Jeśli po spotkaniu jej wciąż będziesz pragnąć śmierci tej kobiety, a nie będziesz w stanie tego dokonać, mogę to zrobić dla Ciebie.
Zaproponował Gerard. Rozmawianie o zamordowaniu rodziców nie było łatwym tematem; po pierwsze dlatego, że nie wiadomo, czy matka faktycznie żyje, po drugie dlatego, że mogłaby być nadal człowiekiem…
Następnie zapadło między nimi milczenie. Dziewczyna bawiła się szklanką z wodą, a Gerard obserwował uważnie jej gestykulację.
– Chyba tak. We Francji mam wiele bolesnych wspomnień, Beatrice. Tam mnie już nic nie czeka. Tam istnieje jedynie moja mroczna i przerażająca przeszłość, od której pragnę się odciąć. Myślałem, że przez te piętnaście lat uda mi się to zrobić. Jednak ludzki umysł nie bardzo chce z nami współpracować.
Ostatnie zdanie chciał wypowiedzieć w formie żartu. Ot, taki żarcik sytuacyjny…

_________________
Powrót do góry Go down
Beatrice

avatar

http://vampireknight.forumpl.net/t2441-beatrice-astrid-pierre#51135 http://vampireknight.forumpl.net/t2444-beatrice#51138
Zarejestrował/a : 08/02/2016
Liczba postów : 61


PisanieTemat: Re: Posiadłość Trizgane.   Sob Mar 26, 2016 4:24 pm

Prawie uśmiechnęła się gorzko na słowa Gerarda, który wyjaśniał jej działanie tej krwiożerczej trucizny tak spokojnie, jakby mówił o pogodzie. Nie dziwiło ją to, przecież to była jego praca, a jej mama kolejnym przemienionym, który być może już osiągnął poziom E.
- Gerard, to właściwie nie będzie moja matka, a wampir. A gdyby dowiedziała się, w jaki sposób zginął ojciec oraz, że została przemieniona, zapewne nie odebrałaby sobie życia jedynie przez wyrzuty sumienia. Oszczędźmy jej tego. Twoja wersja zakłada, że jest niebezpiecznym wampirem. A rzekome odwampirzenie i tak ledwo kto przeżywa - stwierdziła Beatrice, aż się rozgadując, żeby zakończyć ten ciężki temat. Naprawdę, Gerard powinien już przejść do ich planu.
Nie było to łatwe, wiadome. Miała nadzieję, że jakimś cudem pozostała człowiekiem i te straszne spekulacje pozostaną jedynie domysłami. Ale to byłby prawdziwy cud, gdyby przeżyła, a Beatrice nie była na tyle głupia, żeby nie zdawać sobie z tego sprawy. A jeśli jakimś cudem matce dobrze się wiodło jako wampir i wykorzystywałaby tę siłę bez wyrzutów sumienia? Mogło być i tak! Ale Beatrice mogłaby przysiąść, że zapewne by znienawidziła i ją.
Skinęła głową na zaoferowaną pomoc, bo być może nie będzie potrzebna, chociaż szczerze  nie chciała jej oddawać w ręce kogoś, który nawet przez chwilę o niej nie pomyśli po jej zabiciu - Beatrice nie gardziła tą postawą, w sumie, pewnie z takim stażem dla Gerarda było to normalne.
- Kiedyś trzeba będzie się zmierzyć z przeszłością i ją w końcu zamknąć - stwierdziła Beatrice, która - mimo wielkiej straty - nie czuła niechęci do tego miejsca. Było prawie jak album ze zdjęciami, ale takim na żywo. - Tak czy siak, będziesz musiał po wszystkim dać mi ekspresowy kurs podstawowych zwrotów japońskich - zakończyła gładko, uśmiechając się blado do Gerarda. I popiła wodę, wraz z ogromną gulą w gardle. I puściła mu droczące się oczko, pod tytułem "Nie odebrałeś mnie z lotniska, to chociaż tego nie spieprz!"

_________________

* moja postać mówi tylko w języku angielskim, bądź francuskim.
Powrót do góry Go down
Gerard
Łowca Wampirów
Łowca Wampirów
avatar

http://vampireknight.forumpl.net/t1105-gerard-trizgane http://vampireknight.forumpl.net/t3348-gerard#71804
Zarejestrował/a : 31/07/2013
Liczba postów : 356


PisanieTemat: Re: Posiadłość Trizgane.   Sob Kwi 02, 2016 7:44 pm

Łowca westchnął. Wiedział, że w Beatrice może być sporo bólu, ale żeby od razu uznać swoją matkę nie za matkę tylko i wyłącznie za wampira mijało się z celem. Równie dobrze mógłby zabić wcześniej Louisę, która miała tę „przyjemność” zostać przemieniona i to wbrew woli. Później spotkało to Zacka, z jego winy. Zresztą Zack do tej pory grasował jako wampir, od czasu do czasu napadają na ludzi. Właściwie to wymknął się łowcom i nawet Gerardowi. Zresztą białowłosy zastanawiał się, czy łowcy w ogóle coś jeszcze robili w tym mieście, oprócz pierdzenia w stołki.
– Nie tak „ledwie kto”. Do tego potrzeba odpowiednio silnych łowców. Tak się składa, że takich znam. Ale to już Twoja rodzinna sprawa, co z tym uczynisz.
Więcej nie zamierzał powracać do tego tematu, skoro właśnie taką podjęła decyzję. Znając życie, to on sam zostanie postawiony przed uczynieniem tego własnoręcznie. Nie będzie miała odwagi, aby pociągnąć za spust.
– Zbyt wielu śmierci bliskiej rodziny naoglądałem się przez sto lat, aby to było takie proste, Beatrice.
Powiedział zasępiony, niemal lodowatym tonem. Większość z tych morderstw była z jego winy… Brat, ojciec, kuzynostwo, potem żona, omal nie zamordowano mu Zacka i Louisy.
– W sumie moglibyśmy już zacząć. Musimy się tylko włamać do oświaty. Prawdopodobnie przydadzą nam się Twoje zdolności z mroczniejszych przeżyć w Twoim życiu. Zakradać i kraść chyba potrafisz? Więc potraktujemy to jako przygodę.
Wstał z miejsca. Po prawie dwugodzinnym odpoczynku mogli ruszyć w drogę. Plan jako tako dziewczynie także zarysował. Na razie nie dawał jej żadnej broni, aby nie strzeliło jej nic głupiego do głowy i żeby nie postrzeliła jakiegoś łowcy w Oświacie…
Ruszyli zatem w stronę Oświaty.

zt x2

_________________
Powrót do góry Go down
Gerard
Łowca Wampirów
Łowca Wampirów
avatar

http://vampireknight.forumpl.net/t1105-gerard-trizgane http://vampireknight.forumpl.net/t3348-gerard#71804
Zarejestrował/a : 31/07/2013
Liczba postów : 356


PisanieTemat: Re: Posiadłość Trizgane.   Nie Gru 17, 2017 11:27 pm

Gerardowi nawet nie zależało na tym, żeby jego imię widniało na jakiejś tabliczce upamiętniającej. Ileż to znaczyło dla tych nowych, którzy ciągle się pojawiają? Niewiele. Nikt nie miał już szacunku dla osób starszych i doświadczonych. Nie liczyła się już wiedza tych starszych łowców, jak Gerard. Teraz Oświatą rządziły zasady do niego nie przemawiające. Najchętniej… założyłby własne stowarzyszenie, tyle że jego starzy druhowie albo już wymarli albo po prostu całkowicie się odcięli. Oświata faktycznie wiele przeszła, ale do niego już nie przemawiały te idee, które im przyświecały, oraz to, co czynili wampirom, stając się na równi z nimi potworami. Dlatego nie zjawiał się już na zebraniach, nie pojawiał w nowej i starej siedzibie, nie polował na wampiry. Możliwe, że gdzieś w głębi siebie wstydził się swojego zaniedbania, ale na dobrą sprawę Oświata zatraciła swoje tradycje. Nikogo z nich nie interesowało już zdanie doświadczonych łowców. Oświata była bandą przerażonych dwudziestolatków, która uważała się za „koksy”, bo mieli gnaty w kaburach. Jeszcze, gdyby umieli czynić z nich pożytek…
Każdy dobry łowca, a raczej każdy łowca, który swoje przeżył w życiu, wiele widział i wie, czego się spodziewać po odludziu, miał pod ręką broń. Broń to oczywiście nie wszystko, ale czasami udaje się za jej pomocą wykupić sporo czasu. Gerard również miał przy sobie broń, może nie tę antywampirzą, ale brał ze sobą nawet tę zwykłą. Była dla niego obecnie wystarczająca. Od dłuższego czasu nawet nie czyścił swojej antywampirzej broni, leżała sobie zakurzona i zapomniana w sejfowej szafce w jego sypialni…
Uśmiechnął się nieco blado na widok kobiety, która otworzyła przed nim drzwi.
– Myślałem już, że przywitasz mnie kulą w łeb.
Spojrzał ku czarnemu niebu, z którego sypały się spore płatki śniegu. W ogóle nie przeszkadzały mu takie śniegi i przymrozki odkąd przeprowadził się na stałe do Japonii, we Francji zimy były łagodniejsze.
– Wyszedłem pobiegać, potrenować. Dla łowcy żadna pogoda nie jest straszna.
Nie chciał przed nią przyznać, że treningi też już troszkę zaniedbał. Chociaż nadal był silny fizycznie oraz dorównywał nie jednemu dwudziestolatkowi, czuł niejaki wstyd. W końcu… sam nie wiedział, co się z nim działo, że zszedł z głównej linii frontu, jak to zauważyła Esme.
Zaśmiał się, kiedy stwierdziła, że cieszy się na jego widok. Na dodatek w tym samym zdaniu stwierdziła, że musiałby się chyba rozebrać, żeby przyciągnąć czyjąś uwagę. Cóż, dawno nie słyszał takich rzeczy w jednym zdaniu skierowanemu ku niemu, nie ma co! Dobre złego początki.
– Nie chcę Cię martwić, ale prędzej byś zamarzła, niż ktoś by się zatrzymał.
Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, jak… koślawo zabrzmiały te słowa. Mogła je odebrać tak, jakby uważał ją za nieatrakcyjną kobietę. Albo jakby miała płaskie cycki. Chociaż w sumie nie wiedział, jakie ma cycki, nie zaglądał, nie dotykał, nie interesował się. Nie zadał sobie trudu, żeby się przed nią tłumaczyć. Zresztą po co?
– To jest totalne zadupie. Nawet wampira rzadko tutaj uraczysz.
Noo… Niech ma i się cieszy, nie? W końcu kobiety bywają bardzo wrażliwe na takie tematy. Na przykład wystarczy powiedzieć, że ich twarz się nieco zaokrągliła, dzięki czemu wygląda na kształtniejszą, to od razu, że niby gruba jest…
– Zadzwonimy ode mnie z domu. Nie mam przy sobie telefonu.
Gerard otworzył drzwi od strony kierowcy, oparł się o framugę drzwi wypożyczonego auta, drugą ręką chwycił kierownicę, żeby sterować jako tako pojazdem i zaczął pchać. Był przyzwyczajony do braku wspomagania układu kierowniczego, bo w jego zajebistym, zdezelowanym oplu, o którym marzą miliony kobiet na świecie, nie było go nigdy, a nie tylko wówczas, gdy auto nie pracowało. Esme w tym czasie przestawiła trójkąt.
– Też mieszkasz na tym wypizdowie?
Zdziwił się. W sumie nie wiedział, gdzie ona mieszka. Łowcy nigdy nie prowadzili dokładnych kartotek swoich „pracowników” na wypadek, gdyby jakiemuś wampirowi udało się dostać do oświaty lub uwolnić z jego więzienia. Nie miał pojęcia, jak to wyglądało teraz, za „panowania” nowego dowódcy.
– Żaden kłopot. Ten dom jest spory, chociaż w tradycyjnym, japońskim stylu, więc nie zdziw się niczemu, co ujrzysz.
Zastrzegł od razu. Skinął głową, kiedy powiedziała, że nie chce zostawiać swojego dobytku. Oczywiście wziął od niej niektóre rzeczy – nie wszystko, żeby nie było, że albo uważa ją za niedołężną, słabą kobietę, co nie potrafi podnieść własnej torby, albo że on musi pokazać, jakim to jest księciem ze bajki.
– Przy tym wietrze i fakcie, że będziemy szli nieco wolniej niż zazwyczaj ze względu na podłoże, i jeśli oczywiście trafię do własnego domu, to za jakieś czterdzieści do pięćdziesięciu minut powinniśmy dotrzeć.
Nie tracąc zbędnego czasu, Gerard pozamykał auto, sprawdził, czy aby na pewno jest widoczne z jakiejś tam odległości. Dla pewności, że żaden maruder nie pocałuje tyłu pożyczonego auta, włączył światła awaryjne. A przynajmniej taki miał zamiar, tyle że ze względu na zdechły akumulator mógł pozostawić co najwyżej siarczyste przekleństwo na drogę.
Ruszyli zatem żwawym krokiem w stronę jego posiadłości, a raczej jego żony. Po obiecanym czasie udało im się dotrzeć do ciepłego mieszkania. Łowca otworzył przed Esme drzwi i wpuścił ją jako pierwszą. Postawił tobołki na niskim mebelku w holu i zdjął swoją kurtkę, czapkę i buty zimowe, które służyły mu bardziej jako buty do biegania.
– Proponuję ciepłą herbatę z prądem na rozgrzewkę. Jeśli jesteś głodna, to oczywiście rozgość się. Niestety nie poratuję Cię niczym, bo gotowanie nigdy nie było moją mocną stroną.
Zresztą, gdyby odważyła się przyszykować coś dla siebie, zobaczyłaby to, jak żywi się Gerard i od razu zrozumiałaby frustrację Louisy. Białowłosy żywił się żarciem z puszek, proszków, fixów albo mrożonek. Tak, mikrofalówkę potrafił obsługiwać, ale gotowe frytki stanowiły już dla niego nie lada wyzwanie. A kiedy miał ochotę na jajecznicę, to kupował jajka w proszku, bo te naturalne zawsze… palił na popiół!
– Jeśli chcesz, zaprowadzę Cię na górę, do pokoju gościnnego, żebyś mogła wziąć gorącą kąpiel na rozgrzewkę, a ja w międzyczasie zajmę się tą herbatą.
Wprowadził ją do salonu i czekał, aż podejmie decyzję. Nie wiedział, że znów spotka ją na swojej drodze.

_________________
Powrót do góry Go down
Esmeralda
Moderator
Moderator
avatar

http://vampireknight.forumpl.net/t1678-esmeralda-green http://vampireknight.forumpl.net/t1704-esmeralda-green http://vampireknight.forumpl.net/t2181-esmeralda http://vampireknight.forumpl.net/t3301-esmeralda#71193 http://vampireknight.forumpl.net/t2074-esmeralda http://vampireknight.forumpl.net/f31-posiadlosc-greenhall
Zarejestrował/a : 05/03/2015
Liczba postów : 1885


PisanieTemat: Re: Posiadłość Trizgane.   Pon Gru 18, 2017 12:50 am

Czy tego chciał czy nie, w świecie łowców pozostawał żywą legendą. Współcześni rekruci co prawda różnili się od dawnej kadry, ale przed nimi było jeszcze wiele lat. Setki treningów i dziesiątki akcji. Każdy zaczynał i chociaż „stara szkoła” różniła się od obecnej, Esmeralda wierzyła, że nowi wyrosną na dobrych łowców. Osobiście nie miała możliwości wkładu w ich szkolenia, bo wszystkie chojraki od zawsze wybierały walkę na froncie a nie coś tak strasznie nudnego jak medycyna. Nie winiła ich i kiedy tylko nadarzała się okazja sama wchodziła w wir łowieckich akcji. Wampiry z kolei przestały być zabijane na miejscu i zgodnie z możliwościami pracowano nad nimi bądź  poddawano ich odwampirzaniom.
Po ostatnich wydarzeniach naprawdę odetchnęła z ulgą gdy zamiast kolejnego problemu, przed drzwiami stał właśnie Gerard. Po ostatnich wydarzeniach prędzej spodziewałaby się ujrzeć hordy wampirów z bazookami. Bo jak pech to pech. Tym razem jednak coś się zmieniło. To prawda, że krępowało ją towarzystwo mężczyzny, bo jak to tak… co sobie pomyśli widząc rozkraczony samochód i kobietę nie potrafiącą sobie z nim poradzić.
- Szyby są oszronione i nie widziałam kto podszedł, wybacz. - powiedziała na swoją obronę. Wiedziała, że Gerard zrozumie te środki bezpieczeństwa. Mimo, że biegał sam pewnie miał ze sobą kaburę bądź coś w rodzaju artefaktu. Poza tym szkoda by było strzelić mu w głowę.
- Prawda. Dobrze, że wybrałeś akurat tą drogę. - sama preferowała biegać w godzinach porannych, ale rzeczywiście bez względu na pogodę nakładała sportowy strój i przemierzała świat! Albo raczej las, bo bieganie po ulicy zwyczajnie nie było dla niej.
Spotkanie Gerarda miało jeszcze inne pozytywy. Biegał co oznaczało, że wrócił do treningów. Może za jakiś czas znów wkroczy na scenę i będzie o nim głośno. Lekarka była zdania, że im więcej autorytetów tym lepiej.
- Ach… - nie wiedziała co powiedzieć, bo zabrzmiało to cholera jak zabrzmiało. Oczywiście nie uważała się za kobietę atrakcyjną, a już na pewno nie dla niego. Znali się już trochę czasu ale to nic nie znaczyło w postrzeganiu Gerarda. Nigdy na nią nie spojrzał jak mężczyzna powinien patrzeć na kobietę, dlatego przyzwyczaiła się już do tego. Była niewidzialna. Może to i lepiej?
- Cóż, europejska uroda nie ma tutaj wielu zwolenników. - uśmiechnęła się niemrawo i poszła po ten walony trójkąt. Nie była już dzieckiem, nie startowała też w konkursach piękności dlatego postanowiła zignorować kłębiący się w myślach zawód.
- Może to i lepiej. Ostatnio miałam z nimi trochę spięć. - dziś chciała po prostu wrócić do domu i z lampką wina w łapie wskoczyć w ulubione kapcie. Bez wampirów, walk, bez niczego. Nawet bez książek, co w jej przypadku jest zjawiskiem dość nieczęstym.
- Zadzwonię do firmy która mi wynajęła ten złom i powiem żeby sobie go stąd zabrali. Boże, nigdy więcej. - wciąż nie mogła przeboleć tak słabego jej zdaniem auta. Ludzie od których wynajęła tego gradoboja skonfiskowali nie małe pieniądze za tydzień jazdy, dlatego tym bardziej upewniła się w przekonaniu, że należy kupić własny. Jej poprzedni samochód nie psuł się i nie stawał na środku drogi. Był piękny, zielony, miał nawet własne imię. Gdyby nie para namolnych wampirów Fred wciąż byłby królem szos… a tak… zamieszkał na złomowisku.
- Tak, można tak powiedzieć. Mieszkam mniej więcej w środku lasu. - mógł sobie wyobrazić jak wyglądały teraz leśne drogi jeśli nawet względnie uczęszczaną szosę przykrywała teraz warstwa śniegu. Esmeralda wiedziała, że nie wróci prędko do domu. W takiej chwili powinna mieć ze sobą co najmniej szpadel którym wykopie sobie drogę do cywilizacji. Miała tylko nadzieję, że żaden ze zwierzaków nie umrze z głodu przez noc.
- Spokojnie, musiałbyś chyba chodzić tam przy mnie nago żebym poczuła się zaskoczona. - zażartowała. Tak, to by wywołało szok i niedowierzanie. Ale Gerard taki nie był więc jeśli nie tliło się w nim żadne poczucie wieku średniego to wszystko było w porządku. Była mu bardzo wdzięczna za gościnę dlatego z pewnością nie sprawi kłopotu. Będzie cicho, nie nabrudzi i nie będzie namolna.
- Możemy pobiec. Biegałam już w gorszych butach a nie chciałabym psuć Twojego treningu. - oddała mu lżejszą torbę i wraz z mężczyzną udała się do wspomnianego wcześniej domu. Mimo olbrzymiej ciekawości nie rozglądała się na boki i na tyle na ile mogła zachowywała względny profesjonalizm. I skromność, bo skromność moi drodzy to zdaje się trzecie imię Esmeraldy.
- Jadąc do domu zrobiłam jakieś zakupy na kolację. Jeśli chcesz to coś ugotuję… I mamy też wino. - w torbie którą targał ze sobą Gerard był nie tylko sprzęt medyczny ale i zakupy które lekarka zdążyła zrobić.
- Chętnie dotrzymam Ci towarzystwa. Herbata też może być. - zdjęła buty i kurtkę którą odwiesiła tuż obok jego okrycia. Plecak postawiła na podłodze bo nie chciała się rządzić żadnymi półkami. Nie potrzebowała niczego na rozgrzanie bo odporność immunologiczna od zawsze chroniła ją przed wszelkimi drobnoustrojami.
- Nie mam nic na zmianę dlatego zostawię tą kąpiel na później. Jeśli chcesz to leć pod prysznic a ja coś dla nas zrobię. Oczywiście za pozwoleniem… - był tutaj gospodarzem ale czuła się zobowiązana by zrobić coś miłego. Nie musiał jej zapraszać do domu, dzielić się ciepłem, herbatą. A jednak to zrobił.

_________________
Powrót do góry Go down
Gerard
Łowca Wampirów
Łowca Wampirów
avatar

http://vampireknight.forumpl.net/t1105-gerard-trizgane http://vampireknight.forumpl.net/t3348-gerard#71804
Zarejestrował/a : 31/07/2013
Liczba postów : 356


PisanieTemat: Re: Posiadłość Trizgane.   Pon Gru 18, 2017 12:01 pm

Chyba nie zdawał sobie sprawy, że był uważany za jakąś żywą legendę. Nigdy zresztą nie spotkał się z szacunkiem ze strony nowych władz oświaty czy też nowych rekrutów. Jeszcze wzbudzał jakiś szacunek wśród starej kadry, która chyba jakimś cudem uchowała się wśród obecnych łowców. Kiedyś zajmował się szkoleniem rekrutów, żółtodziobów, niemających pojęciach o walce, ale palących się do niej. Najbardziej bawiły go te młode dziewczątka, które ledwo skończyły siedemnaście lat i od razu chciały wstępować w ich szeregi i mordować, łapać i przesłuchiwać wampiry. Działo się tak tylko dlatego, że najprawdopodobniej ktoś z ich rodzin zginął z rąk wampirów. Oświata powinna wpuszczać w swe szeregi osoby, które ukończyły odpowiednie szkolenia z przetrwania, posługiwania się bronią i ze sztuk walki. Jego córka też była pretendentką do łowczyni. Heh, zabawne. Dobrze, że jednak Esmeralda ją przygarnęła. Dziewczyna miała talent do medycy, a nie do strzelenia. Była zbyt słaba, miała zbyt delikatne serce, żeby ranić i zabijać.
Gerard pamiętał, jak ruda wstąpiła w ich szeregi. Była wtedy taka naiwna, świeża, nieopierzona. A teraz była z niej kawał suki – oczywiście dla wampirów, nie pozwalała nikomu wleźć sobie na głowę, a tym samym wiedziała, na ile może sobie pozwolić. Potrafiła okazać szacunek. Białowłosy właśnie to w niej zawsze doceniał. Czasami żałował, że usunął się z oświaty. Dziwił się jedynie, że nie otrzymał jeszcze listu z podziękowaniami od Dowódcy, ale z informacją, że właśnie postanowili go wyjebać na zbity pysk i że w najbliższym czasie powinien zdać wszystkie łowieckie szpargały.
– Ma, bardzo wielu zwolenników. Europejki, szczególnie o jasnych włosach, są traktowane tutaj jak coś orientalnego. Po prostu w tym mieści i jego otoczeniu brakuje rdzennych Japończyków.
Zadziwiające było to, jak niewielu uchowało się tutaj Japończyków. Najwięcej było tutaj bowiem wampirów z różnych stron świata oraz ludzi z innego kręgu kulturowego.
Kiedy wspomniała coś o tym, że musiałby chodzić przy niej nago i dopiero wtedy poczułaby się zaskoczona, nie wiedział co powiedzieć. Te słowa były dla niego dziwne, bo niby dlaczego miałby chodzić przed nią nago? Tak dawno nie przebywał w towarzystwie kobiety, że nawet nie uważał, że w ich oczach mógłby być jeszcze atrakcyjnym jegomościem. Dawno też nie patrzył w lustrze i w swoim umyśle pielęgnował swój wygląd jako podstarzałego, zdziadziałego starego pana z siwą bródką – a przecież tak wcale nie wyglądał. Dlatego nic nie powiedział, bo przecież nie zamierzał przy niej chodzić nago. No może w swoim sypialni, kiedy wychodziłby z łazienki, żeby położyć się do swojego łóżka.
– Ach, nie kłopocz się. Ja mam jeszcze swój zapas mrożonek, ale nie krępuj się, jeśli chcesz sobie coś przygotować. Wątpię, żebyś chciała zjeść ze mną jedną z moich tajemnych mrożonek.
Puścił ku niej oko. Kucharzem był marnym, ale nie zamierzał wykorzystywać Esme do tego, żeby stała nad garami i potem go karmiła. Zamierzał zjeść swoje przepyszne mrożonki o smaku zbutwiałego pudełka, polanego sosem z proszku, który zapewne jak zawsze spali, więc będzie miało smak spalonego węgla. Pychotka! Zresztą taką kolację miał w swoich planach. Nie nadawał się na kolacje w towarzystwie kobiet i do tego z winem. Po prostu odwykł od takich rzeczy, a sam nigdy nie był romantykiem. Zazwyczaj był raczej ślepcem kraczącym po omacku. Aż dziwne, że zamjstrował dwójkę dzieci! Ale niemal każde zbliżenie inicjowała jego małżonka. Nie, nie był aseksualny, po prostu wszelkie „męskie potrzeby” przelewał na swoją magię, dzięki czemu była ona wzbogacona…
Nie miał potrzeby brać prysznica, więc swe kroki skierował do kuchni, przechodząc przez salon urządzony w japońskim stylu.
– Jeśli chcesz, to możesz na zmianę wziąć sobie jakieś ubrania Louisy. Nie sądzę, żeby się obraziła. Jesteście niemal tej samej postury. Chyba że wolałabyś coś z ubrań…
Ugryzł się w język, zanim powiedział, że mogłaby wybrać sobie coś z ubrań jego żony. Nigdy się ich nie pozbył. Wciąż znajdowały się w ich sypialni, w ich szafkach, tam gdzie były, zanim umarła. Nigdy nie zdobył się na to, żeby je popakować w kartony i zanieść chociaż na strych. Nigdy nie mógł pogodzić się z jej śmiercią. Przez wiele lat łudził się, że kiedyś w końcu przekroczy ten próg ponownie, uśmiechnięta jak zawsze, że podejdzie do niego. Zawsze emanowała takim ciepłem w stosunku do niego, chociaż nie wzięli ślubu z miłości. Przynajmniej z początku. Jednak w starciu z wampirami była bezlitosna. Otrząsnął się z tych myśli.
– Nie ważne… Weź sobie coś z ubrań Louisy.
Zakończył szybko, sięgając po czajnik, aby napełnić go wodą i wstawić. Nie wiedział, że Esme cieszyła się taką odpornością, dzięki czemu zamarznięcie nie groziło jej tak szybko jak przeciętnemu człowiekowi.
– Co słychać w Oświacie? Od bardzo dawna nie uczestniczyłem w żadnym zebraniu, więc nie mam pojęcia o niczym.
No a o czym miałby rozmawiać? O kwiatkach? Serduszkach? Filmach? Znał się tylko na jednym. Był żołnierzem, ot co.
Machnął ręką w stronę lodówki, żeby rozpakowała swoje zakupy. Lodówka świeciła prawie pustkami, więc na pewno wszystko pomieści. Sam wyjął dwa kubki, nasypał herbaty, przygotował butelkę whisky, żeby wlać nieco do każdego kubka. Gdy herbata była gotowa, postawił oba kubki na kuchennym stole, przy którym zaraz zasiadł. Ubrania, które miał na sobie zaczęły już powoli schnąć. W sumie nie wiedział, dlaczego nie poszedł się przebrać.

_________________
Powrót do góry Go down
Esmeralda
Moderator
Moderator
avatar

http://vampireknight.forumpl.net/t1678-esmeralda-green http://vampireknight.forumpl.net/t1704-esmeralda-green http://vampireknight.forumpl.net/t2181-esmeralda http://vampireknight.forumpl.net/t3301-esmeralda#71193 http://vampireknight.forumpl.net/t2074-esmeralda http://vampireknight.forumpl.net/f31-posiadlosc-greenhall
Zarejestrował/a : 05/03/2015
Liczba postów : 1885


PisanieTemat: Re: Posiadłość Trizgane.   Pon Gru 18, 2017 2:11 pm

Kadeci nie wywodzący się z łowieckich rodów swoje początki w Oświacie traktowali dość specyficznie. Wszystko wokół pachniało nowością, wielkim wow i często nie zdawali sobie sprawy czym rzeczywiście jest prawdziwe łowiectwo. Nie znali starszych stopniem o ile nie byli oczywiście przez nich szkoleni. Inni? Wampiry, nowa spluwa z której należy strzelać w ruszający się punkt – to był prawdziwy cel. To życie na krawędzi o którym wielu z nich marzyło od samego początku. Nie to że Esmeralda uważała za gorszych takich „świeżaków”, ale widoczne z początku subtelne różnice między grupami wyostrzały się na przestrzeni kolejnych lat. Nic więc dziwnego, że Gerard nie zauważył zainteresowania i szacunku. Nie bywał na zebraniach więc nie mógł być zmierzony wzrokiem i określony jako „To ten, to on! Jedna z legend!”. Niewielu zasłużyło sobie na ten szczytny tytuł i jak na ironię prawie wszyscy zniknęli ze sceny. Tak jak Cross zajmujący się przez dłuższy czas niesfornymi uczniami akademii.
Łowcy od zawsze starali się żyć pełnią życia, bo nigdy nie wiadomo kiedy do ich drzwi nie zapuka stary znajomy z kosą w łapie. Było to wpisane w ryzyko zawodowe, dlatego każdy się z tym kiedyś liczył. Ale ludzie się zmienili. Podobne jak wampiry które w niczym nie przypominały już strasznych i silnych jednostek. Niektóre z rodów utrzymywały swoją pozycję, lecz od czasu zniknięcia głównych siewców agresji, miasto jakby usnęło i zapomniało.
Swoje początki pamiętała jak przez mgłę, bowiem od kiedy się urodziła była szkolona na łowcę. Dla niej ten świat nie był więc żadnym zaskoczeniem. Wiedziała na co się pisze i wciąż pragnęła więcej. A szkolenia? Nie miała własnych uczniów „ z łowiectwa” bo od takich zajęć byli w Oświacie lepsi od niej. Za to podobnie jak u córki Gerarda to medycyna była jej głównym atutem.
- Czasem dziwię się skąd ta maskarada. Kiedyś osoba nie mająca azjatyckich rysów była politycznie podejrzana. A teraz? Mam wrażenie, że Yokokohama to jeden wielki kocioł kulturowy. - dla tutejszych nie była nikim atrakcyjnym. Nie ten wzrost, nie te włosy i nawet nie takie cycki jak trzeba. Ale czy to coś znaczyło? Przynajmniej mogła wypić w spokoju drinka lub przejść się parkiem bez ryzyka, że potrąci ją jakiś neko fan czy inny gieroj który poleci na delikatną urodę.
- Mrożonek? - spojrzała na niego zastanawiając się czy to był żart, ale kiedy otworzył lodówkę faktycznie zobaczyła w niej światło. I to bynajmniej nie drogę do raju, co to to nie!
- Z pewnością są pyszne, ale podtrzymuję swoją propozycję. Miałam spędzić ten wieczór samotnie, ale skoro trafiliśmy na siebie to z przyjemnością zrobię coś dla nas obojga. - pewnie ugotowałaby w domu jakąś kolację i po zjedzeniu porcji zapakowałaby resztę swojemu pomocnikowi w interesach. Samuel opiekował się domem podczas jej nieobecności i był największą cipą jaką nosił ten świat. Szkoda chłopaka, dlatego Esmeralda dbała o niego jak o własnego brata. A ten nigdy nie narzekał.
- Potrafię gotować więc nie martw się, na pewno nie zostaniesz otruty. - mrugnęła do niego i poszła po torbę w której miała wszystkie produkty. Większość z nich wybierała na szybko bez konkretnej wizji na dzisiejszy wieczór. Najważniejsze było przecież wino bo jak tu siedzieć w samotności i nawet się nie napić? No jak ja się pytam.
- Na co masz ochotę? Mamy kurczaka, warzywa, ryż i makaron. Czy te produkty są w porządku? - mógł nie lubić albo być uczulony, chociaż nie przewidywała takiej opcji. Bardziej wyglądał na mężczyznę z gatunku wszystkożernych, bez mleka pod nosem i zbędnych uwag dotyczących żywienia. Skoro żywił się mrożonkami to zjadłby nawet na wpół surowy ryż gdyby przyszło mu przysiąść na głodnego do obiadu.
Widziała to zawahanie. Czy właśnie chciał jej zaproponować strój swojej kobiety? Lekarka nigdy wcześniej nie znalazła się w takiej sytuacji. Osobiście nie chciałaby, żeby obca baba chodziła w jej ubraniach, chyba że rudowłosa sama byłaby pomysłodawcą tej imprezy.
- Dziękuję Ci, ale nie chciałabym jeszcze bardziej naginać Twojej gościnności. Wystarczy mi mój sweter. Jest przecież suchy. - w przeciwieństwie do kompletnie przemoczonych nogawek spodni. Gdyby mężczyzna wskoczył pod prysznic, lekarka najzwyczajniej w świecie zdjęłaby tą część garderoby i wywiesiła na krześle by szybciej wyschło. A tak niestety nie wypada paradować w swetrze i skarpetach po domu prawie obcego mężczyzny.
- Mieszkasz tutaj tylko z Louisą? - kiedy dotarli na miejsce dom był pusty, ale widać było, że żyje tutaj jakaś kobieta. Mężczyźni z reguły nie przywiązywali większej uwagi do porządku i nie przeszkadzały im porozrzucane ubrania. W przypadku Gerarda spodziewała się ujrzeć słynne opakowania po mrożonkach, ale nic takiego nie uświadczyła. Chyba że mieszkał tu z jakąś żoną, narzeczoną czy inną kochanką. Ale jeśli zdecydował się zaprosić lekarkę do siebie to jego lepsza połowa nie mogła być chodzącym zazdrośnikiem.
- Będę potrzebowała jakiejś patelni. Pokażesz mi gdzie ją znajdę? - nie przyjęła do wiadomości żadnej odmowy, dlatego po umyciu warzyw zabrała się za ich krojenie. I trzeba jej przyznać, że robiła to prawie jak profesjonalny szef kuchni!
- Nie przegapiłeś wielu zebrań i o większości rzeczy chyba już wiesz. Teraz Oświata skupia się głównie na technologii i powrócił temat odwampirzania. Zack jest Twoim synem, prawda? Widziałeś się z nim ostatnio? - ciekawiło ją czy wiedział już o przemianie chłopaka. Sama nie miała okazji sprawdzić jak Zack czuje się znów w roli człowieka, ale nie dochodziły do niej żadne niepokojące wieści.
- Ostatnio pracowałam nad szczepionką na jakiś dziwny rodzaj wirusa i oczywiście znów przewija się temat czarnego raka. W nieco odmienionej wersji. - ugryzła resztkę marchewki jak gdyby nigdy nic, co oznaczało że choć trochę wyluzowała się w jego towarzystwie.
- Myślałeś w końcu nad powrotem? - skoro interesował się działaniami Oświaty może coś było na rzeczy.

_________________
Powrót do góry Go down
Gerard
Łowca Wampirów
Łowca Wampirów
avatar

http://vampireknight.forumpl.net/t1105-gerard-trizgane http://vampireknight.forumpl.net/t3348-gerard#71804
Zarejestrował/a : 31/07/2013
Liczba postów : 356


PisanieTemat: Re: Posiadłość Trizgane.   Pon Gru 18, 2017 3:52 pm

Nawet gdy zdarzało mu się uczestniczyć w zebraniach, to był rozpoznawany jedynie przez starych towarzyszy broni, którzy służyli pod rozkazami Marcusa, a potem chwilowo pod jego. To były stare czasy i nie wiedział, czy kiedykolwiek udałoby mu się na nowo odnaleźć w tej metropolii. Wiedział, że oświata się nieco rozrosła, o co walczył nowy dowódca oświaty. Tyle że niewiele to zmieniło, bo wciąż była tam banda nieopierzonych i niedoświadczonych żółtodziobów, którzy uważali, że pozjadali wszystkie rozumy świata i trening dla nich był uwłaczający. Dobre sobie! Każdy człowiek, który chciał być wartościowym i silnym łowcą musiał poddawać organizm ciężkim treningom siłowym, wytrzymałościowym i sprawnościowym, żeby nie wypaść z obiegu. Gerard nawet teraz do końca nie zaprzestał swoich treningów. Nie były one już codzienne, zdarzało się, że miał po kilka tygodni przerwy, ale od ostatnich trzech miesięcy znów zaczął pilnie trenować, jakby faktycznie zamierzał, nawet nieświadomie, powrócić do tego, co było jego życiem. On także narodził się, aby zostać łowcą. Od narodzin szkolony i trenowany, żeby osiągnąć to, co kiedyś mu się udało – idealną sprawność oraz siłę magii.
Gerard nie pamiętał, kiedy ostatnio widział w ogóle Crossa. Nie wiedział nawet, gdzie się podział. Po prostu nagle zniknął z kart rozgrywki – przestał być łowcą i dyrektorem. Tylko on trzymał łowców i wampiry w ryzach. Był jedynym pośrednikiem między dwiema rasami, żeby nie dochodziło do takich nienormalnych rzeczy, jak odwampirzanie za karę. Gerard jednak nie zamierzał się wtrącać w tę politykę. Nie on podejmował decyzję, nie on dowodził statkiem, który cały czas tonął, ale przez ostatnie kilka lat tonął na mieliźnie, czyli jakby była jeszcze szansa.
– Nie zrozum mnie źle, Esmeraldo, ale nie zaoferowałem Ci schronienia w ten paskudny zimowy wieczór, żebyś czuła się w obowiązku nakarmienia zniedołężniałego starca.
Nie zamierzał jednak spierać się z młodą kobietą. Jeśli była głodna i zamierzała coś dla siebie przyrządzić, to najwyraźniej nie było dla niej żadnym problemem wykonać jeszcze jedną dodatkową porcję i podzielić się nią z łowcą.
– Wierzę na słowo, że potrafisz.
Nie w tym rzecz przecież, że nie wierzył w jej zdolności. Po prostu nikt poza jego córką, od śmierci Michiru, nie stał w tej kuchni i nie szykował kolacji. Dla niego przy okazji też.
– Hm… jestem niewybredny. Wojaczki nauczyły mnie tego, żeby jeść wszystko, co jest jadalne, bo nie wiadomo, kiedy znów będzie można wrzucić coś na ząb. Nie mam też zielonego pojęcia, co można zrobić z tych produktów…
Zrobił skruszoną minę i mogła od razu dostrzec, że było mu wstyd, iż nie miał zielonego pojęcia od gotowaniu. Zajrzał jej przez ramię, opierając się biodrem o blat kuchenny. Skrzyżował ramiona i zerknął na nią. Naprawdę nie był wybredny… jeśli chodziło o jedzenie. Zjadłby nawet przesolony, surowy ryż, gdyby takim go uraczyła, bo był o wiele lepszy niż te jego cholerne mrożonki.
– Sweter a i owszem, suchy. Ale brodziliśmy w śniegu. Moje spodnie są lodowate i przemoczone. Sądząc po ciemnych plamach na Twoich, podejrzewam, że albo są w takim samym stanie, co moje, albo troszkę lepszym, bo nie wybrałaś się na wieczorny jogging w środku zamieci.
Teraz krytycznie oceniał jej spodnie. Nie dlatego, że źle na niej leżały czy coś. Zresztą nie poczuwał się do tego, aby oceniać ją w jakikolwiek sposób. Po prostu widział, że są mokre, a to na pewno nie było przyjemne. Sam zresztą też swoim spodni nie zmienił, więc przyganiał kocioł garnkowi.
– Z Louisą i z synem, który jednak rzadko teraz wpada do domu.
Cieszył się, że temat został zmieniony, chociaż Gerard należał do tych małomównych. Jeśli ktoś nie będzie zadawał pytań, to Biały Wilk sam z siebie nie opowie na sobie. Zresztą nie było pewne, czy nawet pod ostrzałem pytań cokolwiek o sobie powie, czy też o swojej rodzinie. Po prostu wolał, kiedy nikt nic o nim nie wiedział.
Patelnia? Że do czego to służyło? Spojrzał na nią teraz tak, jakby przed nim było stado wampirów z tymi bazookami, z których w każdej chwili mogli wystrzelić.
– Szczerze… to musisz poszperać i… znaleźć. Nie mam pojęcia, gdzie Louisa trzyma takie rzeczy. Ja tylko wiem, gdzie są kubki i sztućce. Drugiego talerza też będziemy musieli poszukać.
Kuchnia to było ostatnie miejsce, do jakiego zaglądał przez ostatnie… sto lat. No naprawdę. Gdy był głodny, to brał swój talerz z suszarki na naczynia i nakładał na nie jedzenie. A że sprzątał od razu po sobie, nie rozrzucał ubrań, nie bałaganił, to w domu był porządek. Nie rozrzucał wszędzie wokół swoich śmierdzących skarpet.
Wreszcie weszli na jego ulubiony temat – Oświata! Mógłby jej zrobić wykład o tym, jak istotne jest czyszczenie broni po każdym użytkowaniu. Ale po co? Ona równie dobrze mogłaby mu zrobić wykład o czerwonych krwinkach i nic by to nie zmieniło w jego życiu, bo patrzyłby na nią jak na kosmitkę. Jednak zaskoczyła go wzmianką o Zacku. Wolał, żeby akurat to pozostało tajemnicą.
– Ponoć.
Odparł krótko, wymijając, jakby chciał uciąć rozmowę. Teraz zaczął się jej przyglądać uważnie, zupełnie jakby miała zacząć pluć na niego żrącym kwasem. Na temat odwampirzeń nie wypowiadał się. Miał swoje zdanie i raczej nikt nie był nim zainteresowany. Wzruszył też ramionami, kiedy spytała, czy widział ostatnio Zacka. Gerard naprawdę strzegł swojej prywatności, ale nie do takiego stopnia. Po prostu chciał, żeby… łowcy nie zabili mu syna, nawet jeśli wymordował wiele ludzi. To w końcu był jego syn. Nie ważne kogo zabił. Nie był sobą. W takich chwilach łowca był rozdarty – między powinnością zawodową a rodzicielstwem. Zresztą jego relacje z Zackiem były dość… napięte.
– Czarny rak… zawsze fascynował mnie. Pamiętam, jak Marcus chciał go udoskonalić. Miał nawet na zawołanie Testamenta. Ja zresztą też. Chyba każdy dowódca oświaty musi mieć pod swoją kontrolą Testamenta za pomocą czarnego raka. Ja miałem z nim specyficzną więźń. Nawet byś nie uwierzyła, ale był mi posłuszny bez użycia czarnego raka.
Tak, to było zaskakujące i wiedział, że dla Esme też. Znała tego wampira. Znała jego impulsywność, skłonności i gadzinowaty instynkt. Zżerał wszystko i nic się nie liczyło. Gerard nie potrafił zrozumieć tego, dlaczego akurat on miał taki wpływ na tego wielkoluda. Był niczym wierny pies i dobrze będzie służył oświacie.
Gerard sięgnął po swoja herbatę z prądem. Upił spory łyk i poczuł jak alkohol przyjemnie rozgrzewa jego organizm od środka, a alkohol ponadto działał nań kojąco. Jej ostatnie pytanie nieco go zaskoczyło i potrzebował czasu do namysłu. Nie chciał jej okłamać, choć nie wiedział dlaczego. Nie chciał też za wiele zdradzić. Nie chciała zbyt dużo o sobie mówić…
– Nie wiem. Czasami żałuję, że zostawiłem ten okręt i jako jego kapitan zwiałem. To były dla mnie ciężkie czasy, a teraz jestem tam nikim. Nie chodzi o bycie „bohaterem”, ale jednak zrobiłem sporo dla oświaty.
Chyba powiedział to, co od dłuższego czasu leżało mu na duszy. Czuł się pomijany, niedoceniany. Czy powróci? Nie wiedział nawet, czy ma do czego.

_________________
Powrót do góry Go down
Esmeralda
Moderator
Moderator
avatar

http://vampireknight.forumpl.net/t1678-esmeralda-green http://vampireknight.forumpl.net/t1704-esmeralda-green http://vampireknight.forumpl.net/t2181-esmeralda http://vampireknight.forumpl.net/t3301-esmeralda#71193 http://vampireknight.forumpl.net/t2074-esmeralda http://vampireknight.forumpl.net/f31-posiadlosc-greenhall
Zarejestrował/a : 05/03/2015
Liczba postów : 1885


PisanieTemat: Re: Posiadłość Trizgane.   Pon Gru 18, 2017 5:50 pm

Zebrania w Oświacie nie były ostatnimi czasy częstym wydarzeniem. Łowcy wiedzieli co mają robić, bo każdy otrzymywał odpowiednie instrukcje. Od kiedy miasto zostało pozbawione krwawego burmistrza ludzie byli bezpieczniejsi, więc i patrole wyglądały inaczej. Ponadto tym razem szara straż nie spiskowała przeciwko Oświacie – wręcz przeciwnie. Nowy burmistrz był dla Esmeraldy jedną wielką niewiadomą. Nie ufała mu nawet mimo tego, że pomógł kiedy trzeba. Może to cisza przed czymś większym, a może po prostu chciał odkupić przewiny swojego pobratymca. Teoretycznie wampiry też posiadały coś w rodzaju sumienia i niejednokrotnie dążyły do rzeczy innych niżeli samo zabijanie. Świat się zmienił i wszyscy, absolutnie wszyscy musieli się dostosować do nowych realiów. Gerard nie stracił więc godzin spędzonych przy stole wraz z innymi łowcami. Z doświadczenia było wiadome, że tłum tak różnych charakterologicznie jednostek jest w stanie być głośny i niejednokrotnie dość… niezgodny. Tak było w przypadku tworzonych ulepszeń, czipów i innych propozycji podanych przez dowódcę i jego zastępcę. Może więc nie wszystko stracone, a jasnowłosy nie jest taki stary jak myśli? Gdzieś tam w tunelu tliło się dla niego światełko po które należało sięgnąć by odnaleźć ponownie właściwą drogę.
- Nie jesteś stary, Gerard. - w tłumaczeniu bardziej konkretnym oznaczało to „przestań pierdolić i podaj mi patelnię mężczyzno”.
- To nie jest obowiązek. Po prostu chcę z Tobą spędzić trochę czasu i przy okazji podziękować za to co dla mnie zrobiłeś. Ustaliliśmy już, że nie każdy by się tam zatrzymał. - wciąż była bardzo wdzięczna za jego gest. Mógł przecież pobiec dalej i zignorować koleżankę w opresji. Gdyby był tak stary i zgorzkniały jak twierdził, to nie spotkaliby się tutaj. On spędzałby uroczy wieczór w kapciach i talerzem pełnym na wpół zimnego żarcia z torebki, a ona… dopijałaby wino na rozgrzanie kurwiąc przy tym na wszystkie strony. Temat przewodni? Japończycy i ich gościnność albo raczej brak. Samochód minęły przecież trzy inne auta i żadnej kutafon się nie zatrzymał. Bo po co?! Jeszcze by sobie opony ubrudził hamowaniem.
- Nie musisz wierzyć. Pozwól mi pokazać. - trochę niezręcznie rządzić się w kuchni gospodarza, ale jeśli on nie miał z tym problemu to tym lepiej.
- Postaram się żeby było nie tylko zjadliwe ale i smaczne. Masz tłuczek do… Nie ważne, poszukam! - uśmiechnęła się. Skoro nie wiedział gdzie jest patelnia to czy zna coś takiego jak tłuczek? Zaraz gotowy był przynieść jakąś łowiecką broń, maczetę czy inne dziadostwo które pieszczotliwie kiedyś nazwał tłuczkiem. Postanowiła oszczędzić mężczyźnie zachodu i intuicyjnie podeszła do szafek gdzie sama jako kobieta schowałaby najpotrzebniejsze rzeczy. I proszę. Patelnia raz, mini młotek do mięsa i nawet znalazła przyprawy. Niesamowite jak to kobiety potrafiły sobie radzić w kuchni.
Dzięki Louisa.
Uśmiechnęła się pod nosem zdając sobie sprawę, że to ona króluje na co dzień w tutejszej kuchni.
Wiedząc że przygotowanie posiłku nie zajmie dużo czasu, Esmeralda nalała do garnka wody i po zagotowaniu wrzuciła torebki z ryżem.
- Mogę zdjąć spodnie jeśli nie będzie Ci to przeszkadzało. Sweter jest długi. - zaproponowała. Trochę głupio buszować w szafkach Louisy, zresztą lepiej by dziewczyna nie dowiedziała się, że rudowłosa u nich była. Jeszcze pomyśli, że stara się o posadę macochy, a to przecież nie prawda! Zresztą skoro Gerard miał dwójkę dzieci to wiedział raczej jak wygląda kobieta, a gołe nogi nie były czymś zdrożnym i nieodpowiednim. Nie żyli w epoce długich sukni i surdutów.
- Jestem ciekawa jak sobie radzi po odwampirzeniu. - palnęła pod nosem i zabrała się za rozbijanie mięsa. Na patelni znajdowały się już grzyby z dodatkami, które co jakiś czas mieszała żeby nic się nie przypaliło. Skąd mogła wiedzieć, że Gerard nic nie wie o rytuale… Gdyby padł choć cień podejrzenia trzymałaby jadaczkę na kłódkę, a tak?
- Jak tego dokonałeś? - siła perswazji? Zastraszanie? Niewielu żyjących było w stanie zmusić wampira do posłuszeństwa bez pomocy specjalnych środków. Nie sądziła, że mężczyzna zdradzi swój sekret, ale może warto spróbować.
- Lubisz na ostro? - zapytała przerywając akcję morderstwa na i tak już denacie kurczaku. Dopiero po chwili przetrawiła pytanie zdając sobie sprawę jak to zabrzmiało. Ale łowca nie zachował się jak młodzian. Był przecież starej daty więc raczej nie uznał tego jako coś...nieodpowiedniego.
- Chciałam zapytać czy lubisz bardziej przyprawione czy mniej. - sprostowała na wypadek gdyby jednak coś w nim zatrybiło. Nie chciała wylądować na mrozie, dlatego lepiej nie drażnić gospodarza. No chyba że da jej telefon i pozwoli zadzwonić po taksówkę (która i tak nie dojedzie w taką pogodę).
- Gerard, nikt nie twierdzi, że zostawiłeś Oświatę. Miałeś powód więc musiałeś tak postąpić. Dlaczego tak twierdzisz? Myślisz, że ludzie Cię nie pamiętają? Masz przed sobą żywy dowód na to, że się mylisz. Ale wiesz co, powiem Ci to. Moim zdaniem za łatwo się poddałeś. Zamknąłeś się przed innymi nie dopuszczając do siebie praktycznie nikogo. To nie jest dobre i wyniszcza Cię kawałek po kawałku. - było jej go żal tak mocno, że chciała podejść i objąć go ramieniem. Nie zrobiła tego jednak bo prawdopodobnie i tak odrzuciłby pomoc. Przecież i tak nic nie znaczyła. Sama była nikim – zwykłym lekarzem o średnich umiejętnościach i jeszcze niższej sile fizycznej.

_________________
Powrót do góry Go down
Gerard
Łowca Wampirów
Łowca Wampirów
avatar

http://vampireknight.forumpl.net/t1105-gerard-trizgane http://vampireknight.forumpl.net/t3348-gerard#71804
Zarejestrował/a : 31/07/2013
Liczba postów : 356


PisanieTemat: Re: Posiadłość Trizgane.   Pon Gru 18, 2017 7:04 pm

Nie był stary? Chyba nie wiedziała, ile miał lat.
– To, co widzisz, to jedynie powłoka, Esmerdaldo. Jeśli przestanę zażywać wampirzą krew, stanę się niczym wyschnięty rodzynek. Może nie od razu, ale z czasem na pewno. Doskonale o tym wiesz.
Ciało łowców może i o wiele wolniej starzało się od ludzkiego, można było ten proces jeszcze bardziej spowolnić poprzez spijania wampirzej, potężnej krwi. Jednak kiedy tylko ją odstawi, osłabi organizm na tyle, że mógłby zacząć się starzeć szybciej niż powinien. W końcu jego organizm uzależnił się od wampirzej krwi i ciężko było przewidzieć reakcję odstawienia tego narkotyku.
– Nawet nie wiem, na ile wyglądam…
Stwierdził w końcu, mówiąc to bardziej do siebie, niż do niej, żeby nie wyszło, że jest jakimś gogusiem zapatrzonym na swoje odbicie i dbający o każdy centymetr skóry. Brał prysznic dwa razy dziennie i golił się… raz na jakiś czas, więc wystarczyło mu to. Obecnie był nawet ogolony i gładki jak pupka niemowlęcia.
– W porządku. Kapituluję!
Udał, że macha białym proporczykiem, kiedy zaczęła mu tłumaczyć, że to nie jest żaden obowiązek i chciała mu w ten sposób podziękować. W sumie to nawet nie wiedział, czy to była Esme. Zatrzymał się, bo widział, że ktoś potrzebował pomocy. A że akurat trafił na rudą, to cóż… szczęście się do niego uśmiechnęło, że nie był to żaden wampir.
– Szczerze, to dawno nie jadłem nic… domowego i porządnie przygotowanego.
Więc tym bardziej cieszył się, że Esmeralda w taki sposób zechciała mu się odwdzięczyć. W końcu jak każdy prawdziwy facet lubił dobrze podjeść! Szkoda, że nie kupiła przypadkiem żeberek, bo z chęcią by je zjadł… Albo golonkę! Oczywiście nie zamierzał wybrzydzać dobrym, zdrowym kurczakiem.
Tłuczek? Już miał powiedzieć, że może przynieść jej młotek z garażu, gdy w końcu stwierdziła, że jednak poszuka sama. Nie rozumiał, co złego byłoby w młotku…
Zdjąć spodnie? Zakrztusił się herbatą, którą właśnie zamierzał przełknąć. Cóż, czegoś takiego się nie spodziewał. Gdyby nie to, że wie, iż kobiety nie zaprzątają sobie nim głowy, a sama Esmeralda była na tyle atrakcyjna, że mogła sobie pozwolić na każdego, to mógłby pomyśleć, że ten tekst miał jednak jakiś podtekst. Szybko jednak zrezygnował z takich myśli, bo były one wręcz czymś nierealnym i zwrócił się do Esmeraldy, mając nadzieję, że nie kazał jej zbyt długo czekać na swoją odpowiedź, bo jeszcze stwierdzi, że Gerard pomyślał o czymś nieprzyzwoitym. A białowłosy wiódł żywot niemal pustelnika!
– Przynajmniej się nie przeziębisz. Możesz mi je dać, położę je przy piecu, to szybciej wyschną.
Dom nie miał przecież miejskiego ogrzewania, ale sami musieli go ogrzewać. Zatem dom został unowocześniony i wyposażony w porządny piec, który ogrzeje tak wielki dom. Jeśli Esme zdecyduje się na zdjęcie swojej dolnej garderoby, łowca kulturalnie odwróci głowę, dając jej chociaż trochę prywatności. Przecież będzie musiała się schylić, a wtedy mógłby dostrzec jej majtki i tak dalej. Nie, żeby rzucił się na nią i zaraz miał gwałcić, po prostu chodziło o prywatność młodej kobiety. A najlepiej, jakby po prostu na chwilkę opuścił kuchnię, co byłoby najlepszym wyjściem. Więc jeśli faktycznie zamierzała pozbyć się mokrych spodni, łowca wyjdzie na ten czas z kuchni i wróci, kiedy będzie już… półnaga. Odbierze od niej mokre spodnie, powiesi przy piecu. Przy okazji sam zmieniłby swoje mokre gacie na nieco bardziej suche. Tym razem zdecydował się na dżinsy, a bardzo rzadko je nosił.
Gdy wrócił, podjęli rozmowę na nowo.
– To bardzo specyficzny wampir. Ma w sobie gadzie geny i… przywiązuje się do właścicieli niczym pies. Wywarłem na nim obietnicę służenia…
Niby to było takie proste, ale Testament odczuwał też respekt przed łowcą. Nieraz stoczyli ze sobą pojedynki i różnie z ich oboje wychodzili…
– Można powiedzieć, że zrodziła się między nami silna więź. Co jak między przyjaciółmi czy kochankami, ale tu chodzi o siłę tej specyficznej więzi. Sprawiłem, że mnie czuł się bezpieczny, a tym samym mogłem wywierać na niego wpływ. Oczywiście nie działa to jak pranie mózgu, nadal pozostawał silnym wampirem, który mógł zeżreć naraz pół miasta…
Właściwie to nie miał pojęcia, gdzie przebywał teraz ten wampir. Ani co się z nim działo czy co się z nim stało. I chyba nie chciał wiedzieć, co okrutnego dla niego zgotowali. Jakby nie było – zasłużył sobie na karę.
Esme chyba miała dziś wyjątkowe poczucie humoru, bo znów palnęła coś, co można by było odebrać jako dwuznaczny komentarz. Jednak Gerard pozostawał na to jakoś… obojętny. Cóż, w końcu szczerze wątpił, żeby jakakolwiek młoda kobieta mogła być nim zainteresowana.
– To zależy… od nastroju.
Odpowiedział w końcu, choć poniekąd podjął jej grę. Ale skoro dziewczyna wybrnęła z tej sytuacji, to łowca również postanowił pójść w jej ślady.
– Możesz mocniej dopieprzyć.
Ale moment… że Zack został odwampirzony? To chyba zadziałało na niego bardziej niż tekst o zdjęciu spodni i o tym, czy lubi na ostro. Wpatrywał się w Esmeraldę, jakby była duchem, który właśnie mu się objawił bez powodu. Zapadło głuche milczenie, bo na dobrą sprawę nie wiedział, co miał powiedzieć. Zack… nie napisał do niego. Nie zadzwonił. Nie przyszedł, żeby powiedzieć ojcu o czymś tak ważnym. Miał przecież wyrzuty sumienia, że zabrał go wtedy ze sobą i Jamesem na misję. Wówczas stał się wampirem, a teraz był znów człowiekiem i pozwolił, żeby jego ojciec nadal o tym myślał. Gerard wyraźnie posmutniał. Przestał mieć nawet ochotę na rozmowę o jego niby powrocie do Oświaty. Zresztą po co?
– Nie byłem na tyle silny, nie byłem w stanie, żeby przywrócić Zackowi człowieczeństwo, więc nie jestem dość silny, żeby wracać do oświaty jako łowca. Pójdę zapalić.
Nie znał jej stanowiska względem palenia, więc wolał wyjść na dwór. Z kuchni było wyjście na taras i tylny ogród, więc z niego skorzystał. Wziął ze sobą tylko paczkę papierosów i opuścił na parę minut dom. Właściwie to nie miał już w ogóle do czego wracać… Nic go nie trzymało tutaj.

_________________
Powrót do góry Go down
Esmeralda
Moderator
Moderator
avatar

http://vampireknight.forumpl.net/t1678-esmeralda-green http://vampireknight.forumpl.net/t1704-esmeralda-green http://vampireknight.forumpl.net/t2181-esmeralda http://vampireknight.forumpl.net/t3301-esmeralda#71193 http://vampireknight.forumpl.net/t2074-esmeralda http://vampireknight.forumpl.net/f31-posiadlosc-greenhall
Zarejestrował/a : 05/03/2015
Liczba postów : 1885


PisanieTemat: Re: Posiadłość Trizgane.   Pon Gru 18, 2017 8:21 pm

Człowiek miał tyle lat na ile się czuł i na ile wyglądał. To jasne, że jeśli Gerard weźmie w zęby fajkę, roztyje się i będzie przepowiadał pogodę przez bóle w kościach to będzie stary. Wiek u łowcy był rzeczą względną. Krew i inne bajery pozwalały ciału zachować młodzieńczy wygląd i dobrą formę. Siłę, zdrowie – prawie wszystko co chcesz!
- To czeka każdego z nas. - mógł mieć nawet ponad setkę i co z tego? Był bardziej doświadczony, ale jego marudzenie zasługiwało na solidnego kopa prosto na goły zad.
- Chyba potrzebujesz częstszego towarzystwa bo bez obrazy, ale zaczynasz gadać farmazony. - każdy łowca żywił się krwią i było to zupełnie normalne. Podobnie jak fakt, że większość doświadczonych członków Oświaty dawno przekroczyła magiczną granicę pięćdziesiątki.
- Nie więcej niż 40. - nie prosił o zdanie, ale mimo to odpowiedziała na jego wątpliwość. Gdy patrzył w lustro pewnie dodawał sobie lat dlatego warto posłuchać czasem kogoś z zewnątrz. Gerard robił się zgorzkniały, lecz wciąż podobał się kobietom! Taka Prim uwielbiała starszych gości i nigdy się z tym nie kryła. Może więc świat się jeszcze nie skończył i jest jakaś nadzieja dla dziadków o zaburzonej strukturze własnej wartości.
- Mądra decyzja. Już myślałam, że będę musiała Cię unieruchomić na czas przygotowania kolacji! - powiedziała z wyraźnym żartobliwym akcentem. Związany nie uciekłby daleko i nie jęczał, że to nie i tamto również. Czasami najłatwiejsze rozwiązania są tymi najlepszymi. W przypadku problematycznych pacjentów zwykle wystarczył stary numer z chusteczką („Czy to pachnie chloroformem?!”) bądź jak to działo się w przypadku Carlosa – strzałki usypiające. Tak, strzałki były dobre na wszystko!
- Zrobię więcej to będziesz miał też na jutro. Wystarczy tylko wrzucić do mikrofali na kilka minut i uczta gotowa. - było jej żal mężczyzny, a ten tryb życia jasno zdradzał, że nie ma żadnej kobiety. Nie żeby ją to specjalnie interesowało, bo znalazła się tutaj absolutnie przypadkiem i jednorazowo! Ale jednak.
Jego reakcja na spodnie była zabawna.
- Dziękuję Ci. - jeans nie wyschnie tak szybko na krześle jak na piecu. Gorzej jak przez przypadek spodnie spadną i się zjarają, a wtedy… wtedy będzie wracała do domu w gaciach. W trzaskający mróz z jakimś dziwnym taksówkarzem.
- Nie musisz wychodzić, to tylko spodnie. - nie miała zamiaru stanąć przed nim w stroju Ewy. Nogi w jej ciele to chyba jedyny element którego się nie wstydziła. Zgrabne i bez blizn. Opłacało się codziennie biegać, bo przynajmniej nie wstyd ściągnąć spodni przy ludziach. Oddała mu dolną część garderoby i podwinęła rękawy swetra. Na nogach miała tylko jakieś skarpety we wzorki co zręcznie odejmowało jakieś dziesięć od seksapilu. Kto by się tym jednak teraz przejmował?
- Miałam okazję badać jego przypadłość i wciąż… szukam na to lekarstwa. Myślisz, że jego przywiązanie wynika ze strachu? Wygody? - o badania poprosił ją nie kto inny jak rodzony brat Testamenta. W normalnych warunkach miałaby opory przed tego typu współpracą, ale jeśli dzięki temu bestia zacznie nad sobą panować? Fakt, że teraz Kuroiashita był praktycznie niegroźny, co było wiadome dla bardzo wąskiego grona członków Oświaty. Ciekawiło ją jak tak naprawdę wyglądał układ między nim a jasnowłosym. Co się wydarzyło, że kanibal z własnej woli poddał się człowiekowi i nie łamał warunków danej umowy. To rzadkie zjawisko.
- Jesteś pewien, że by Cię nie zdradził w momencie gdy znalazłby się wśród swoich? - Hiro był świetnym manipulatorem i bardzo możliwe, że nie pozwoliłby na długotrwały byt takiej relacji. Czy to było mu w smak? Według tego starego ignoranta ludzie nie mieli prawa ingerować w wampirzą potęgę.
- Rozumiem. Spróbuję spełnić Twoje oczekiwania, ale w razie czego doprawisz według uznania. - flirtowała? Ależ skąd! To, że mówiąc to spojrzała mu prosto w oczy nic nie znaczyło. Kolacja była w połowie gotowa. Wystarczyło nadziać roladki i wrzucić je do pieca co też zrobiła.
- Chroniłeś go jak mogłeś. Trudno żebyś wszystko potrafił. - nie była pewna jakie relacje panują między ojcem a synem. Kobieca intuicja mówiła, że coś jest nie tak. Niepotrzebnie zaczynała temat skazując łowcę na niemiłe wspomnienia. Było już tak dobrze, a ona jak zwykle musiała wszystko spieprzyć. Nic nie powiedziała kiedy oznajmił konieczność wyjścia na papierosa. Widocznie potrzebował chwili spokoju bez trajkoczącej rudowłosej zołzy w tle. Miała wyrzuty sumienia, że tak to wszystko się skończyło. Obiad był gotowy, ale nie nałożyła go jeszcze na talerze. Postanowiła pójść za nim na taras licząc że sprowadzi go z powrotem do domu. Nie nałożyła kurtki ani spodni bo co może się stać od kilku minut spędzonych na mrozie.
- Gerard? Przepraszam Cię. Nie… powinnam. Naprawdę nie chciałam. - położyła dłoń na jego plecach czując że to plus przeprosiny to jedyne co może w tej sytuacji zrobić. Mleko się rozlało, nie cofnie czasu i nie utnie języka. A to, że czasem plotła bez sensu… Taka właśnie była.

_________________
Powrót do góry Go down
Gerard
Łowca Wampirów
Łowca Wampirów
avatar

http://vampireknight.forumpl.net/t1105-gerard-trizgane http://vampireknight.forumpl.net/t3348-gerard#71804
Zarejestrował/a : 31/07/2013
Liczba postów : 356


PisanieTemat: Re: Posiadłość Trizgane.   Pon Gru 18, 2017 10:09 pm

Świetne stwierdzenie, że człowiek miał tyle lat, na ile się czuł, bo Gerard czuł, jakby miał co najmniej dwieście lat! Brak akcji, brak towarzystwa, brak obecności Louisy, która przecież na co dzień bywała w tym domu, ale odkąd zaczęła swoje studia, praktycznie wracała do domu tylko na weekendy, zaczęły mu doskwierać. Może życie jako łowca nie było takie złe, bo miał jakiś cel w życiu i do niego zawzięcie dążył? A teraz? Siedział całe dnie w domu, sam, kontemplował, czasami spoglądał głęboko na dno jednej flaszeczki, potem drugiej. Nie, nie popadł w alkoholizm, czasami każdy człowiek sięga po swoje słabości. Cóż innego miał robić? Całe dnie spędzał samotnie w tym domu. Takie było parszywe życie łowcy. Gdyby Hiro nie zamordował mu żony… Ale nie było już do czego wracać, stare rany nadal bolały, chociaż były załatane i zaklejone plasterkiem w Minionki. Czasami wystarczył fałszywy ruch i rana pękała, zaogniała się, wrzała, a krew zaczynała znów ciec.
– Jestem Samotnym Wilkiem i chyba od jakiegoś czasu zbyt dosłownie to wziąłem sobie do serca.
Chyba faktycznie przydałoby mu się towarzystwo. Może zaczął przedwcześnie dziadzieć? Uważał się za staruszka, którego nie czeka nic więcej oprócz śmierci. Gdy stwierdziła, że nie wygląda na więcej niż czterdzieści lat, omal nie buchnął śmiechem. Omal, bo jego rysy twarzy nieco tylko stężały.
– Taa, dzięki. Uznam to za komplement.
Prim… Prim była córką jego starego przyjaciela, który przechlał i przegrał cały swój pokaźny majątek w burdelach i w kasynach. Na dodatek omal nie sprzedał własnej córki, więc Gerardowi nie pozostawało nic innego, jak ją przygarnąć. A że po prostu czasami brakowało mu po prostu towarzystwa, teraz nawet brakowało mu jeszcze bardziej niż wówczas, i po prostu kobiecego ciepła, zaoferował jej wsparcie w zamian za małżeństwo. Jednak nie zamierzał jej „tykać”, w końcu była dzieciakiem, niewiele starsza od jego córki. A ostatecznie i tak nie mógł się z nią ożenić. Była… o wiele dla niego za młoda, nie mógł jej zniszczyć życia u swego boku. Poza tym… wpadła w łapska wampira, czego nie przewidział. To tylko pokazywało, że kiedy zamierzał ułożyć sobie z kimś i jakoś życie, w grę zawsze wkraczały wampiry, które mu to uniemożliwiały. Wysłał zatem dziewczynę w bezpieczniejsze miejsce.
– Oszczędź chociaż resztki mej godności i męskości…
Jęknął, udając zgrozę na samą myśl, że mogłaby go spętać na krześle kuchennym i zostawić takiego samego i bezbronnego…
– Dzięki. To na pewno przyjemniejsza odmiana od… mrożonek. Ale serio, są bardzo… pożywne.
Chociaż czasami ich smak pozostawał wiele do życzenia! Nie było co się łudzić. Tym bardziej docenił jej starania, chociaż…
– Teraz poczułem się tak, jakbym był Twoim dziadkiem, którego odwiedzasz raz na tydzień w domu starców i go dokarmiasz, bo za mało mu dają witamin…
Obruszył się, chociaż jego ton był nieco żartobliwy. Jednak trzeba było przyznać, że Gerard nigdy nie potrafił żartować. Było zawsze jego słabą stroną i kiedy opowiadał dowcip, nikt się nie śmiał. Marcus mu tylko kiedyś doradził, żeby się zamknął, bo nawet żona w końcu go zostawi.
A gdyby Esmeralda interesowała się jego życiem erotyczno-prywatnym… wróć, Gerard nie miał życia erotycznego… Gdyby Esmeralda interesowała się jego życiem… prywatnym, to sama by zapytała, czy ten kogoś ma.
Miał nie wychodzić? Przecież… No ale jak to?! Miał zostać, kiedy ona zdejmuje swoje odzienie? Klapnął tyłkiem posłusznie ponownie na krześle, ale odwrócił głowę, kiedy ta się schyliła, żeby zżuć z siebie nogawki. Aczkolwiek korciło go, żeby zerknąć na dorosłą, dojrzałą i naprawdę atrakcyjną kobietę. Od dawna nie widział w bieliźnie żadnej kobiety, a co dopiero pół nagą, o nagiej już nie wspominając… Ale pohamował swoje zapędy i grzecznie zabrał spodnie, który następnie postanowił ułożyć na piecu. Spokojna Twoja potargana ruda, spodnie nie wpadną do pieca, bo to był nowoczesny piec, a nie jakiś tam babci sprzed wojny z Polski…
– Na to… nie znajdzie lekarstwa. To geny. Musiałabyś wpłynąć na jego geny, poeksperymentować. Wiem tylko tyle, że ktoś na nim przeprowadzał eksperymenty. Ale nie wiem ani jak ani kiedy. Ma też negatywny stosunek do własnej matki, więc to wykorzystałem. Zawsze był zagubiony i po prostu szukał czegoś, czego nigdy nie dostał od matki. Testament jest nieco… zacofany. Nie wiem, jak to określanie w medycynie, ale zaczął funkcjonować i myśleć zarówno jak dziecko jak i wygłodniały, wiecznie odczuwający zagrożenie drapieżnik. Tyle udało mu się ustalić z moich własnych obserwacji i rozmów z nim.
Temat Testamenta był głęboki jak rzeka i dla Gerarda był to najlepszy temat do rozmów. Poświęcił na tego wampira wiele lat, tylko po to, by jakiś łowca, który go nie zna, „sprzątnął” mu sprzed nosa i uczynił z niego wampirzego terminatora. Chociaż pomysł też niczego sobie i na pewno doceniony przez Testamenta, tyle że… Gerard nie wiedział, co się działo z Wielkoludem.
Zastanowił się nad pytaniem Esmeraldy. Było ono bardzo dobre i zaraz ciężkie, aby jednoznacznie odpowiedzieć.
– Jak mówiłem, nie było to takie wiążące jak Czarny Rak, ale też nie było to zwykłą przysięgą. Dziwnie mi o tym mówić, bo to morderca bezlitosny, ale kiedy poznałem jego słabą stronę, wydał mi się… bezbronny. To, kim się stał wbrew pozorom nie było z jego winy. Jeżeli chodzi Ci o to, czy stanąłby po mojej stronie, gdyby natrafił na swoich Kuroiaishita, to w osiemdziesięciu procentach jestem pewien, że stanąłby po mojej stronie. Oni… chcieli się go pozbyć. Nie wszyscy, ale jednak.
Szczególnie matka. Nawet Samuru, chociaż może nie dopuściłby do jego śmierci. Tyle że dla Samuru nie istniały żadne więzi.
– Ale to mogłem przewidzieć. Oczekiwałem od niego za wiele, nie był gotowy. Naciskałem na niego, że to jego rodowa powinność – zostać łowcą. Ma w sobie potencjał, a mnie zaślepiły własne ambicje…
Teraz mógł jedynie pluć sobie w brodę. Oczywiście był wdzięczny Esmeraldzie, że go odwampirzyła, wiedział ile musiała ryzykować, żeby to się powiodło. Ale on, jako ojciec, zawiódł go już dawno temu. To tylko pokazywało, jak słabym był łowcom. A może nawet pokazywało, że wcale nie powinien nim być? To nie ona wszystko spieprzyła. Nie znała Gerarda, nie wiedziała, co łączy go z synem, ile przeżli, co przeszli. Po śmierci Michiru ta rodzina praktycznie się rozsypała. Gerard obwiniał wszystkich wokół o śmierć żony, nawet dzieci, ale nie siebie samego.
Stojąc na tarasie, włożył do ust pierwszego papierosa, odpalił i zaciągnął się głęboko. Wypalił go trzema szybkimi machami i sięgnął po drugiego w momencie, w którym Esmeralda wyszła na teras. Początkowo nie spoglądał na nią, ale kiedy stanęła u jego boku i dotknęła jego ramienia, drgnął nieco i popatrzył na nią pociemniałymi oczami.
– Esme…
Pierwszy raz zwrócił się do niej w taki sposób. Chwycił ją za rękę, lekko ścisnął i zdjął ze swojego ramienia, ale nie puszczał z uścisku.
– To przecież nie Twoja wina. O niczym nie wiesz. Nie znasz naszej przeszłości. Zmykaj do środka, bo się przeziębisz i co zrobi cała Oświata bez najlepszego medyka?
Posłał jej uśmiech, choć był on… pusty, bez uczuć. Odwrócił wreszcie od niej wzrok i zaciągnął się drugim papierosem. Spojrzał w ciemne chmury na niebie, z których zaczął sypać się śnieg i wreszcie puścił jej dłoń…

_________________
Powrót do góry Go down
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Posiadłość Trizgane.   

Powrót do góry Go down
 
Posiadłość Trizgane.
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 20 z 23Idź do strony : Previous  1 ... 11 ... 19, 20, 21, 22, 23  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Vampire Knight :: Poza Miastem :: WIOSKA-
Skocz do: