IndeksFAQSzukajRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Posiadłość Trizgane.

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1 ... 12 ... 20, 21, 22, 23  Next
AutorWiadomość
Esmeralda
Moderator
Moderator
avatar

http://vampireknight.forumpl.net/t1678-esmeralda-green http://vampireknight.forumpl.net/t1704-esmeralda-green http://vampireknight.forumpl.net/t2181-esmeralda http://vampireknight.forumpl.net/t3301-esmeralda#71193 http://vampireknight.forumpl.net/t2074-esmeralda http://vampireknight.forumpl.net/f31-posiadlosc-greenhall
Zarejestrował/a : 05/03/2015
Liczba postów : 1885


PisanieTemat: Re: Posiadłość Trizgane.   Pon Gru 18, 2017 11:22 pm

Esmeralda nie znała dokładnych problemów jasnowłosego. Po krótkiej rozmowie od razu dało się rozpoznać, że gdzieś coś zdzwoni, ale nawarstwienie różnych spraw i trosk utrudniały poznanie tych najbardziej znaczących. Przez lata Gerard budował wokół siebie mur który teraz kruszał i domagał się solidnej konserwacji. Ale nie można tak żyć. Nawet Louisa nie mogłaby tutaj  zbyt wiele pomóc, bo mimo szczerych chęci łowca twierdziłby, że przecież wszystko jest w porządku! Znała dokładnie ten typ i ZAWSZE wyglądało to tak samo. Kiepski z niej psycholog i jedyne co w tej chwili mogła dać od siebie to wspólne spędzenie czasu, obiad i rozmowa. Bez podtekstów, bez zbędnych prób wyciągnięcia więcej niż powinna. Nie chcesz mówić o rodzinie? W porządku! Jesteśmy kumplami, ale wyjdź w końcu do ludzi i przestań być sztywny jak pal w dupsku pracoholika.
- Dlatego powinieneś wyjść do ludzi. Kiedy ostatnio byłeś na randce, co? - bardzo łatwo mogła mu zorganizować jakąś miłą koleżankę, wystarczyło tylko słowo! Jej zdaniem Gerard powinien od czasu do czasu wyskoczyć na miasto i poznać jakąś panienkę. Oczywiście bez deklaracji i zobowiązań! Nie musieli od razu iść do łóżka – wystarczyła kawa i krótki spacer po parku by znów poczuł na sobie zainteresowanie płci przeciwnej.
-  No nie wiem, nie wiem. Zachowuj się jak należy a przemyślę Twoją kapitulację. - mrugnęła i upiła łyk przygotowanej przez mężczyznę herbaty. Przez chwilę nie odzywała się czując jak przyjemne ciepło rozchodzi się po przełyku, by następnie rozgrzać jej całe ciało. Aż dostała gęsiej skórki!
- Pycha. - pochwaliła trunek upijając kolejny łyk ze swojego kubka. Alkohol zawsze ją pobudzał niezależnie czy jego stężenie w drinku było znikome, czy stanowiło główny skład tego co piła.
- Tak tak, wiem. Mrożonki to istna poezja smaku. Popatrz… ja na przykład uwielbiam mrozić wszystko co znajdę w lesie. Jagody, grzyby, poziomki. Smak potraw nigdy nie jest tak dobry jak jedzenie tych produktów na świeżo, ale mimo wszystko… dobrze czasem wyczarować trochę lata pośród zimowych poranków. - dary lasu to jedyne akceptowalne przez nią mrożonki. Ach, był jeszcze rabarbar który tak bardzo uwielbiały jej wszystkie żaby. Brokuły, marchew czy bójcie się Boga… ryby… brr. Nie wyobrażała sobie śmieciowego jedzenia, choć Samuel z chęcią podzieliłby zdanie Gerarda. Obaj panowie byli przecież mistrzami żarcia z torebki.
- Jeśli nadal będziesz jadł te fiu bździu to chyba będę zmuszona zacząć pracę nad jedzeniem w tabletkach. Specjalnie dla Ciebie. Wyobraź sobie dietę wzbogaconą o witaminy i mikroelementy… A wszystko zamknięte w tabletkach nie większych niż te od antybiotyków. - tutaj już trochę odleciała, ale całe zdanie było raczej żartem niż rzeczywistą wizją przyszłości.
- Bywaj czasem w oświacie to częściej będziesz miał okazję spróbować czegoś w moim wykonaniu. Co do tego domu starców, to przestań w końcu myśleć o głupotach. Chyba że coś Cię boli albo strzyka… To powiedz, bo tak się składa, że mam ze sobą cały sprzęt – tak tak, wiedziała o tym, że zwykle bada go córka. Louisy w tej chwili nie było, a jeśli jego życie było zagrożone? Czuła się zobowiązana by pomóc i rozwiązać każdy problem natury medycznej!
Jego poczucie humoru nie przeszkadzało jej – wręcz przeciwnie. Był inny niż większość, co również nie nakładało na niego żadnych braków.
- Może dałabym radę. Pamiętaj, że po części jestem genetykiem. Grzebanie w genach to jedna z moich specjalności. - nie musiał tego wiedzieć, ale długi jęzor był szybszy niż chwila pomyślunku. W ciągu krótkiego czasu powiedziała za dużo, a przecież on o to nie pytał.
- Ciekawa osoba z tego Testamenta. Żałuję… że nie poznałam go lepiej. - to przez nią Kuroiashita trafił w ręce łowców i z jej winy wszczepiono mu krwawego raka. Zobowiązała się do pomocy, zamiast czego zdradziła. Lekarka przejechała dłonią po czole i pośpiesznie chwyciła za kubek z herbatą. O niektórych sprawach nie należało rozmawiać o suchym pysku.
- Rozumiem że wasza umowa określała jego zachowanie nawet w momencie gdy nie znajdujesz się w zasięgu jego wzroku. Zdarzyło się, że kiedykolwiek złamał warunki waszej umowy? - niegdyś sądziła, że Testament głównie się pożywia i nie myśli o tym co dzieje się wokół niego. Kierował się instynktem, wolą przetrwania. Zabijał bo był nie tyle zabójcą czerpiącym z tego przyjemność co drapieżnikiem zniewolonych w sidła swojego głodu. Przy takim toku myślenia rzeczywiście mógł wzbudzić poczucie żalu.
- Każdy się uczy na błędach. Może powinniście się spotkać i porozmawiać? Jeśli się nie mylę minęło już sporo czasu… Chyba nie warto wciąż oglądać się na przeszłość i nie dopuszczać do siebie teraźniejszości. Zack Cię potrzebuje chociaż z pewnością nie powie tego wprost. - chłopak był równie uparty jak jego ojciec, ale czy szczera rozmowa i próba załagodzenia sporów nie byłaby w tej sytuacji głównym fundamentem ich dalszego życia? Esmeralda wiele by dała by móc pogodzić się z własnymi rodzicami, jednak obustronna duma na zawsze zniszczyła ich relację. Z Gerardem i Zackiem mogło być przecież inaczej. Mieli szansę więc powinni z niej skorzystać.
Kiedy stał tak na tym tarasie naprawdę czuła się niezręcznie. Świadomość, że to wszystko przez nią narastała tworząc gdzieś wewnątrz ciemne chmury. Na pewno żałował tego spotkania. Dlatego wyszedł. Pewnie nie mógł na nią patrzeć więc wybór samotności był najlepszym na co mógł sobie pozwolić. Ale ona była uparta… Powinna zostawić mu ten obiad w kuchni, pożegnać się i skłamać że telefon cudownie ożył, a ona wezwała taksówkę.
- Proszę chodź do domu. - nie dbała o to czy ścisnął jej rękę. Nie broniła się bo miał powód by nie być zadowolony z tej wizyty. Odruchowo zbliżyła się wtulając głowę w jego tors. A niech sobie ją teraz odepchnie, szczególnie gdy objęła jego plecy drugą dłonią. Była tak blisko, że pewnie czuł delikatny zapach jej perfum.
- Prawdopodobnie niedługo opuszczę Yokohamę więc i tak będą musieli znaleźć nowego. Chodź proszę. Będę trzymała gębę na kłódkę. - i będzie tak stała w skarpetkach na tarasie, bez spodni, za to w swetrze. Wewnętrznie trzęsąc się jak osika, ale przy nim hardo udając, że nie czuje tej niskiej temperatury.

_________________
Powrót do góry Go down
Gerard
Łowca Wampirów
Łowca Wampirów
avatar

http://vampireknight.forumpl.net/t1105-gerard-trizgane http://vampireknight.forumpl.net/t3348-gerard#71804
Zarejestrował/a : 31/07/2013
Liczba postów : 356


PisanieTemat: Re: Posiadłość Trizgane.   Wto Gru 19, 2017 11:49 am

Gerard po prostu nie widział powodu, aby rozpowiadać wszystkim o swoich rodzinnych problemach. Nie miało to żadnego znaczenia dla jego pracy jako łowczego. Co innego, gdy jego przyjaciel należał jeszcze do oświaty. Wtedy od czasu do czasu mógł sobie pozwolić na rozmowę, usłyszenie jakiejś porady. Zresztą miał wrażenie, że kiedyś, kiedy oświata nie liczyła aż tylu członków, była ze sobą bardziej zżyta. Może to było tylko wrażenie, bo nie znał prawie w ogóle obecnego dowódcy i nie zamienił z nim więcej niż dwa zdania. Wszyscy w oświacie byli dla niego anonimowi i nie miał potrzeby czegokolwiek zmieniać, a co za tym idzie – nie miał ochoty tam przebywać i dla nich pracować.
Zaraz, że kiedy ostatnio był na czym? Na randce? Gerard spojrzał na nią lekko zaskoczony, idealnie kryjąc zawstydzenie. No, to nie było takie zawstydzenie, że jego policzki zaraz pokryją się rumieńcami, raczej było mu głupio, że zapytała o coś tak nowoczesnego i współczesnego, a czego nigdy nie praktykował. Nie był ze swoją na żadnej randce, a ich ślub wiele lat temu został zaaranżowany ze względu na ich rodowe zdolności, aby tylko dzieci były równie potężne w magii, co rodzice. Jednak magia nie była już tak powszechnie pojawiająca się wśród młodych inspirujących na łowców.
– Nie miałem czasu na randki.
Odparł wymijająco, z czego mogła wywnioskować, że albo był dawno temu na ostatniej randce albo w ogóle. Nawet nie wiedział, do czego miałaby służyć taka randka, jak ona wyglądała, co się na niej robiło. Nie był ignorantem, ale nie był też romantykiem, poza tym brak czasu i życie jako łowca uniemożliwiały mu nawiązanie zdrowej relacji z jakąś kobietą. Poza tym po śmierci żona przez bardzo długi czas żyła w nim bardzo realnie i uznał, że spotykanie się z inną kobietą, prócz jego żony, byłoby zdradą, nawet jeśli ona już nie żyła.
– To moja specjalność…
Wyprężył dumnie klatę, uśmiechając się blado do łowczyni. Z robienia herbatek z prądem wręcz słynął, więc mogła czuć się zaszczycona. Dobra, żart. Po prostu miał farta, że zasmakowało łowczyni.
– Skoro wampiry mają swoje tabletki krwi i z nich nie korzystają, bo są ohydne, to takie jedzenie w smaku pewnie będzie gorsze od mrożonek. A ja preferowałby jednak bardziej smakowe walory niż witaminowe.
Chyba że udałoby jej się stworzyć idealną wręcz tabletkę – i smakowo i witaminowo. Tyle że jakoś sobie tego nie wyobrażał. Łyknąć taką tabletkę, kiedy jest się głodnym i co, i nagle już się nie jest głodnym? Jego umysł nie pojmował czegoś niepojmowalnego. Chociaż wiedział, że jest utalentowana i w wolnym czasie faktycznie mogła się wziąć za konstruowanie takiego ustrojstwa.
– Na pewno zaoszczędziłoby to mnóstwo czasu.
Już widział radosne miny kobiet na widok takiej odkrywczej tabletki. Niestety, ale to nadal kobiety królowały w kuchni. Wystarczyło spojrzeć na Gerarda – nie miał wpojonego rozumowania, że kobiety nadają się tylko do kuchni i rodzenia dzieci, ale po prostu miał talent do palenia nawet czajnika z wodą…
– Louisa kiedyś chciała stworzyć prawdziwą jadalnie dla łowców, żeby zdrowo się odżywiali. Też mnie tym katowała… Ale potem odkryła, że fascynuje się medycyną i tak zostało.
A plany otworzenia restauracji dla łowców w oświacie spalił na panewce. Miała talent kulinarny i zapewne gdyby nie medycyna, otworzyłaby własną restaurację.
– Nie wiedziałem, że jesteś genetykiem. Nie znam się na tych Waszych sztuczkach. Dla mnie to ciemna strony mocy. Po prostu to wynik eksperymentu, którego padł ofiarą ze strony jednego z tych, jak to określiłaś, swoich.
Nie wiedział jednak, kto dokładnie uczynił z niego takiego potwora i dlaczego to uczyniono.
– A ja żałuję, że jego sprawy nie doprowadziłem do końca. Może, gdybym wtedy, jako dowódca, lepiej Cię znał, faktycznie udałoby Ci się wpłynąć na jego genetykę i cofnąć ten… gen? To właściwie go wykańcza, wyniszcza, to tykająca broń, taka autodestrukcja, na co też nie ma wpływa. To między innymi przez ten jad, który pluje pod swoją gadzią postacią.
Gerard mógłby napisać o Testamencie książkę. Mógłby nawet współpracować z Esme, aby odwrócić wpływ niepożądanego genu, ale teraz nie było ku temu powodu. Nie został wtajemniczony w to, co uczynili wampirowi. Zresztą nic nowego, dla oświaty nie był już nikim istotny i sam obrał sobie takie życie.
– Tak. Niestety zdarzało mu się łamać naszą umowę. Ale, co dziwne, widziałem u niego wówczas wyrzuty sumienia. Nie mam zdolności penetracji umysłu, ale potrafiłem rozpoznać u niego prawdę i kłamstwo. Jak mówiłem, był jak dziecko, a u dzieci szybko rozpoznasz, czy mówią prawdę czy kłamią. Jego morderstwa wówczas udało mi się nieco okiełznać, ale nie miałem wystarczająco czasu, by zapanować nad nim całkiem. Może gdybym wcześniej o tym z Tobą rozmawiał, udałoby nam się wpłynąć na jego geny. Nie wiem.
Wzruszył ramionami, jakby to go już nie dotyczyło albo nie interesowało.
– To Zack żyje przeszłością, nie ja.
Uciął. Nie chciał z nią o tym rozmawiać. Zacka nie udałoby się mu przekonać do jakiejkolwiek rozmowy. Miał ciężki charakter w stosunku do rodzina. Wiadomo, z rodzicem rozmawia się inaczej niż z atrakcyjną, młodą kobietą, mającą coś więcej do zaoferowania już ojciec. Louisa już niejednokrotnie usiłowała zażegnać ich konflikt, ale niestety… nie udało się. I mimo szczerych i prostodusznych chęci Esme, jej też się to nie uda, z całym szacunkiem dla jej szczerych chęci.
– Zack uciekł z domu tuż po śmierci matki, o którą mnie obwiniał. Może kiedyś dojrzeje do rozmowy.
Może nie powinien o tym łowczyni, ale było już za późno. Nie lubił mówić o sobie, ale Esmeralda przecież nie wykorzysta tego przeciwko niemu. Kiedy nastanie świt rozejdą się ich drogi i pewnie znów spotkają się kiedyś, za parę lat.
Przecież to nie była jej wina, że nie wiedziała o relacji ojca i syna. Nie mogła przewidzieć, że Zack nie poinformował o czymś tak ważnym swojego ojca. Nie powinna czuć się winna, naprawdę. Gerardowi nawet przez myśl nie przeszło, żeby ją o cokolwiek obwiniać.
– Za chwilę. Muszę… się uspokoić.
Chciał się przewietrzyć, ochłodzić nieco stan umysły, podejść do sprawy na chłodno, przeanalizować konflikt między nim a synem. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego Zack go o tym nie poinformował. Po chwili Esme wtuliła głowę w jego tors. Nie wiedział za bardzo, co powinien zrobić. Nie chciał jej odpychać, bo naprawdę mogło pomyśleć, że uznał ją za winną tego wszystkiego. Była przecież jeszcze dzieckiem… Nie, nie była. Kiedy przybyła do oświaty kilka lat temu, to może i była dzieckiem. Teraz była kobietą. I czuł jej ciepło przy sobie, a także delikatny, słodkawy zapach jej perfum. Tak, tak właśnie pachniała kobieta. To było bardzo kuszące, ale nie ruszył się i nie zmienił też pozycji. Wypalił już drugiego papierosa i sięgnął po trzeciego. Zaciągnął się nim.
– Zmarzniesz. Idź do domu, kobieto.
Stwierdził nieustępliwie, ale ona wciąż stała przy nim, również nie zmieniają pozycji. I stali, osłonięci jedynie daszkiem od góry przed opadami śniegu, ale nie przed przejmującym chłodem.
– Czemu opuszczasz Yokohamę? Nic Cię tu nie trzyma?
Gdyby był to jakiś romans, pewnie padłyby słowa „och, mam tutaj Ciebie”, ale to nie był romans, a Gerard przyciągał do siebie wampirze kłopoty.

_________________
Powrót do góry Go down
Esmeralda
Moderator
Moderator
avatar

http://vampireknight.forumpl.net/t1678-esmeralda-green http://vampireknight.forumpl.net/t1704-esmeralda-green http://vampireknight.forumpl.net/t2181-esmeralda http://vampireknight.forumpl.net/t3301-esmeralda#71193 http://vampireknight.forumpl.net/t2074-esmeralda http://vampireknight.forumpl.net/f31-posiadlosc-greenhall
Zarejestrował/a : 05/03/2015
Liczba postów : 1885


PisanieTemat: Re: Posiadłość Trizgane.   Wto Gru 19, 2017 12:54 pm

Esmeralda mimo swoich szczerych chęci nie mogła wymagać od Gerarda nagłego przypływu szczerości. Między nimi wciąż stał ciężki mur pamiętający czasy kiedy to on był dowódcą a ona jego podwładną. Mógł sądzić, że nikt go nie pamięta. Uważać, że przecież jest tylko starym, zdziadziałym łowcą na emeryturze. Naprawdę chciała mu pomóc, ale jak można udzielić rady komuś kto o nią nie prosi? Dalsze próby mogły zostać przez niego źle zrozumiane, dlatego pora odpuści i wrócić do tego co było. Uprzejme pytania i jeszcze grzeczniejsze odpowiedzi. Pomalujmy śnieg na zielono, bo nikt nie skapnie się, że jest przecież zima.
Czy Oświata była mniej zżyta? Możliwe. Ona jednak inaczej podchodziła do tej sprawy. Przyjaciele jakich poznała w Yokohamie zastępowali dla niej rodzinę i gdyby nadeszła taka potrzeba, bez zawahania oddałaby za nich nawet swoje życie. Niejednokrotnie ryzykowała, ale co miała do stracenia? Kilka lat studiów medycznych?  Utratę więzi z własnym dzieckiem? To straciła już dawno gdy jak ostatnia wyrodna matka oddała córkę pod opiekę innych łowców.
- Teraz masz czas. - nie był aktywnym łowcą, więc co miał robić sam w domu? Wciąż miał ciało pożądane przez setki kobiet, więc wykluczenie z życia społecznego było ostatnim co powinien dla siebie zrobić. Lekarce nie umknęło lekkie poczucie wstydu jakie wykwitło na jego twarzy. Ale nic na siłę.
- W takim razie potem poproszę o dokładny przepis.  - w jej kręgach poproszenie o coś tak prostego jak przepis stanowiło największą pochwałę dla gospodarza. Nie ma to jak załadowanie się do bujanego fotela i popijanie herbatki wieczorną porą. Rzecz jasna na własnym osobistym tarasie – w otoczeniu drzew i leśnej aury. Taka boginka XXI wieku. Jak jednak nie kochać takiego życia?
- Wampiry są drapieżnikami i uważają, że picie krwi prosto od ofiary jest zgodne z ich mentalnością. Nie szukają zmian i nie ufają nowościom. Krew w tabletkach kojarzy się większości z degradacją, czymś w rodzaju uśpienia ich natury. - kiedyś prowadziła badania dotyczące syntetycznej krwi i jej wpływu na organizm wampira. Co ciekawe ta krew niemal w stu procentach zastępowała ludzką posokę, ale dla większości była wręcz niedopuszczalna. Tradycyjnym spojrzeniem wampiry od zawsze piły ludzką krew. Dlaczego więc to zmieniać, jeśli to wampiry są tymi silniejszymi?
- Nie doceniasz moich umiejętności kulinarnych. Zrobiłabym Ci takie tabletki, że już nigdy nie spojrzałbyś na mrożonki. Chyba że z odrazą. - naprawdę mogła zrobić coś takiego. Brak czasu wykluczał możliwość wzięcia się za ten projekt od razu, ale w przyszłości… Kto wie. Łowcy narzekali już na czipy, więc i to prawdopodobnie nie zostałoby przyjęte przez szerokie grono. Z drugiej strony kiedy przebywa się na dłuższej akcji i nie ma możliwości spożycia normalnego posiłku? To nie był taki głupi pomysł. Rzecz jasna nie chodziło tutaj o całkowite zrezygnowanie z normalnego jedzenia. Nic przecież nie utrzyma struktury i konsystencji danego produktu, już nie wspominając o fakcie, że człowiek je również oczami.
- Jedno drugiego nie wyklucza. Być może Twoja córka kiedyś otworzy własną restaurację, a wtedy na pewno będę tam jednym z pierwszych gości. - zawsze mówiła, że warto podążać za własnymi marzeniami. Dlatego została hodowcą tropikalnych żab i zwierząt jakie przez innych ludzi określane są mianem brzydkich bądź niebezpiecznych. Tym bardziej cieszyła się ze spotkania z Louisą bo chociaż minimalnie może przyczynić się do pomocy przy rozwoju jej umiejętności.
- Mówiłam Ci że rozpoczęłyśmy szkolenie? Pomagam jej trochę z medycyną. - jego córka nie była chyba tak skryta jak syn, dlatego liczyła że o tym wiedział. Z drugiej strony Lou była już dorosła, więc nie istniał powód dla którego miałaby się spowiadać STAREMU ojcu. Była przecież w wieku gdzie to randki i chłopcy grały pierwsze skrzypce. Ciekawe jakby Gerard potraktował potencjalnego absztyfikanta własnej córki… Lekarka uśmiechnęła się na tą myśl.
- Tak, jestem genetykiem, chirurgiem i toksykologiem. Można powiedzieć, że znam się na wszystkim i na niczym. - zbliżyła kubek do ust ponownie racząc się herbatą – Mogłabym spróbować znaleźć ten gen. - już wiedziała, że następnego dnia pewnie pójdzie do Grigorija i poprosi o małą rozmowę. Nie mogła działać w tajemnicy chociaż kiedyś średnio ją to interesowało. Testament znajdował się teraz pod dowództwem Oświaty, a ten który go niejako zniewolił dbał o to, żeby potworowi niczego nie zabrakło. Przynajmniej do czasu aż będzie wykazywał posłuszeństwo.
- Faktycznie wasza relacja była dość… specyficzna. Prawie mam wrażenie, że brakuje Ci tego wszystkiego. Nie pasujesz mi na gościa siedzącego po całych dniach w domu i patrzącego z lornetki przez okno. Bo tak robi większość jak ty to mówisz? Ach… starych ludzi, Gerard. - na szczęście jej babcia nie robiła za miejski monitoring i tym samym oszczędziła wnuczce wstydu. Kolejny raz wyszło, że łowca nie powinien poddawać się wyobcowaniu, bo to nie ten czas i nieodpowiednie miejsce.
- W takim razie może ja spróbuję z nim pogadać? - mieszanie się w ich rodzinne sprawy było ostatnim co powinna zrobić. Ale jeśli ten ciemnowłosy uparciuch nie słuchał nikogo z rodziny, to może zechce pomówić z kimś obcym?
- Nie mów mi co mam robić. Poczekam. - a masz dziadu! Chciałeś uciec od rudej, to ona przyszła do Ciebie. Cierp teraz, pal tego papierocha i wróć z łaski swojej do domu. Przecież kolacja stygnie!
Gdy zaś usłyszała jego pytanie, podniosła głowę i spojrzała na niego. To podziałało jak zimny prysznic, bo odeszła kilka kroków i oparła dłonie o balustradę.
- Ja… przez te umiejętności mam tutaj wielu wrogów. Rada mnie szuka… To kwestia czasu jak przyjdą do dowódcy i zażądają żeby mnie wydał. Nie chce żeby stanął przed takim wyborem. Boję się tego. - zacisnęła usta spoglądając na roztaczający się widok. Deszcz już nie padał, za to śnieg prószył bardziej niż przedtem.
- Przepraszam, że nie powiedziałam Ci od razu. Niepotrzebnie mnie tutaj przyprowadziłeś. Jeśli możesz zamów mi taksówkę i zabiorę się do siebie. - tak będzie lepiej, a Gerard spędzi czas tak jak wstępnie zaplanował. Bez problemów i osoby mogącej je stworzyć.

_________________
Powrót do góry Go down
Gerard
Łowca Wampirów
Łowca Wampirów
avatar

http://vampireknight.forumpl.net/t1105-gerard-trizgane http://vampireknight.forumpl.net/t3348-gerard#71804
Zarejestrował/a : 31/07/2013
Liczba postów : 356


PisanieTemat: Re: Posiadłość Trizgane.   Wto Gru 19, 2017 10:43 pm

– Może i mam czas, ale trzeba mieć jeszcze jakąś… znajomą.
Co miał powiedzieć? Że nie nadawał się na randki, kwiatki i serduszka? Że mógł ofiarować jedynie życie pełne zagrożenia, niebezpieczeństwa i stałej niepewności? Może niektóre kobiety uwielbiały taki dreszczyk ekscytacji, ale jednak większość pragnęła stabilizacji, ślubu, dzieci i białego domu z niebieskimi okiennicami. Nie miał czasu, żeby bawić się w Salliego i wyruszać na poszukiwania swojej własnej doktor Queen. Chyba że to właśnie Esmeralda miała się nią okazać, bo jakby nie patrzeć zawód się pokrywał.
– Postaram się nie zapomnieć, kiedy będziesz rano wsiadała do taksówki.
Ewentualnie mógłby ją odwieźć, tyle że jego zajebiście bajeranckie auto na wyrywanie wypeczek mogło się zakopać w śniegu albo znów rozwalić. W końcu taki opel miał prawo czasami odmawiać posłuszeństwa, a wówczas to ktoś musiałby ich ratować przez zamarznięciem.
– Ależ doceniam, niedługo sam się przekonam co do Twoich zdolności i może nawet uda mi się przeżyć.
Ot, taki żart sytuacyjny, bo w końcu sama zaczęła te wszystkie żarciki, docinki i dwuznaczne sugestie, których Gerard nie brał do siebie. Przecież Esmeralda miała lepszy gust niż taki o, białowłosy.
Gerard zawsze był dumny ze swojej córki. Była ambitna jak jej matka. Chociaż miała nieszczęście do wpadania w kłopoty i przyciągania wszelkich wampirzych jednostek. Miała smykałkę do nauki i dlatego pewnie poszła na medycynę, chociaż nie zapomniała o swoim hobby, jakim było gotowanie. Kto wie, może kiedyś faktycznie znajdzie czas na otwarcie własnej restauracji i stworzenia wyjątkowych dań? Teraz jej czas był poświęcony wyłącznie na medycynę, która wymagała lata poświęceń. Gdyby zatem jakiś absztyfikant kręcił się koło jego córki, musiałby go poczęstować ołowie w głowę z karabinu snajperskiego.
– Tak, pochwaliła mi się. Naopowiadała się chyba przez godzinę i nie dała mi dojść do słowa.
Dziewczyna doskonale zdawała sobie sprawę, jaka to była idealna okazja dla niej. Starała się być pilna i uważna, jak ją znał, ale nie wiedział jakie poczyniła postępy.
– I jak jej w ogóle idzie? Wiem, że bardzo się tym wszystkim przejmuje i traktuje to jak swoją wielką szansę.
Chciał dowiedzieć się prosto od „pani profesor”, czy jego córka faktycznie miała talent do tego, co robi i czy był sens, aby poświęcała lata na naukę.
Na wzmiankę o znalezieniu genu w Testamencie nic już nie odpowiedział. Po raz kolejny zresztą poczuł się pominięty. Nie powinien w ogóle rozgadywać się w taki sposób o swoim dawnym słudze. Poświęcił mu wiele lat pracy, które poszły na nic.
– Brakuje to fakt. Ale nie brakuje mi oświaty. Czuje się tam, jak jeden z wrogów. Jakbym był wampirem, wkraczającym na Wasze terytorium ze śmiercią na ramieniu.
Musiał poważnie zacząć myśleć o tym wszystkim. Może powrót do oświaty i wzięcie spraw w swoje ręce nie byłoby wcale takim złym pomysłem? Przecież naprawdę był dobrym łowcą… Może teraz stracił nieco na swojej formie, ale to była kwestia zaledwie kilkudziesięciu porządnych treningów, żeby znów wskoczyć w ten wir obowiązków. Esme miała rację, nie był przecież jeszcze tak stary, żeby nie móc wiele jeszcze zrobić. Kiedyś kierował się dobrem ludzkości, dlaczego teraz miałoby być inaczej?
Jednak temat Zacka pozostawał dla niego wciąż ciężki i nie chciał go poruszać. Nigdy nie potrafił radzić sobie z problemami, a te ciągle przynosił jego syn do ich relacji. Zresztą nie było co się oszukiwać, ale Gerard też popełnił wiele błędów w wychowaniu. Za rzadko bywał w domu, ale niestety los łowcy właśnie z tym wiązał. Z brakiem czasu dla własnych dzieci, chociaż inne broniło się przed złymi i krwiożerczymi wampirami.
– Esmeraldo, nie obraź się. Bardzo doceniam Twoją troskę, starania i chyba nigdy nie spłacę długu wdzięczności za odczynienie złego uroku z Zacka, ale… wolałbym sam porozmawiać o tym z synem.
Spojrzał jej w oczy po to, żeby nie pomyślała, że ją spławił. Był jej wdzięczny i naprawdę doceniał, ale nie chciał, żeby wtrącała się w sprawy jego rodziny. Może i znała Zacka, ale na pewno nie wiedziała o nim wszystko, a już na pewno nie wiedziała, co się wydarzyło wiele lat temu w ich rodzinie. Nie chciał, żeby Zack podszedł do tego w taki sposób, że Gerard nie ma jaj ani odwagi, by spojrzeć synowi w oczy i z nim o tym porozmawiać, tylko wysyła pośrednika.
Esmeralda odsunęła się od niego na tarasie i stanęła naprzeciwko niego. Chyba nie potrzebnie poruszył ten temat. Miała teraz taki smutny wyraz twarzy. Cóż, każdy miał swoje demony przeszłości. Gerard skończył palić trzeciego papierosa, ale jeszcze nie wchodził do domu. Mróz… dobrze na niego wpływał. Spoglądał teraz na młodą kobietę. Jej włosy opadały rudymi kaskadami na plecy, lekko rozwiewane przez zimowy wiatr. Musiał się jednak ponownie skupić na tym, co usiłowała mu powiedzieć.
Wstrząsnęło nim nieco, kiedy usłyszał, że Rada ją szuka.
– Przez Twoje niezwykłe umiejętności do medycyny, czy przez to… że odwampirzasz wampiry, a przede wszystkim Samuru?
O Samuru wiedział. Łowcy byli często proszeni o to, aby pomagać w tym trudnym rytuale, bowiem potrzeba było ogromnych pokładów energii. A każdy fałszywy krok mógł zakończyć się śmiercią nie tylko samej Esmerdaldy, ale i pozostałych uczestników.
– W radzie jest pewien wampir, którego znam. To dość… skomplikowana sprawa. Skontaktuję się z nim, żeby dowiedzieć się czegoś więcej. Chyba będę musiał się spotkać z nim w Twojej sprawie. Nie jestem cudotwórcą i nie zamierzam niczego obiecywać, ale pozostań na razie tu, gdzie jesteś. Zresztą, jeśli Rada faktycznie Cię szuka, to nieważne, gdzie się ukryjesz, odkryją Cię wszędzie. Ich macki sięgają głębiej niż jesteśmy w stanie to pojąć…
Ale najpierw musiał się od niej dowiedzieć z jakiego powodu była ścigana przez Radę, bo to… zmieniało postać rzeczy i wiedziałby, jak przygotować się do tej rozmowy z Hiro.
– Esmeraldo. To jest zadupie. Śniegu nasypało do pasa, a Ty sądzisz, że taksówka tutaj dojedzie? Nie bądź niemądra i uparta.
Chwycił ją stanowczo pod łokieć i wprowadził ponownie do ciepłego wnętrza kuchni. Tutaj było o wiele przyjemniej, a zapach kurczaka był zniewalający.
– No chyba że boisz się, że taki stary dziad jak ja, położy tobie swoje plauchy.
Ot, taki tam… kolejny suchar w wykonaniu Gerarda.

_________________
Powrót do góry Go down
Esmeralda
Moderator
Moderator
avatar

http://vampireknight.forumpl.net/t1678-esmeralda-green http://vampireknight.forumpl.net/t1704-esmeralda-green http://vampireknight.forumpl.net/t2181-esmeralda http://vampireknight.forumpl.net/t3301-esmeralda#71193 http://vampireknight.forumpl.net/t2074-esmeralda http://vampireknight.forumpl.net/f31-posiadlosc-greenhall
Zarejestrował/a : 05/03/2015
Liczba postów : 1885


PisanieTemat: Re: Posiadłość Trizgane.   Wto Gru 19, 2017 11:56 pm

Zadziwiające że będąc przystojnym i zdrowym facetem do tej pory nie znalazł sobie żadnej towarzyszki. Życie łowcy rzeczywiście pociągało za sobą pasmo różnych zdarzeń, ale czy naprawdę warto odmawiać sobie prawa do odrobiny szczęścia? Nie, nie wierzyła że nie miał powodzenia. Prawdopodobnie sam odcinał się od kobiet i swoim twardym podejściem odstraszał większość kręcących się wokół niego piękności.
- Cóż, mogę przedstawić Ci kilka interesujących dziewczyn. - to że jedną miał przed sobą od dobrej godziny nie miało znaczenia. Esmeralda naprawdę mogłaby wystąpić przed nim pół-naga, a on… nie zauważyłby, zignorował bądź kazał jej się ubrać. Rudowłosa nie zamierzała zaprzątać mężczyźnie głowy swoją osobą. Jeśli ktoś tu przyciągał kłopoty, to właśnie ona.
- Yhm. - jak mu powiedzieć, że kiedy się obudzi jej już dawno tutaj nie będzie? Była niesamowicie wdzięczna za gościnę, ale swoim ostatnim zwyczajem zamierzała wyjść nie budząc go. List na stole, śniadanie i te sprawy. Iście tchórzowskie rozwiązanie – tak jednak będzie lepiej.
- Jeszcze zobaczysz, że uzależnisz się od mojej wspaniałej kuchni! - to pewne, że jedzenie będzie mu smakowało. Jeśli żywił się nałogowo syfem, to nawet spalony kurczak miałby dla niego smak szlachetnego karmelu. Lekarka rzadko gotowała tylko dla siebie, bo po co marnować produkty jeśli nie może nikogo poczęstować tym co zrobiła.
- To bardzo zdolna dziewczyna. Powinieneś być z niej dumny. Jestem pewna, że zostanie jednym z lepszych lekarzy młodego pokolenia. - niestety przez ostatnie wydarzenia nie miała już tyle czasu by ćwiczyć z dziewczyną tak często jak chciała. W Louisie był widoczny potencjał – iskra widoczna w lekarzach z powołania, a nie przyszłych wyjadaczach jadących przez całe życie na ściągach.
- A żebyś widział jak zręcznie posługuje się skalpelem. Niedługo przerośnie mnie w umiejętnościach! - twarz lekarki rozświetlił uśmiech i chociaż przed Louisą jeszcze wiele lekcji, dziewczyna była na dobrej drodze. Kto wie, może faktycznie prędko przerośnie „mistrza” i sama zacznie uczyć tego wspaniałego fachu.
- Niepotrzebnie. Kiedy ostatnio przekroczyłeś próg Oświaty? Ktoś Ci coś powiedział? Obraził? - nie rozumiała skąd w Gerardzie takie negatywne odczucia. W całym zamku nie było dwóch jednakowych łowców i nie każdy zgadzał się ze zdaniem dowódcy. Esmeralda wielokrotnie kłóciła się z Vladem, a jednak żadne z nich nie chowało do siebie wzajemnie urazy. To naturalna kolej rzeczy. Ludzkie emocje, odmienność.
- Nie jesteś mi nic winien. Oczywiście, to była tylko luźna propozycja. - rozumiała jego odmowę. Po prawdzie to on sam powinien wyjaśnić sytuację z synem, nawet jeśli upór Zacka z początku będzie mówił inaczej. Tak krótki czas nie pozwolił na dokładne poznanie chłopaka, dlatego ich konflikt w dalszym ciągu będzie zależał tylko od nich.
- Przepraszam, nie miałam nic złego na myśli. Po prostu… widzę jak to Cię gnębi. - dodała po chwili w celu małego sprostowania. Pytanie tylko czy Gerard rzeczywiście porozmawia z synem i czy wydarzy się to jeszcze w tym stuleciu. Obaj byli uparci dlatego mało prawdopodobne jest by któryś z nich wyciągnął rękę jako pierwszy.
- Rada jeszcze nie wie o Samuru. Jeszcze. - odwróciła się, a wtedy mógł dostrzec coś w stylu przerażenia. Ta silna kobieta pierwszy raz się czegoś bała i nawet padający śnieg nie mógł nałożyć na nią odpowiedniej maski. Wiedziała co Hiro z nią zrobi gdy wyjdzie, że to ona przemieniła szlachetnego.
- To że grzebię przy wszelkich szczepionkach nie interesuje szczególnie wampirów. Chodzi o odwampirzanie. O moją krew która jest dla nich wyczuwalna nawet z kilku kilometrów. Rada dowiedziała się o tym co robię i nie są szczególnie zachwyceni. Dla nich to ingerencja w wampirzą naturę. Pogwałcenie praw, wynaturzenie. - westchnęła cicho i ponownie odwróciła się w kierunku drzew – Wiem że mnie znajdą i to tylko kwestia czasu. Jedyne co mogę w tej chwili zrobić to nie dopuścić do tego by inni zostali wciągnięci przez moje bagno. Wiesz jak to działa, Gerard. Najgorsze co może być to świadomość winy. Nie chcę tak żyć. - nie zniosłaby myśli, że przez jej brak rozwagi padł sojusz między ludźmi a wampirami. Nie mogłaby zaakceptować śmierci żadnego łowcy, bo to ona, tylko ona była winna tym wszystkim procederom.
- Nie wtrącaj się. To nie jest Twoja walka, Gerard. Wiedziałam co mnie czeka i jestem gotowa by spojrzeć im w oczy. - żałowała tej chwili zapomnienia. Mogła przecież trzymać ten problem w sobie i nikomu nie stałaby się krzywda.
Nie opierała się kiedy chwycił ją za łokieć. Niska temperatura nie stwarzała warunków w jakich można przebywać bez odpowiedniego ubrania.
- Jak to jest zadupie to nie widziałeś drogi do mojego domu. - tam to dopiero diabeł mówił dobranoc – Nie obraziłabym się gdybyś był tak miły i pożyczył mi rano łopatę. Mimo wszystko będę musiała dostać się jakoś do domu… - i nie ma jak poranny trening w postaci odśnieżania! Tak tak, lekarka zręcznie próbowała zmienić temat, bo po co rozmawiać na wrażliwe tematy.
- Ten stary dziad nawet na mnie nie spojrzał, więc czego miałabym się bać? Chyba tylko odrzucenia. - nie zdążyła ugryźć się w język, więc zdając sobie sprawę co tak naprawdę powiedziała… szybko czmychnęła do kuchni. Dobrze jeśli starość działała na jego słuch i najzwyczajniej w świecie umknęły mu ostatnie zdania.
- Chodźmy na tą kolację. - nałożyła mu solidną porcję na talerz i postawiła na stole podając również sztućce.
- Chcesz do tego sok pomarańczowy? Co prawda nie znalazłam wyciskarki ale damy sobie bez niej radę. - pomachała torbą owoców, zwarta i gotowa do ręcznego wyciskania (bez podtekstów, plz xD). Dopiero po jego decyzji usiadła przy drugim krańcu stołu nad swoim talerzem.
- To smacznego. - wysiliła się na uprzejmy ton. A co było na talerzu? Coś czego jasnowłosy nie miał okazji często jadać. Jakieś roladki z czymś w środku (grzyby?), kolorowe warzywa i ryż. Same rarytasy!

_________________
Powrót do góry Go down
Los
Mistrz Gry (MG)
Mistrz Gry (MG)
avatar

Zarejestrował/a : 02/12/2012
Liczba postów : 47


PisanieTemat: Re: Posiadłość Trizgane.   Sro Gru 20, 2017 5:17 pm

Śnieg padał i padał i nic nie zapowiadało się na poprawę pogody. No cóż, takie uroki zimy. Będąc jednak w domu zarówno Gerard, jak i Esmeralda mogli czuć się bezpiecznie. Mogli z przyjemną, bądź nie rozmową przystąpić do posiłku. Jednak w którymś momencie do uszu łowców dojdzie dziwny hałas, szurania, który nastąpił dość głośnemu uderzeniu, które powtórzyło się kilkukrotnie, lecz już nie było tak głośne. Także były odczuwane drgania, głównie przy upadku, ale czego? Hałas był na tyle przytłumiany iż mało prawdopodobne było że coś co wywołało go miało miejsce we wnętrz rezydencji.
Śnieg, który gościł się na dachu domostwa Trizgane, postanowił się nieco przemieścić, co skończyło się zsunięciem, sporej części na ziemie, która już i tak była pokryta białym puchem. Co prawda nad wejściem do rezydencji było zadaszenie, jednak z tak dużą ilością śniegu, ten zwyczajnie, podpłynął sobie nieco do drzwi, tym samym zasypując ścieżkę, która prowadziła do wyjścia z posesji. Gdy drzwi zostaną otwarte, będzie można zauważyć dość obfitą zaspę, tuż przed nosem. Nie był to co prawda za duży problem, no ale modlić się ino by nie napadało kolejnej porcji na dachu, która po spadnięciu, zapewne dostała by się do drzwi. No chyba że ktoś od razu zabierze się za odśnieżanie. Ach ta zima...
Powrót do góry Go down
Gerard
Łowca Wampirów
Łowca Wampirów
avatar

http://vampireknight.forumpl.net/t1105-gerard-trizgane http://vampireknight.forumpl.net/t3348-gerard#71804
Zarejestrował/a : 31/07/2013
Liczba postów : 356


PisanieTemat: Re: Posiadłość Trizgane.   Sro Gru 20, 2017 6:26 pm

Gerard wiecznie sobie odmawiał. Już raz z powodu jego „zawodu” zamordowano mu żonę. Kiedyś w przeszłości nawet brata, ale to już dawno minęło. Możliwe, że kiedyś też otrząśnie się po śmierci Michiru albo po prostu spotka kogoś, kto odmieni jego postrzeganie na te sprawy. Był zbyt zamkniętym, gburowatym facetem, żeby jakakolwiek kobieta miała do niego cierpliwość. Zatem miała dobre przypuszczenia, że sam odcinał się od kobiet i odstraszał je swoim podejściem ,a raczej jego brakiem.
– Obejdzie się, naprawdę, Esmeraldo. Może już poznałem interesującą damę…
Zawiesił głos, jakby nie chcąc powiedzieć za wiele. Bo i cóż miał jej powiedzieć? Udziel mi rady, jak staremu kumplowi, jak poderwać inteligentną i o wiele młodszą od siebie kobietą, którą w zasadzie jesteś Ty, ale tego Ci oczywiście nie powiem i będę udawał głąba, stosując do Ciebie Twoje własne porady. Będę udawał, że Ty nie wcale się nie zorientowałaś, że chodziło mi o Ciebie… I tak dalej i tak dalej. Gerard nie był takim typem mężczyzny, żeby otwarcie o czymkolwiek porozmawiać, co miałoby związek z nimi. Zresztą nie było żadnych „ich”. Byli parą znajomych, może nieco więcej niż znajomi, z oświaty, razem przecież pracowali, to nie mogli udawać, że się nie znają. Gdyby jej nie znał, to nie zaprosiłby jej na noc, znaczy nie udzielił gościny w swojej skromnej posiadłości, tylko po prostu zadzwonił z domu po taksówkę.
Na pewno też kazałby jej się ubrać, ale nie wcale dlatego, że jej nagie ciało mogłoby mu się nie spodobać, ale dlatego, że biedaczka by się przeziębiła jeszcze! I jak on by sobie poradził ze smarkatą? Jak nawet nie miał tak durnego środka jak polopiryna. A jeśli w tych swoich środkach miała jakieś szczepionki na wzmocnienie albo inną czarną magię, jak to mawiał, to przecież by jej nie zaaplikował. Zamiast wbić jej to w żyłę, wbiłby jeszcze w oko i sam nie wiedziałby jak to uczynił.
Problem był taki, że Gerard zapewne usłyszy wykradającą się Esme z jego domu, bo albo nie będzie spał całą noc, jak zawsze albo obudzi się nim jeszcze nastanie świt, a pierwsze ptaszki zaćwierkają…
– Czyżbyś planowała odwiedzać mnie częściej?
Czyżby rzucał jej wyzwanie? Albo flirtował? Dajcie spokój! Białowłosy nie znał takich sztuczek! On potrafił co najwyżej filtrować… wroga. Zbyt często miał do czynienia z paskudnymi wampirami, które torturował, a za mało czasu spędzał wśród płci przeciwnej. Oświata to byli głównie mężczyźni albo jakieś młode podlotki w wieku jego córki. Pomińmy tutaj wypominanie Prim…
– Jestem z niej dumny. Chciała pójść w ślady matki, więc jej się to udało. Przy takiej mentorce, jak Ty, to na pewno daleko zajdzie.
Wcale nie słodził ani nie komplementował łowczyni. Jeśli mu się przyjrzała w tym momencie, to mogła dostrzec śmiertelną powagę, rysującą się na jego twarzy. Był bardzo dumny ze swojej córki i zapewne gdyby nie jej talent albo zafascynowanie medycyną, Esmeralda nie zwróciłaby na nią uwagi. On miał tego świadomość, ale czy Louisa również?
– Wiem, jak posługuje się skalpelem… Przekonałem się na własnym ciele. Chyba byłem jej pierwszą ofiarą, na której ćwiczyła posługiwanie się ostrym narzędziem.
Miał sporo blizn, a niektóre pozostały jeszcze po skalpelu córki. Była bardzo młoda, kiedy zaczęła opatrywać własnego ojca. Aż zaskakujące było to, jak młoda. Może dlatego jej wiedza medyczna nie była taka mała, jak inne jednostki w tym samym wieku? Gdyby Esmeralda chciała, to mógł jej przecież zademonstrować swoje blizny. Był z nich dumny – oznaczały jego wygrane i przegrane pojedynki z wampirami. Ot, nosił je z dumą, jako pamiątki bitewne.
– Nie pamiętam, kiedy ostatni raz przekroczyłem próg. Chyba jakoś po tym, kiedy złożyłem rezygnację z funkcji dowódcy i po raz ostatni byłem tam z Mariusem, ścierając się o coś z Grigorim. Wtedy stanąłem murem za Mariusem. Teraz nie wiem, czy uczyniłbym to samo. Zniknął. Zaszył się. Zachował jak tchórz.
Cenił przyjaciela, ale nie lubił tchórzy, proste. Może czas najwyższy zaprzestać spoglądać w przeszłość, a patrzeć w przyszłość?
– Nie przepraszam. Wiem, że chcesz dobrze, ale nie zaprzątaj sobie głowy moimi sprawami. Bo po prawdzie, to cóż Cię one mogą interesować? Nie zrozum mnie źle, Esmeraldo, po prostu patrzysz na mnie w dalszym ciągu jak na swojego przełożonego, którym dawno nie jestem.
Wzruszył ramionami. Przypomniał sobie ich pierwsze spotkanie, które nie było zbyt… szczęśliwe, miłe i warte wspominania. Ale tak właściwie zaczęła się ich znajomość, która zaowocowała zaledwie kilkoma spotkaniami.
– To zapewne kwestia czasu, kiedy odkryją prawdę…
Rozumiał to przerażenie, które dostrzegł w kobiecie. Nie była tchórzem. Nie był to ten rodzaj strachu. Bała się przyszłości, patrzyła dalekosiężnie, bowiem nie była krótkowzrocznym i samolubnym łowcą. Martwiła się nie tylko o siebie, ale również o łowców z nią powiązanych, może nawet bliskie osoby, partnera, kochanka czy przyjaciół. Zresztą zaraz potwierdziła jego domysły, wspominając o obawie utraty życia przez innych łowców.
– Sądzę, że bardziej przejmują się tym, co robisz. Też nie do końca to pochwalam, jestem chyba starej daty – eksterminacja lub unieszkodliwienie. Ale wiem, że nie robisz tego na każdym osobniku. Nie chcę jednak zagłębiać się w rozmowy na temat poglądów na ten temat, bo jeszcze się ostro… zetrzemy.
Zawiesił głos tak a’propos tego, czy lubi na ostro. Ale bądźmy jednak poważni przy sprawach, które tej powagi wymagają.
– Nie odmienisz losu. Ich zainteresowanie już się zaczęło, kiedy rozpoczęłaś swoje praktyki, nie ma co się oszukiwać. Jeśli teraz znikniesz, Rada i tak dopadnie tych, którzy Ci pomagali, byli w to zaangażowali lub wspierali jeszcze w inny sposób. Jeśli uciekniesz, odbiorą to jak tchórzostwo.
Ale czy tak samo nie można by powiedzieć o nim?
– Nie obwiniaj się. Jesteś łowczynią. Twoją powinnością jest ochrona ludzkości. Znałaś konsekwencje swojego wyboru, wywodzisz się z łowieckiego rodu. Każdy z nas wie, na co się pisze i bierze odpowiedzialność za własne życie. Nie Ty ponosisz odpowiedzialność za życie tych, którzy umarli lub umrą… Taki niestety jest nasz los. Naprawdę wyobrażasz sobie, że łowca będzie szczęśliwy umrzeć w samotności, ze starości, siedząc w głębokim fotelu i mają na stopach ciepłe bamboszki? Dla nas idealna śmierć, to śmierć na polu bitwy.
Rozgadał się. Pierwszy raz od dawna. Po prostu żył tym… Łowiectwo było dla niego całym życiem – dosłownie. Poświęcił mu bardzo wiele. Czasami myślał, że o wiele za dużo i nie było to warte. Ale teraz… powoli zaczynał myśleć, że się mylił, że powinien wrócić do tego, do czego został stworzony.
– Esmeraldo, jestem łowcą. Łowcy kiedyś stanowili rodzinę. Nie wiem, jak jest teraz w oświacie, ale skoro mogę coś zrobić, to uczynię to. Nawet jeśli miałabyś mnie znienawidzić. Twoje zdolności przydadzą się bardziej za Twojego życia, niż moje.
Sojusz między dwiema rasami zawsze był kruchy. Pamiętał, jak z Marcusem pertraktowali o to wielokrotnie z Radą, której wystarczył byle pretekst, aby zerwać punkty ugody. Cała Rada nie potrafiła sobie poradzić z własnymi wampirami. Chcieli je karać za ich przewinienia, pozwalając, aby przewodniczący sam parał się przestępstwami.
– Postaram się znaleźć jakąś łopatę. Oczywiście do zwrotu! Bo sam się nie odkopię stąd aż do wiosny. Łyżką stołową niewiele zwojuję.
Czyżby kolejny żart? Chyba czuł się w jej towarzystwie bardzo swobodnie. Poza tym poruszali tematy, których z nikim często nie poruszał. Ale to, co powiedziała teraz na chwilę go… no właśnie, co? Nie wiedział, jak zinterpretować jej słowa, bo o co kobiecie może chodzić, kiedy sama nie wie, co ma na myśli? Równie dobrze mogły bawić się w kotka i myszkę. Nim zdążył jakkolwiek zareagować, bowiem wtrąciła szybko o kolacji, którą przygotowała.
– Jasne, sok pomarańczowy idealnie się nada.
Do tego świeżo wyciskany tymi zgrabnymi rączkami (bez skojarzeń, oczywiście, podtrzymuję). Potrawy stały na stole i mieli właśnie zasiadać do wspólnej konsumpcji, gdy zapewne oboje usłyszeli dziwne szmery, stukania i hałasy. Dochodziły z góry, ale nie z piętra nad nimi, tylko raczej jakby ktoś lub coś chodziło po dachu, ale na pewno nie kot. Prędzej podejrzewał jakiegoś wygłodniałego wampira najniższego poziomu. Jeśli tak sprawa wyglądała, to wrócą na obiad szybciej, niż wampir zdąży pomyśleć, że umarł.
Gerard odruchowo wyjął swoją broń, sprawdził na wszelki wypadek, czy na pewno jest załadowana i odbezpieczył ją. Wiedział, że Esmeralda podąży wraz z nim. Nie zamierzał jej powstrzymywać, zatrzymywać, czy walnąć czegoś w stylu: „Ty tu zostać, bo połamiesz sobie paznokcie, a ja się tym zajmę”. Bo po co? Mógł to być przecież nie koniecznie tylko jeden wampira, więc towarzystwo na pewno się przyda. Poza tym wierzył, że sobie poradzi. Była… cóż, dużą dziewczynką.
Dotarli do drzwi niemal bezszelestnie, jak na ludzi. Gerard machnął do łowczyni ręką, żeby stanęła po drugiej stronie drzwi, które zamierzał właśnie otworzyć (otwierały się na zewnątrz). Łowca sięgnął ku klamce, chwila napięcia tum tum tum tu tu tum tututum tu tu tu tuuuu… W końcu otworzył drzwi, gotowy do postrzelenia ewentualnego przeciwnika, którym okazał się… śnieg!  Niemal wytrzeszczał oczy i zdał sobie sprawę, że na śmierć zapomniał o tym, żeby odśnieżać dach! Dobrze, że śnieg nie wpadł do środka, bo byłaby niezła katastrofa.
Zaśmiał się, opierając się ramieniem o framugę drzwi. W ogóle mu nie przeszkadzało, że chłód wpadł do przedpokoju, choć nie wiedział, co na to Esme. Na dodatek nieco śniegu wdarło się do wnętrza wraz z otwarciem drzwi.
– Cóż… to chyba los albo przeznaczenie nas tutaj uwięził. Mogę Ci dać… łyżkę stołową do odśnieżania, jak chcesz, bo tylko to mamy teraz pod ręką.
Tak, stwierdził, że Los miał niezłe poczucie humoru, bo właśnie uwięził ich tutaj, aż wydrążą sobie tunel do bramy. Tyle że drążyć mogli co najwyżej łyżką, bo łopata była w garażu, a do garażu dostać się mogli tylko z zewnętrz, badum tsc.
Zerknął na łowczynię. W sumie niewiele myśląc, chwycił ją za dłoń i delikatnie przyciągnął ku sobie. Najwyżej dostanie z liścia. Albo strzeli mu  między oczy, bo pewnie wciąż dzierżyła w dłoni swoją broń. Gerard pochylił się ku niej i nie zwlekając po prostu ją pocałował.

*brawo Losie za pomysł uwięzienia ich XD*

_________________
Powrót do góry Go down
Esmeralda
Moderator
Moderator
avatar

http://vampireknight.forumpl.net/t1678-esmeralda-green http://vampireknight.forumpl.net/t1704-esmeralda-green http://vampireknight.forumpl.net/t2181-esmeralda http://vampireknight.forumpl.net/t3301-esmeralda#71193 http://vampireknight.forumpl.net/t2074-esmeralda http://vampireknight.forumpl.net/f31-posiadlosc-greenhall
Zarejestrował/a : 05/03/2015
Liczba postów : 1885


PisanieTemat: Re: Posiadłość Trizgane.   Sro Gru 20, 2017 8:15 pm

„Obejdzie się, naprawdę, Esmeraldo. Może już poznałem interesującą damę… „
Przygryzła wewnętrzną część policzka mając nadzieję, że jej mina nie odzwierciedla tego jak naprawdę się teraz poczuła. Nigdy nie wyobrażała sobie że coś z tego będzie. Od kiedy go poznała był przecież dowódcą, a złotych zasad by nie sypiać z szefami się nie łamie. Nie ważne czy zarządzający pociąga Cię bardziej niż ktokolwiek inny. To bez znaczenia. Esmeralda nie wiedziała co odpowiedzieć, bo zwyczajnie było jej głupio. Wyobrażała sobie jak wygląda kobieta która skradła jego serce i czy przypadkiem sama lekarka nie zasiedziała się w jego domu za długo. Louisa nigdy nie mówiła o pojawieniu się macochy, ale nie musiała o tym wiedzieć… Jej ojciec równie dobrze mógł ukrywać swój związek. Może bał się reakcji dorosłej córki, albo zwyczajnie nie należał do osób nazbyt wylewnych (co zresztą by się idealnie zgadzało!).
- W takim razie pozdrów kiedyś ode mnie tą szczęściarę. - niech się udławi winem podczas wspólnej kolacji! Wróć! Esme myśl! Dalsze rozwodzenie się nad wybranką łowcy nie miało żadnego sensu. Wybrał? To świetnie. Niech mu się żyje w szczęściu i dostatku. W końcu nie był jeszcze taki stary i jeśli rzeczywiście wróci do Oświaty to ponownie wróci mu młodzieńcza energia.
Nawet przez myśl jej nie przeszło, że mogłaby być dla kogoś atrakcyjna. Ostatnimi czasy życie podkładało pod nogi same kłody, dlatego przywykła do odtrącenia i wszelakich nieszczęść. Oddała wiele, nie miała już prawie nic. Może poza czystym umysłem, ale ile to potrwa jeśli rzeczywiście dorwą ją wampiry?
- Jeśli rzeczywiście się uzależnisz to chyba nie będę miała wyboru. - w ostatniej chwili ugryzła się w długi jęzor by nie padły słowa typu „jeśli będziesz tego chciał, jeśli mnie zaprosisz”. Kto u licha wymyślił takie ckliwe historyjki?! Pomimo wcześniejszych słów lekarka podjęła grę, chociaż i ten flirt nie należał do szczególnie udanych. Nie oszukujmy się… Zamiast biegać na randki i testować coraz to nowe możliwości, ona najzwyczajniej w świecie siedziała w pracy, albo popijała whisky. W domu. Sama. Po rozstaniu z Leyasu i odesłaniu dziecka całkowicie zatraciła się w przytłaczającym poczuciu bezsilności. Poniekąd ona i Gerard byli do siebie podobni.
- Zrobię wszystko co w mojej mocy żeby jak najwięcej wyniosła z naszych lekcji. A jak już kiedyś odbierze swój własny dyplom… mam nadzieję, że miło będzie wspominać swoją szaloną nauczycielkę. - roześmiała się. Esmeralda bardzo lubiła pracę z młodzieżą. Już od najmłodszych lat jej wpajano, że każda siła na początku zaklęta jest w wiedzy. Bez niej nie istniejesz. Bez niej jesteś nikim i nie spełnisz swoich marzeń. Była dość dziwnym „profesorem” bo zamiast standardowych lekcji zawsze organizowała uczniom coś do czego warto jest później wrócić. Bez konieczności tytułowania per pan/pani, zbędnych konwenansów i długich kijów w tyłkach. Była kobietą wyzwoloną i nowoczesną, a to wszystko sprawiało, że różniła się od innych nauczycieli.
- Tak, pamiętam że nigdy nie pozwoliłeś bym Cię zbadała. Jak to szło? Nie, zostaw! Składa mnie córka! - starała się odtworzyć męski głos dokładają do swojej gry istną nutę marudy i starego capa. No chyba się nie obrazi za mały żart, zwłaszcza, że lekarka w końcu nie wytrzymała i zaczęła się głośno śmiać.
- Przepraszam, to było urocze. - powiedziała w końcu. Cóż, mistrzem taktu to ona nie była. Jeśli gdzieś padnie słowo „przypał”, należało myśleć, że Esme jest gdzieś w pobliżu! Tak tak mili Państwo. Ta rudowłosa kobieta wręcz prosiła się o kłopoty i tytuł naczelnego magnesu na dziwne, niekiedy wstydliwe sytuacje.
- Chętnie zobaczę te jej dzieła. Będę wiedziała nad czym w pierwszej kolejności powinnyśmy popracować. - wcale nie chodziło o możliwość bezkarnego macania i oglądania jego ciało. Przecież to takie dalekie od profesjonalizmu, a Esme jak już wcześniej ustaliliśmy jest lekarzem z krwi i kości. Z powołania, nie zaś jakimś konowałem co obedrze Cię ze skóry i jeszcze wyciągnie rękę z pieśnią „Daj!” na ustach. Najlepiej zobaczyć na własne oczy jaką techniką włada Louisa i czy ucząc się tylko z książek robiła postępy.
Esmeralda też posiadała wiele blizn, lecz w przeciwieństwie do Gerarda nie była z nich zadowolona. Przypominały jej o słabościach i akcjach które poszły nie tak jak powinny. W tym świetle i w pełnym makijażu nie mógł zobaczyć rysy na jej lewym policzku. Tak samo jak wszystkich śladów które na szczęście w całości przykrywał gruby sweter.
- Żebyś wiedział ile razy ja się z nim starłam. Zresztą z Tobą również… - to chyba normalna kolej rzeczy. Esmeralda uważała, że ślepa zgoda nigdy nie prowadzi do niczego dobrego. Jeśli ludzie się różnią, to dlaczego mają nie rozmawiać? Konstruktywna krytyka jest budulcem trwalszym niż komplementy, które jakby nie patrzeć usypiają prawdziwą wolę walki.
- Nie zdążyłam poznać Marcusa, dlatego trudno mi się wypowiedzieć. Nie mam pojęcia co się z nim dzieje… - ostatni raz słyszała o romansie Marcusa i siostry Grigorija. Prim od zawsze lubiła starszych mężczyzn i za cel honoru przyjęła uwiedzenie starszego od siebie faceta. Było to widoczne już na rytuale, ale czy coś z tego wynikło? Dawno nie widziała młodszej koleżanki, więc ten temat wciąż niósł za sobą sporo niewiadomych.
- Może spróbuj się z nim skontaktować? - zaproponowała. Nie chciała mówić na głos, że przy profesji łowcy różnie bywa. Może Marcus nie uciekł z własnego wyboru? A może zwyczajnie miał dość i teraz leży gdzieś na plaży i popija drinki z palemką.
- Jesteś tego pewien? Że traktuję Cię jak przełożonego? - czy jeśli teraz dałaby mu siarczystego gonga w ryj, to zmieniłby zdanie? Stała bez spodni w jego domu, robiąc mu wcześniej kolację i przy okazji siląc się na próbę flirtu, a on… „Traktujesz mnie jak przełożonego!”
Psia mać, niech Cię chuj, Gerard.
Nie zamierzała wyperswadować mu tych myśli. Przecież rano i tak pozostawi po sobie krótki list z podziękowaniem i śniadanie. Potem zaś zapisze się na kurs majsterkowania i już nigdy nie utknie na środku jakieś wypizdowia tylko dlatego, że zepsuł się samochód. Proszę was. Samochód się zepsuł.
- Nikt z nich nie wie jak wygląda rytuał. Nie udowodnią łowcom, że brali w tym udział, zwłaszcza kiedy ja wezmę to na siebie. - co ciekawe wielki Samuru Kuroiashita dołączył o Oświaty. Jeśli Hiro się o tym dowie rozpęta wojnę światową i zrobi wszystko by dorwać rudowłosą w swoje łapska. W sumie nie dziwiła mu się… Zadrwiła z niego, rzuciła wyzwania i od zawsze śmiała mu się w twarz.
- Nawet jeśli odwampirzam tych którzy o to proszą? Samuru był wyjątkiem, Gerard. Jak mogłabym odmówić komuś kto ma już dość takiego życia… Kiedy sam z własnej i nieprzymuszonej woli przychodzi i właśnie prosi o… szansę. O życie. Jak miałabym nie pomóc? Pierdolę to. Dopóki mnie nie złapał będę to robić nadal. Na własną rękę. - wypuściła głośno powietrze i dopiero wtedy doszło do niej, że trochę ją poniosło – Masz rację, to nie jest dobry temat na rozmowę. Oboje w pewnych aspektach jesteśmy bardzo uparci. - łowcy zabijali wampiry i było to zjawiskiem powszechnym i dość naturalnym. Esmeralda nie czuła dumy ilekroć przyszło jej kogoś odwampirzyć. Od zawsze ścierała się z dowódcami, była nierozważna a teraz przyszło jej ponieść konsekwencje swoich decyzji.
- Nie dopuszczę do tego. Choćbym miała sama złożyć wizytę Hiro, po prostu nie pozwolę by oskarżył kogokolwiek innego. - trudno winić łowców, że znaleźli się w złym miejscu i o złym czasie. Uporu czerwonowłosej nie dało się zmierzyć żadną dostępną skalą. Już zdecydowała i oboje z Gerartem byli tego świadomi.
- Dlatego chroń swoją rodzinę. Louisa i Zack wciąż Ciebie potrzebują, a ja… przecież jestem nikim. Poradzę sobie. Niepotrzebnie o tym mówiłam. Po prostu się nie wtrącaj w nie swoje sprawy. - skoro ruda ma się nie wtrącać w życie jasnowłosego, to niech on również pójdzie po rozum do swojej głowy. Pewnych spraw nie należało roztrząsać, bo proces niszczenia rozszerzał się i przenosił dalej. Nie warto więc burzyć przyjętej harmonii i narażać życia dla kogoś kto nie jest tego warty.
- Odeślę Ci łopatę i gratis dorzucę słoik domowego rosołu. Myślę, że to uczciwa wymiana. - pod warunkiem, że łowca nie przypali tej zupy i przypadkiem nie rozsadzi pół chałupy.
- Chociaż ciekawie by było widząc Cię z łyżką odkopującego podjazd. - no nie musiałby nawet biegać. Przyjemne z pożytecznym a kalorie same się spalą. Lekarka wzięła pomarańcze bo skoro zaproponowała sok, to jakże to tak, że teraz go nie zrobi. Nóż w rękę i jedno ciachnięcie by przepołowić owoc. Zawsze lubiła zapach cytrusów, ale tylko kiedy za oknem leżał śnieg, ten smak był… zniewalający. Kojarzył się ze świętami i rodziną.
Była już w połowie wyciskania kiedy do uszu obojga dobiegł dziwny dźwięk… Szybko porzuciła owoc i jak oparzona dobyła kabury z bronią palną. Pierwsza myśl to że ją znaleźli. Przecież ktoś mógł widzieć samochód, mógł poczuć krew bo na rękach i plecach wciąż miała jeszcze nie do końca wygojone zadrapania. Musiała wyglądać komicznie bez tych spodni, ale mimo to poszła za łowcą i zajęła wskazaną przez niego pozycję. Odbezpieczyła broń będąc gotową do załadowania soczystej antywampirzej kulki prosto w łeb potencjalnego denata. Ale tego się nie spodziewała.
- Cholera… - i plan spalił na panewce. Jak teraz zostawi swój uroczy liścik i wyjdzie bez pożegnania. Albo raczej zwieje jak ten no… tchórz.
- Odśnieżmy to dopóki nie zamarzło, bo jutro będziemy tu uziemieni. - co za ironia losu. Kiedyś z przyjemnością spędziłaby z nim więcej czasu i przy okazji poznała go bliżej. Wiedziała, że jej obecność w tym domu nie powinna się przedłużać, więc bezczynne siedzenie było ostatnim na co mogli się zdecydować.
- Tak, los… - zabawne że ten oporny stary piernik właśnie odnalazł siłę do żartów. No boki zrywać cholera. Esmeralda nie była zachwycona głównie dlatego, że nie miała planu B. Próbki same się nie zbadają, wino się nie wypije, a Gerard ma sto ciekawszych rzeczy do roboty nad dotrzymywanie towarzystwa gościowi. Dlatego zdziwiła się kiedy przyciągnął ją do siebie. Z początku sądziła, że tak jak wtedy na tarasie zechce wprowadzić ją do domu i zamknąć drzwi żeby nie zmarzła. Bo przecież pewnie myśli, że jest z cukru, albo zaraz złapie jakąś dziecięcą infekcję. Co z tego, że była dorosłą kobietą. Szkoda, że nie zaproponował jej herbatki rozgrzewającej z imbirem (mrożonką) i cytryną (też wyciągniętą z zamrażalnika). W końcu stało się coś o czym przedtem mogła tylko marzyć. Pocałunek całkowicie wytrącił ją z równowagi, skruszył mur obojętności i sprawił że całe trzeźwe myślenie jakie kiedykolwiek posiadała, po prostu z niej uleciało. Nie, nie odepchnęła go. Odwzajemniła pocałunek tak jakby był ostatnim w jej życiu bo za chwilę każde z nich pójdzie w swoją stronę. Objęła go prawą dłonią, a broń… wypadła z ręki i z trzaskiem upadła na podłogę.

_________________
Powrót do góry Go down
Gerard
Łowca Wampirów
Łowca Wampirów
avatar

http://vampireknight.forumpl.net/t1105-gerard-trizgane http://vampireknight.forumpl.net/t3348-gerard#71804
Zarejestrował/a : 31/07/2013
Liczba postów : 356


PisanieTemat: Re: Posiadłość Trizgane.   Sro Gru 20, 2017 10:13 pm

Gerard też nie wyobrażał sobie, że cokolwiek między nimi mogłoby zaiskrzyć. Jedyne, co iskrzyło to ich odrębne zdania, które wymieniali dość często, kiedy przebywał częściej w Oświacie. Zawsze mieli sobie wzajemnie coś do zarzucenia – oboje byli uparci, a kto się czubił ten się lubił. Gerard nigdy nie patrzył na Esmeraldę, jak na kobietę, bo i po cóż? Nie uważał ją wcale za brzydką, co to tam jeszcze o sobie myślała, po prostu nie wpadłby nigdy na pomysł, że mogła o nim myśleć inaczej niż o swoim dowódcy, a potem współtowarzyszu broni i strzykawki. Dobrze, że Gerard zawsze wychodził z założenia, że niektóre zasady są po to, aby je łamać. Poza tym w tej chwili nie był jej szefem, a ona nie była jego podwładną, więc nie zachodził żaden status bycia podległym.
Nic nie odpowiedział na to, że powinien pozdrowić tę „szczęściarę”. Chyba zagalopował się za daleko, źle dobrał słowa albo po prostu powinien to sobie odpuścić. Był za stary, żeby podejmować jakieś wysiłku flirtu. Problem w tym, że Gerard nie miał żadnej wybranki losu. Znaczy teraz Los w sumie sam popchnie ich ku sobie, a Gerard chyba nie do końca na trzeźwo skorzysta z tej nadarzającej się okazji.
– Taka uzależniająca jesteś? Znaczy Twoja kuchnia.
Tak szybko sprostował, że nawet nie dał jej czasu na zastanowienie się nad jakimś innym sensem jego wypowiedzi. Zresztą sam nie chciał dawać sobie czasu do namysłu, bo znów by to dziwnie wyszło. Nie miałby wcale nic przeciwko, gdyby częściej gotowała i podrzucała mu jakieś zbędne resztki. Nie ukrywajmy, ale naprawdę lubił sobie pojeść, chociaż na takiego nie wyglądał, bo dbał o swoją formę.
– O tym musisz z nią już sama porozmawiać. Wiem, że już kiedyś miała mentora, Twojego poprzednika. Nie wiem, jak wiele zdążył ją nauczyć, ale coś pewnie wyniosła z tych lekcji, chociaż rzadko o tym mówi.
Sam nie wiedział dlaczego, ale nie wypytywał o to córki. Wiedział tylko, że podkochiwała się w tym biednym łowcy – Jamsie. Był od niej dwa razy starszy i właśnie to nie do końca przekonywało Gerard, ale wiedział, że pierwsza miłość dla dziewcząt znaczy całkiem sporo. Wiedział też, że James nie odważy się zrobić czegoś nieodpowiedniego. Zresztą nie było już o czym rozmawiać. Mężczyzna zniknął z oświaty, miasta i jej życia.
– Ha… ha… ha!
Gerard udał, że się śmieje z jej jakże udanego dowcipu. Oczywiście nie brał tego do siebie. Nadal uważał, że medycyna jest nie dla niego, że jej nie potrzebuje i w razie czego Louisa po prostu go poskłada. Wcale nie potrzebował do tego Esme, która miała przecież ważniejsze rzeczy na głowie niż stary człowiek i chciałoby się rzec – morze.
– Śmiej się śmiej, póki możesz. Bo tego dziadka jeszcze na wiele jeszcze stać…
Tak, mówił o sobie. Tak, nazwał się dziadkiem. I tak, jego oczy na moment zabłysły tajemniczo, jakoś tak… zwierzęco? Ale zaraz to złudzenie zniknęło, jeśli oczywiście Esmeralda w ogóle to dostrzegła.
– Pozwolę Ci kiedyś zatem obejrzeć jej małe dzieła sztuki. Oczywiście jako naukowy eksponat.
Żeby sobie nie myślała, że jej się obmacywać bezkarnie. Jemu wcale nie przeszkadzały blizny na ciele kobiety. Michiru również dorobiła się ich kilku. Wiedział jednak, że dla kobiet blizny były szpecące, chciały być idealne pod każdym względem. Ale taki idealny wizerunek kreowały mass media. Dobrze, że Louisa nie chciała być nigdy jedną z tych przeklętych modelek.
– Myślisz, że nie próbowałem? Znam niemal wszystkie jego stare kryjówki, wiem, gdzie mógłby się schować, gdyby chciał ukryć się na jakiś czas. Wiem nawet, gdzie mógłby wywieźć swoją rodzinę. Ale wszelki ślad za nim zaginął. Tak jakby… po prostu wyparował.
Wzruszył ramionami. Albo nie chciał, żeby ktokolwiek go znalazł albo po prostu jakiś wampir w końcu go dopadł. Jednak w tę drugą możliwość nie bardzo chciał wierzyć.
– Tak, jestem. Nie byłaś zbyt chętna przychodząc tutaj. A najchętniej to byś się stąd już teraz wyniosła, ale przez tę śnieżycę to w tej chwili niemożliwe.
Wzruszył ponownie ramionami. Chyba był to jego ulubiony gest. Stała bez spodni w jego kuchni, bo swoje miała mokre od śniegu i nie chciała niczyich ubrań. Kolacji nie chciał, ale i tak na nim ją wymusiła, poza tym głównie robiła ją dla siebie, a Gerard znalazł się przypadkiem. A flirtu z jej strony nie wyczuwał żadnego, bo łowczynie też niezręcznie czyniła te postępy…
Skinął głową, przyjmując do wiadomości, że nikt nie wiedział o jej odwampirzaniu, a przynajmniej o samym przebiegu rytuału. Więc mogła kłamać, że czyni to sama. Ale czy tak stary i mądry wampir jak Hiro da się nabrać na to kłamstwo? Gerard nie wiedział, jak rozległą ma wiedzę ten wampir, ale możliwe, że domyślał się, że nie było to takie proste. Inaczej… Cross już dawno byłby w stanie sam przeprowadzać te rytuały. A nawet kiedy on się tym zajmował, potrzebował do tego wsparcia i… krwi stwórcy.
– Sądzę, że dużo czasu im nie zajmie, żeby domyślić się prawdy.
Chciał jej jedynie dać do myślenia, a miała nad czym myśleć. Nie powinna lekceważyć w taki sposób wiedzy i inteligencji swojego rywala, który był niebezpieczny. Gerard nie wiedział, kto zasiada w Radzie, jej członkowie co chwilę się zmienili, ale wątpił, żeby były to jakieś chuderlaki.
– Nie mówię o takich przypadkach jak Zack. Stworzenie z człowieka wampira też jest wynaturzeniem i nie powinno się tak dziać. Ale Rada nie panuje nad swoimi wampirami, które notorycznie powiększają swoje rzesze o młode, niskiej krwi wampiry. Mamy tylko więcej roboty.
Chociaż musiał przyznać, że ostatnio rzadziej spotykał się z takimi. Może też dlatego, że aż tak często nie opuszczał swojego leża, którym był ten dom?
– Pozwól mi się z nim pierw spotkać, Esmeraldo. Hiro nie uczyni nic mojej rodzinie. Już za bardzo ją skrzywdził…
I przysiągł, że więcej tego nie uczyni. Nie wiedział czemu, ale jego obietnice akurat można było odbierać całkiem poważnie.
– Chronię ją. Po prostu… daj pomóc sobie. Nie jesteś z tym sama.
Dowódca przecież też nie zostawi jej samej z tym kłopotem. Poza tym nie była takim „nikim”, bo gdyby tak było, wampiry i Rada by się nią nie interesowały.
Gerard nie podejrzewał jej tchórzowskiej ucieczki. I pewnie nie mógłby zrozumieć, dlaczego postanowiła rankiem czmychnąć stąd gdzie pieprz rośnie. Naprawdę myślała, że z tą łopatą dokopie sobie drogę jak kret do domu? Wątpił, żeby taksówki jeździły. Ale teraz… musiała gorączkowo pomyśleć nad planem B.
– Wiesz, to wcale nie takie… złe, że jesteśmy tu uwięzieni. Sami. Razem.
Nie zamierzał zatem odśnieżać. Poza tym nie miał już dostępu do łopaty, bo była ona dostępna poza domem.
Była taka pewna, że żartował? Czy zawsze musiało wszystko być żartem? Albo wyglądać tak, że faktycznie jest tym starym pierdzielem? W końcu poszedł za jej poradą i wziął sprawy w swoje ręce. Chociaż to było do niego bardzo nie podobne. Sam nie wiedział, dlaczego to zrobił. No owszem, była pociągająca, ale Gerard zawsze unikał takich kontaktów, nie ważne jak piękna była płeć przeciwna. A teraz? Zachowywał się jak nastolatek, bo zobaczył kawałek gołej pupy… O dziwo odwzajemniła jego pocałunek. Nawet wytrąciła broń z dłoni, która z hukiem wylądowała na podłodze. Gerard kopniakiem zamknął drzwi wejściowe, co by nie nabawiła się dreszczy. Ale ani razu nie odkleił się od jej warg. Jego broń poszła w ślad za bronią Esme, więc teraz oboje byli niemalże bezbronni.
– A, taka jedna, ruda, kazała mi Ciebie pozdrowić…
Wychrypiał, kiedy na chwilę odsunął się od niej. Miała takie miękkie wargi, kojący i pociągający zapach, działała na niego niemal tak narkotyzująco jak na wampiry jej krew.
– Nie chcę marnować więcej czasu.
O co chodziło? A chuj wie! Może nie tak dosłownie, bo zaraz wyjdzie, że Gerard jest jakimś zbokiem. Znów ją pocałował, tym razem nieco bardziej zachłannie. Rozchylił jej wargi językiem, wędrując nim do środka. Nie pamiętał, kiedy ostatnio czuł bliskość kobiety. Jedna jego dłoń powędrowała na jej łopatki, przysuwając ją do siebie, niemalże zakleszczając, jakby znalazła się w pułapce. Gdyby chciała się odsunąć, zapewne by jej na to nie pozwolił. Druga dłoń na razie całkiem niegroźnie wsunęła się w jej rude pukle. Przynajmniej na razie dłonie mu nie wędrowały po jej ciele. Jeszcze…

_________________
Powrót do góry Go down
Esmeralda
Moderator
Moderator
avatar

http://vampireknight.forumpl.net/t1678-esmeralda-green http://vampireknight.forumpl.net/t1704-esmeralda-green http://vampireknight.forumpl.net/t2181-esmeralda http://vampireknight.forumpl.net/t3301-esmeralda#71193 http://vampireknight.forumpl.net/t2074-esmeralda http://vampireknight.forumpl.net/f31-posiadlosc-greenhall
Zarejestrował/a : 05/03/2015
Liczba postów : 1885


PisanieTemat: Re: Posiadłość Trizgane.   Czw Gru 21, 2017 12:50 am

Esmeralda nigdy nie żądała jego uwagi. Był jednym z najlepszych łowców jakich znała, dowódcą i przy okazji przystojnym mężczyzną, do którego nie oszukujmy się ale wzdychały dziesiątki kobiet. Bo Panie w Oświacie nie były ślepe i która tylko mogła wodziła wzrokiem za co ciekawszym kąskiem. Jeśli do tego pełnił w stowarzyszeniu jakąś funkcję, albo miał specyficzne poglądy to nie było zmiłuj. Między tą dwójką rzeczywiście od dawna iskrzyło, ale z miłością, pożądaniem czy jakimkolwiek innym pozytywnym uczuciem nie miało to nic wspólnego. Gerard był przecież starszy, bardziej doświadczony i zupełnie niezainteresowany rudą lekarką. Gdyby nie jego stanowisko z pewnością nie wahałaby się przed mocniejszym kwestionowaniem swojego zdania. Bo jak to tak, że ma siedzieć po całych dniach i… czekać. Że nie może pójść na front, eksperymentować na wampirach bo ten stary pierdziel mówi wyraźne NIE. Widocznie się nie znał, nie rozumiał prawdziwego zamiłowania do sztuki jaką była  medycyna. No dobra… sraty taty… po prostu nie zawsze się ze sobą zgadzali. Nawet po „opuszczeniu” Oświaty czuła się niedoceniana przez Gerarda. Brak jakiegokolwiek zainteresowania ze strony faceta mógł przecież stanowić niezłą obelgę dla potencjalnej kobiety.
Poczuła niejako zawód gdy zignorował kolejny światły przytyk. Był skryty – ok. Ale do jasnej CISNEJ Anielki powiedz coś. Esme uspokój się, te żarty mnie nie bawią, zamknij jadaczkę… Cokolwiek. Najgorsze co mógł jej dać to sroga cisza jakiej nie dało się wypełnić żadną pozytywną myślą. Źle, że ta jego kobieta nie wiedziała o obecności rudowłosej. A co jeśli wróci i zastanie ją… w swetrze, bez gaci za to w majtkach, ale co z tego skoro pierwsze wrażenie mówi swoje. Jeszcze pozostałości po obiedzie sugerujące jakieś dzikie orgie i seks na stole. Esme by zabiła. Nie, najpierw by trzasnęła, wyrzuciła niepożądaną kochankę z domu, a potem zabiła. Tolerancja nie do końca współgrała z tym rudym umysłem, na pewno nie w momencie  gdy poczułaby się zdradzona.
- Może sam się przekonasz. - przestań gadać i w końcu spróbuj. Nie po to kobieta siedziała w garach, żeby teraz Pan władca, król tutejszych włości i cesarz niewieścich serc nawet nie spróbował. Bądź też zjadł zimne i uraczył ją na koniec komplementem z cyklu „może być”. Może kurwa być. Za starania i dobre chęci. Ot podziękowanie! Tak mówiąc szczerze Esmeralda nie miała okazji gotować dla wielu mężczyzn. W tej chwili była sama, a jeśli w jej życiu przez przypadek znalazł się jakiś przedstawiciel brzydszej płci, to ich drogi dość szybko się rozchodziły. Mało kto potrafił stworzyć dobry związek z łowcą. Bez strachu o kolejny dzień, bez zagrożenia, zawodów i kłamstw. Bo trzeba przyznać, że Esme była w kłamstwie istną mistrzynią. Gdyby w tej dziedzinie dało się dostać Nobla, jej gablotka uginałaby się w szwach. Tak by było.
- Chyba nie miałam okazji go spotkać. Jaki był? Pewnie nie pamiętasz w czym się specjalizował… - nigdy wcześniej nie słyszała o swoim poprzedniku. Może za wyjątkiem faktu, że były już badania na wampirach, co za tym idzie… to pewnie on. W dawnym gabinecie głównego medyka nie było dyplomów ani kwiatów. Esmeralda urządziła to miejsce po swojemu, przynosząc tam rzeczy przy których czuła się najlepiej. Sprzęt, sprzęt, więcej sprzętu i absolutna dżungla różnego rodzaju roślin. To one niekiedy stanowiły bazę do leków, ładnie pachniały i wyglądały. Kojarzyły się jej z lasem, choć dużą część przemyciła sama lub kupiła na czarnym rynku. Ale kto by to sprawdził? Kto się na tym zna! Gabinet dawnego medyka był dla niej za pusty i szary. Można by rzec że na swój sposób praktyczny lecz daleki od przytulności. Typowy gabinet konkretnego faceta, a nie bujającej w obłokach rudej laski. Więc dlaczego ten jak mu tam… James?… odszedł?
- A może tak nie było?! - roześmiała się kiedyś kolejny raz przypomniała sobie jego minę i ten zdecydowany ton. Przecież nie chciała pozbawić go cnoty i wywieźć z taborem cyganów za granicę. Chodziło o pomoc – w czystej postaci, bez podtekstów. I spokojnie, nie uśpiłaby go chloroformem by później robić sobie zdjęcia z na wpół ciepłym ciałem. Bo po co?
- Skoro tak ciągle wspominasz swój wiek, to może powinnam Ci załatwić pobyt w sanatorium? Pomyśl tylko… papucie, kąpiele i te gorące staruszki! Ty wiesz, że jak romans to tylko w Ciechocinku! - no tak, Esme i jej suche żarty. Co ciekawe, naprawdę świetnie się przy tym bawiła. Nie żeby Gerard miał jakiekolwiek pojęcie o Polsce i rzekomym uzdrowisku, ale kto go tam wie. Może zaskoczy i z przyjemnością przyjmie propozycję krótkiego urlopu. Z dala od skośnookich wiecznie spieszących się ludzi, od Oświaty i wampirów pijących krew z cycka matki.
- Tylko uważaj, bo te starsze Panie są naprawdę żądne przygód! - uprzedziła go, żeby później nie płakał, że wrócił w podartej koszuli i bokserkach. Tacy panowie w takich miejscach to prawdziwy rarytas dla pań Grażynek czy innych Halinek, które na swojej drodze spotykają w większości starych i pomarszczonych Panów. Na takie ewentualności nawet viagra nie była już dobrym rozwiązaniem.
- Koniecznie. Przecież muszę nadzorować pracę mojej najlepszej uczennicy. - tutaj naprawdę nie było żadnego podtekstu. Wszystko się przecież działo w imię nauki i dla dobra Louisy. Jeśli dziewczyna miała problem z szyciem albo zrobieniem właściwej pętelki, to jak to zweryfikować jeśli nie przez podgląd na jej wcześniejsze działania.
Oczywiście oglądanie blizn będzie działało tylko jednostronnie, bo kto by chciał patrzeć na kobiece ciało z czymś co tak je szpeci. Nikt nie wynalazł jeszcze specjalnego pudru na blizny, więc nijak ukryć te pamiątki przeszłości.
- Może gdzieś się zaszył z Prim? - odparła w końcu. Ciekawe czy Gerard wiedział że jego druh przeżywa właśnie drugą młodość. Przy jasnowłosej nie trudno było stracić głowę… Była przecież piękna i bardzo przebojowa. Nie przyciągała takich kłopotów jak Esme i nie pieprzyła sucharów mogących sprowadzić na świat prawdziwą zagładę. Nic dziwnego, że Marcus stracił głowę, albo chociaż… umilił sobie życie na jakiś czas. Oboje byli dorośli i jako łowcy zasługiwali na chwilę spokoju.
- To znaczy wiem, że mieli się ku sobie. Nie mam pojęcia co z tego wyszło. - to nie była plotka! Prim by się nie obraziła za tą małą zdradę, a poza tym sama chętnie poznałaby również Gerarda. Esme podejrzewała, że Marcus wziął po prostu dłuższy urlop i świetnie się bawi z dala od tego całego zgiełku. Z drugiej strony mogła przecież podpytać Chizuru – gdzie to u licha bawi się jej ojciec, ale czy Gerard naprawdę tego chciał?
- Chętna do czego? - złapała go za słówko i uniosła lewą brew jakby właśnie chciała go zbesztać. Zamiast tego posłała mu najpiękniejszy uśmiech numer pięć i zaczęła kontynuować.
- Nie zrozum mnie źle, ja po prostu nie chciałam Ci przeszkadzać. Wiem, że chcesz mi pomóc i szalenie za to dziękuję. Nie chciałabym nadużywać Twojej gościnności i burzyć codziennego spokoju. Czy naprawdę chciałbyś żebym siedziała Ci na głowie i smęciła bez sensu? Nie oszukujmy się, ale masz na pewno ciekawsze zajęcia niż moje nieskromne towarzystwo. - taka prawda! Zaprosił ją tu z grzeczności, może nawet konieczności. Bo tak trzeba, tego się wymagało. By pomóc, jak łowca łowcy w potrzebie.
- Poza tym jakbyś nie zauważył stoję przy Tobie bez pieprzonych spodni, a ty mi mówisz, że traktuję Cię jak przełożonego. No trzymajcie mnie. Może mam zacząć wyciskać pompki albo robić pajacyki żeby podtrzymać te jakże trafne przekonania. Oj Gerard. -  od zawsze wzbudzał w niej szacunek, dlatego gdyby stał przy niej jako dowódca… pewnie nie odważyłaby się nawet podnieść speszonego wzroku. Słuchałaby rozkazów, czasem trochę pokłapała japą, że się z czymś nie zgadza i tyle. Nie próbowałaby z nim rozmawiać na osobiste tematy i na pewno nie świeciłaby na wpół gołym zadkiem, co też miało teraz miejsce. Ok, sweter swetrem ale wyobraźnia jest świętsza niż złoty Gral.
Flirt w wydaniu Esme był tak nieporadny jak raczkujące dziecko. Takie bajery najłatwiej wychodziły w klubie pełnym facetów. Gdzie leje się alkohol, a panowie jakby zapomnieli o jakimkolwiek wstydzie. Ale to nie miało nic wspólnego z pożądaniem czy miłością. Nie był to nawet sport tylko złudna próba polepszenia własnej samooceny. Po niej zawsze, prędzej czy później, na scenę  wchodziły wyrzuty sumienia.
- Jeśli znajdą fałszywe dowody, to czemu nie? Oni potrzebują winnego, a winna jestem ja. Nie muszą karać całej Oświaty. Wystarczy jeśli publicznie zlinczują jedną osobę. - bardzo długo zacierała po sobie trop, ale krew nie kłamie. Hiro nie był niemądrym wampirem. Jego wiek szedł w parze z doświadczeniem i rozsądkiem, więc trudno go oszukać. Ale nie potrzebował niepotrzebnego rozlewu. Bez niej nie będzie odwampirzania czystych, a co z a tym idzie, zniknie problem. Czy nie tego właśnie chciała rada? Hiro nie mógł powybijać wszystkich łowców tylko na podstawie domysłów. Miejsca odwampirzań od zawsze były dokładnie czyszczone, zatem trudno tam znaleźć jakiekolwiek dowody. Był tylko list gończy z imieniem i podobizną lekarki.
- Wiesz od czego to się zaczęło? Ta nagonka na mnie… Od momentu kiedy odwampirzyłam czystego wampira krwi B. On również sam do mnie przyszedł ale nie wytłumaczę tego radzie. Według nich ten proceder nie powinien mieć miejsca. Ja jestem usterką w łowieckim zespole i żeby to wszystko działało w harmonii powinnam zniknąć. Co powiem Hiro? Hej przewodniczący, sorry gościu ale ten wampir sam się prosił? Ach i w sumie zapomniałam Ci powiedzieć, że on jest teraz pieprzonym łowcą bo ma w dupie Ciebie i swoich dawnych druhów Kuroiashita? - wstępną rozmowę z Hiro zagrała to prawie jak „Na wspólnej”. Aż żal ją ścisnął na myśl, że prędzej czy później naprawdę przyjdzie jej stawić czoła wampirowi. Przecież nie przyzna się łowcy, że problem poszedł już głębiej niż można by przypuszczać. Hycel był w jej domu i to między innymi dzięki temu Rada zdobyła ciążąca dowody. Bo była tam jej krew.
- A jeśli uczyni coś Tobie? - spojrzała mu w oczy zastanawiając się czy jest gotowa na takie pożegnanie. Nie mogłaby się zbliżyć do lustra na myśl, że ktoś naraziłby się… dla niej.
- Dlaczego to robisz? - nie mogła zrozumieć po co i dlaczego. Przecież od dawna nie był w Oświacie. Nie lubił lekarki, przez długi czas była dla niego niewidzialna. Dlaczego miałby zaburzyć spokój swój i własnej rodziny, by pomóc. Ta gra nie była warta świeczki, a Gerard jako mądry i zapobiegliwy facet powinien doskonale sobie z tego zdawać sprawę.
- Gerard, dobrze wiesz, że jeśli poślą za mną Hycla to nie ma już… szansy. Dbaj o żywych, dowódco. Powinieneś wiedzieć kiedy już nie ma dla kogoś nadziei. - bała się, że jeśli i on się w to włączy, Hiro dostanie istnej wścieklicy. Ukrycie faktu że działała sama wisiałoby na bardzo cienkiej lince niepewności.
- On i tak by się nie zgodził. Zakończmy ten temat. Dziękuję Ci za dobre chęci, ale tak samo jak ty prosiłeś mnie o nie wtrącanie się do Twoich spraw, tak vice versa. - o, a masz. Wrzucę Ci jeszcze i więcej. W pewnych aspektach zaufanie musiało działać obopólnie, bo jak to tak, że ty dla mnie wszystko, a ja dla Ciebie nic. Tak to nie zagra.
Lekarka nie powiedziała Grigorijowi o swoich problemach. Przed światem na ogół przybierała jedną z fantastycznych masek gdzie niczym nie wzruszona Pani doktor parła do przodu. Bała się cholernie i te strach wzrastał ilekroć pomyślała o własnej córce. Dzieciak miał tylko dwa lata i Esme nie wybaczyłaby sobie nawet pokutując w siódmym kręgu piekła jeśli małej by coś się stało. Albo jakiemuś Bogu ducha winnemu łowcy, który kiedyś przypadkiem zjawił się na rytuale.
Gerard nie wydawał się być zasmucony faktem przewrotnego losu. Przez moment miała wrażenie, że świetnie się bawi! Jak bowiem wytłumaczyć fakt, że taki chłop jak dąb jeszcze nie poleciał po coś do odśnieżania i z werwą wojownika zabrał się za dziurę. To znaczy potencjalny otwór przez który mógłby… wyjść na świat! Tak! Uwolnić się i pośpieszyć po pomoc zanim zastaną ich kolejne śniegi. Jakiś pług czy chociaż uczynnego sąsiada z wąsem i piersiówką na podorędziu. Naprawdę w innych okolicznościach mogłaby się ucieszyć, ale odpieranie ataku wampirów w domu skąd nie ma ucieczki… no nie należało do typów śmierci jakie chciałaby przeżyć.
- Ale… musimy… musimy… to… - zamilkła oddając się pocałunkom. Czuła bijące od niego ciepło i zdecydowanie z którym przyciągnął ją do siebie. Zatrzasną drzwi i mimo że w przedpokoju wciąż wiało chłodem od zimowego powietrze które wpadło, ona nie czuła zimna. Wręcz przeciwnie… Niespodziewany pocałunek nie tylko niósł za sobą zaskoczenie, ale był jednym z przyjemniejszych zdarzeń jakie ją ostatnio spotkały.
To tylko całus, tylko całus, tylko…
Powtarzała w myślach jak mantrę, ale jej ciało było innego zdania. Pobudziła się do życia, drżąc pod jego dotykiem. Mogła przerwać to w jednej chwili, poprosić by przestał, bo przecież mają jeszcze czas. Pożądanie całkowicie nią zawładnęło, a z jej ust nie padło żadne słowo odmowy…
Kiedy powiedział te swoje pozdrowienia, źrenice rudowłosej rozszerzyły się w geście niedowierzania. W jednej chwili wszystko zaczęło do siebie pasować i choć nie wierzyła w to co się dzieje, wszystko było rzeczywiste. On był prawdziwy, podobnie jak dotyk i smak jego warg.
- To go nie marnuj. - wsunęła język do jego ust odwzajemniając pocałunki. Jej dłoń powędrowała do guzików koszuli, które rozpięła z precyzyjną, wręcz chirurgiczną wprawą. Nie myślała nad tym co robi...to była chwila. Odnalazła dłoń mężczyzny prowadząc ją w okolice swoich pośladów, gdzie napotkał delikatną koronkę jej bielizny. Sama zaś z ust przeniosła się na jego szyję, by za chwilę zejść niżej na tors. Koszula była zbędna, dlatego o ile Gerard nie był do niej bardzo przywiązany, Esme zwyczajnie się jej pozbyła. Ale stalkerom mówimy dobranoc, bo seksu to z tego NA PEWNO nie będzie.
Powrót do góry Go down
Gerard
Łowca Wampirów
Łowca Wampirów
avatar

http://vampireknight.forumpl.net/t1105-gerard-trizgane http://vampireknight.forumpl.net/t3348-gerard#71804
Zarejestrował/a : 31/07/2013
Liczba postów : 356


PisanieTemat: Re: Posiadłość Trizgane.   Czw Gru 21, 2017 12:26 pm

Pytanie odnośnie do poprzedniego zarządzającego skrzydłem szpitalnym zaskoczyło łowcę. Spojrzał na nią, jakby była co najmniej kosmitką i uniósł nieznacznie brwi. Serio zadała mu takie pytanie? Nie znała jeszcze Gerarda na tyle, żeby nie wiedzieć, że mężczyzna nawet gdyby się dowiedział, to szybko by zapomniał, czym medyk się zajmował?
– Wiesz, nie przywiązywałem do tego wagi. Ja miałem swoje zadania, on miał swoje, poniekąd miał wolną rękę, bo był doświadczonym medykiem. Prowadził jakieś badania. Wiem, że chyba prowadził badania nad udoskonaleniem czarnego raka. I tyle. Nie interesowałem się tym zbytnio, szczerze mówiąc. Może zapytaj Louisy, prędzej będzie wiedziała, czym się zajmował.
O ile taki medyk chciał się dzielić swoimi badaniami z padawanką. Była przecież tylko uczennicą, szkoliła się pod jego czujnym okiem z medycyny, a nie alchemii czy co on tam jeszcze robił. Gerard naprawdę nie miał zielonego pojęcia.
– A Ty wiesz, że myślałem o jakimś sanatorium? Myślisz, że mają tam aerobik dla starców, żeby mi w kręgosłupie nie strzyknęło?
No całkiem poważnie podszedł do sprawy! Może, kiedy złoży na skierowaniu swój podpisik, szybciej dostanie jakiś przydział do Ciechocinka i nie będzie musiał czekać dwóch lat? Bo przecież przez ten czas to zdąży zemrzeć z trzydzieści razy, ale kogo to obchodziło? Takie kolejki do lekarzy i oczekiwanie czterech lat na wizytę, to tylko w Polsce! Dobrze, że on pochodził z Francji…
– Prim? Jaka Prim?
Zmarszczył się wyraźnie, nie bardzo rozumiejąc o co jej chodzi. Marcus nie miał żadnej Prim, może dziewczyna okazywała mu jakieś względy, ale on przecież spotkał swoją byłą miłość – Emmę, z którą miał nawet syna, co było bardzo ciekawe, bo ponoć był niepłodny. Masz babo placek, tak się kończy uprawianie (nie)bezpiecznego seksu. Jednak jeśli łowczyni będzie chciała ciągnąć dalej ten temat, to od Gerard niczego się nie dowie. Nie był plotkarzem, a uważał, że życie prywatne innych osób, a na pewno jego przyjaciół, to rzecz święta.
– Esmeraldo, moja gościnność nie ma nic do rzeczy z Twoim problemem. Jesteś łowczynią, do cholery. Ja też jestem łowcą. Może niemal emerytowanym, ale nie mogę stać bezczynnie. Szczerze mówiąc, to Twój problem nawet mnie ucieszył. Nie zrozum mnie źle, po prostu czuję, że… znów mogę być przydatny, coś zrobić. Że to uczucie znów powróci. Co ja mogę robić całymi dniami? Popatrz, Esmeraldo! Siedzę tu sam i gnuśnieję. Starzeję się w tych czterech ścianach, w tej piekielnej klatce. Jestem pieprzonym łowcą i chociaż starałem się uciec od mojego przeznaczenia, to na pojawiłaś się Ty na mojej drodze i opowiedziałaś mi z własnej woli o swoim problemie. Problemie, który dotyczy całej oświaty. Poza tym już za późno. Zdania nie zmienię. Możesz nawet stanąć na rzęsach…
Był cholernie uparty, jak na każdego, kto kiedyś był albo jest dowódcą. Inaczej, bez tej cechy, każdy wlazłby na głowę dowodzącemu. Mówił bardzo poważnie i nie zamierzał ustąpić. Chyba nie sądziła, że dowódca się o tym nie dowie i pozwoli jej tak po prostu odejść? Naprawdę sądziła, że uda jej się uciec nie tylko nad ranem z jego domu, ale również cichcem z oświaty? Myliła się. Łowcy potrafią się zmobilizować, kiedy przed nimi pojawia się zagrożenie. A Rada nim była. Nie nowy burmistrz, nie pałętające się po mieście słabe wampiry, tylko Rada, która zapewne knuła, jak wyniszczyć od środka oświatę. Nie chodziło tylko o Esmeraldę – ona miała być tylko powodem, dla którego miała wybuchnąć kolejna wojna między łowcami i wampirami.
– Zauważyłem. Sama zdjęłaś spodnie, nie maczałem przy tym palców…
Przecież chciał dać jej spodnie Louisy! Miała ich pod dostatkiem, a potem najwyżej by dziewczynie odkupił. Ale skoro nie chciała, to co poradzi na to? Paradowała niemal z gołym tyłkiem i mogła się nabawić wilka! Ha… pomijając faktu, że on sam miał przydomek Białego Wilka.
– Spreparować nie będzie trudno, jeśli naprawdę im zależy na kolejnym konflikcie. Zawieranie wszelkich paktów pokojowych zawsze było krótkotrwałe i nigdy nie było praktykowane w stu procentach.
Tak, na pewno by się postarali o fałszywe dowody na poczynania Esmeraldy. Kto przecież z Rady Wampirów podważyłby zdanie przewodniczącego? Nikt. Jego słowa były dla nich święte, nie licząc pozostałych wampirów.
– Nie wystarczy im jedna osoba. Zacznie się od Ciebie. Zawsze zaczynało się od jednego łowcy, a potem sięgali po resztę. Pierw był Marcus, potem ja, a później był konflikt między łowcami i wampirami. Teraz Hiro świadomie bądź nie dąży do tego samego.
Na pewno zniknięcie Esmeraldy rozwiązałoby problemy odwampirzenia. Ale to nie były jedyne problemy.
– Poza tym skąd Hiro ma wiedzieć, czy na przykład nie chowasz sobie następczyni? Kogoś, kto pójdzie w Twe ślady, kiedy zlikwidują Ciebie.
Czy teraz dał jej do myślenia, że nie chodziło tylko o nią, a o to, że wystarczył byle pretekst, aby zniszczyć oświatę? Przecież ktoś musiał wydać pozwolenie Esmeraldzie na takie działanie. A oprócz dowódcy nikt nie miał takiego prawa, więc ta sprawa dotyczyła całej oświaty.
– Jeśli uczyni coś ze mną, postaram zadać mu bolesne ciosy albo zabrać go ze sobą. I jeśli tak się zdarzy, to pewnie jest nasze ostatnie spotkanie.
Puścił ku niej oko. Wątpił szczerze, żeby udało mu się zabrać Hiro ze sobą. Był szlachetnym wampirem, leciwym, silnym i potężnym. Ale już postara się, żeby pożałował podniesienia na łowcę ręki.
– Jestem łowcą. Uczę się na błędach. Już raz usunąłem się w cień i nie chcę popełnić tego błędu drugi raz. Nie jestem dowódcą, do cholery. To już nie jest mój obowiązek – dbać o żywych. Mogę teraz… być samolubny i postępować według siebie. A według mnie muszę Ci pomóc. Wątpię, że Grigorij miał coś przeciwko.
Postanowione. Temat zakończony. Jeśli miała coś jeszcze do powiedzenia, żeby odwieźć go od samobójczej misji, to i tak jej nie posłucha. Wiedziała przecież jaki był uparty. Decyzja zapadła i nie ma odwrotu.
Gerard nie myślał o niczym, nie starał się przekonywać siebie, że to coś znaczy albo jest tylko pocałunkiem. W tej chwili był jak typowy facet, czyli wyłączył myślenie, nie zastanawiał się nad konsekwencjami, tylko pozwolił sobie na chwilę zapomnienia, mając w swych ramionach rudą zołzę. Nie myślał, co będzie dnia następnego. Nie zastanawiał się nad tym, jak spojrzy w oczy kobiety czy też to, co ich mogłoby dziś połączyć, wyewoluuje w coś trwalszego. W tej chwili w ogóle o czymś takim nie myślał, bo nawet nie przypuszczał, że kiedykolwiek spotka jakąś inną kobietę po śmierci żony.
– Tak jest, pani komandor.
Mruknął, nie przestając jej całować. Kiedy dłonią chwyciła jego dłoń i skierowała ją ku swojemu tyłkowi, zanurzył ją pod sweter, a po chwili i pod materiał koronkowych majtek. Lekko ścisnął pośladek, przygryzając jej dolną wargę. Nie przejmował się tym, że zaczęła rozpinać jego koszulę, nie zamierzał jej powstrzymać w żaden sposób. Sumienie na razie siedziało cicho, bo doznało szoku, że jego właściciel odważył się na coś takiego po tak wielu latach.
Gerard przesunął swoją dłoń z spod majtek na biodro, potem delikatnie głaskał jej brzuch i powędrował powoli pod koronkowy stanik, by kciukiem spocząć na jej sutku.
– Może przeniesiemy się do innego pomieszczenia?
Wątpił, żeby chłodna i mokra od śniegu podłoga w holu była odpowiednim miejscem. Jeśli łowczynie wyraziła chęć przeniesienia się w urokliwsze miejsce, to Gerard przejdzie do czynu. Podłoży drugą dłoń po pośladki Esmeraldy i pomoże jej „wspiąć” się na niego, aby mogła opleść go nogami. W taki sposób zamierzał wejść po schodach na piętro i skierować się do pokoju. Do jego sypialni…

_________________
Powrót do góry Go down
Esmeralda
Moderator
Moderator
avatar

http://vampireknight.forumpl.net/t1678-esmeralda-green http://vampireknight.forumpl.net/t1704-esmeralda-green http://vampireknight.forumpl.net/t2181-esmeralda http://vampireknight.forumpl.net/t3301-esmeralda#71193 http://vampireknight.forumpl.net/t2074-esmeralda http://vampireknight.forumpl.net/f31-posiadlosc-greenhall
Zarejestrował/a : 05/03/2015
Liczba postów : 1885


PisanieTemat: Re: Posiadłość Trizgane.   Czw Gru 21, 2017 2:22 pm

Z punktu widzenia lekarki zainteresowanie poprzednikiem było rzeczą dość naturalną. Po objęciu posady w Oświacie i niejakim awansie na głównego medyka, Esme doszła do perfekcji jeśli chodziło o znajomość własnego zespołu. Ale nikt ze starszych pracowników nie mówił nigdy o dawnym właścicielu jej gabinetu. Nie zdziwiła się szczególnie, że Gerard nie zagłębił się w temat nie mając bladego pojęcia jak odpowiedzieć na to pytanie. Wszak nigdy nie zapuszczał się na szpitalne skrzydło…
- To tylko moja ciekawość… Zostawmy tą sprawę. - mieli setki innych tematów do poruszenia, więc nie warto katować mężczyzny czymś co już dawno przeminęło. Louisa rzeczywiście mogła mieć pogląd na tą całą sytuację, lecz czy to coś zmieni? Dawny medyk nie wróci, a jeśli nawet, to które z nich wówczas obejmie powinność prowadzenia szpitala dla łowców? Czas Esmeraldy się kończył, więc wybór był chyba prosty.
- No widzisz? Myślę że jeśli lekarz prowadzący zapisze odpowiednie… zabiegi, to i aerobik się znajdzie. Najwyżej po godzinach i z jakąś napaloną staruszką w roli głównej. - znów nie zdążyła ugryźć się w język, ale suchar szybko nadrobiła żartobliwym tonem i uśmiechem – Na pewno będziesz zadowolony! - co niektóre kuracjuszki to prawdziwe profesjonalistki. Nie żeby Gerard pomyślał, że Esme wysyła go do burdelu – co to to nie! Lekarce zależało na zdrowiu i dobrej formie każdego łowcy, a jeśli jasnowłosy marzył o własnych 20 metrach w jakimś fajnym kompleksie…
- Tylko żebyś później do mnie nie dzwonił i nie płakał, żebym Cię stamtąd zabrała! Bo uprzedzam ale będę okrutna. - zaśmieje mu się do słuchawki pytając czy przesłać mu jednak jakąś viagrę i zestaw prezerwatyw na cały rok. No dobra, żarty na bok, ale jak się opanować, kiedy lekarka wyobraziła sobie tą sytuację? Zakryła usta dłonią, co w żaden sposób nie pomogło opanować śmiechu. I tak pewnie by w końcu pękła i zjawiła się tym swoim paskudnym pożyczonym autem, które zapewne zepsułoby się na środku drogi. Z dala od cywilizacji i napalonych pań, które jeszcze kilometr biegły za swoim zbiegłym kochankiem.
- Prim to moja koleżanka. Łowczyni. Ładna, długonoga blondynka. Naprawdę wielu facetów traci dla niej głowę. - pominęła już fakt, że to rodzona siostra obecnego dowódcy. Prim podobnie jak kiedyś Esme była kobietą twardo stąpającą po ziemi i biorącej wszystko to na co miała ochotę. Rudowłosa od dawna nie miała większego kontaktu z przyjaciółką, bo praca i wychowanie dziecka zręcznie utrudniły bieganie na imprezy.
Szczerze mówiąc lekarka nie wiedziała o żadnej Emmie. Ten temat był obcy, bo nie znała też samego Marcusa. W jej oczach mężczyzna był bardziej zdziadziały jak Gerard i nigdy jakoś… nie pociągał jej fizycznie. Jedyne słowa jakie przyszło im zamienić to istny moment tuż przed rytuałem odwampirzenia Crossa. A to, że Prim postanowiła uwieść starego łowcę, to takie jej prawo! Przecież nie robiła nic przeciwko  Marcusowi.
- Mogę Was kiedyś sobie przedstawić. Jeśli chcesz. - zaproponowała niechętnie ale z grzeczności. Esmeralda wiedziała, że młodsza koleżanka z przyjemnością pozna legendę Oświaty łowieckiej i kto wie… może wzbudzi w nim większe emocje niż kiedykolwiek mogłaby to zrobić lekarka. Prim była śliczna i żywiołowa. Nie jak jakaś stara panna zakopana po uszy w robocie i opierdalająca wszystkich wokół. Po prostu cieszyła się życiem.
- I co, pójdziesz do niego i co mu powiesz? To że oboje jesteśmy łowcami nie ma nic do rzeczy. Jeśli chcesz coś zrobić dla innych to rusz ten swój uroczy tyłek i z łaski swojej wróć do Oświaty. Tam Cię potrzebują i TAM możesz coś jeszcze zmienić. Coś pokazać. - sam był sobie winien tej całej samotności. Już dawno mógł wrócić do dawnego życia i zamiast godzinami czyścić broń, wreszcie zrobiłby z niej użytek. Płomiennowłosa nie wierzyła w szczęśliwe zakończenia.
- Słuchaj Gerard, jeszcze chwila i przywiążę Cię do kaloryfera. Przynajmniej nie zrobisz nic głupiego. - i zobaczymy kto tutaj jest bardziej uparty! Lekarka może nawet mu dowozić żarcie i od czasu do czasu ściągnie też knebel żeby nabrał trochę świeżego powietrza. Co zaś powie Louisie? Zostawi się przy nim kartkę, że to nowy rodzaj medytacji i pod żadnym pozorem nie można mu przeszkadzać, bo cały efekt leczenia duszy pójdzie w pizdu.
- Sam kazałeś mi je zdjąć! - proszę, teraz będzie się wypierał, że jest niby taki niewinny. Ubranie się w coś co należało do Louisy nie było dobrym pomysłem. Oczywiście lekarka nie zniszczyłaby żadnych spodni czy bluzki, ale mimo podobnej postury, Esme wciąż była trochę szersza tu i ówdzie. Paradowanie w ciut przyciasnych spodniach było mniej seksowne niż swobodne poruszanie się we własnej, osobistej i przepięknej bieliźnie. Nie robiła tego rzecz jasna dla Gerarda tylko własnej wygody. Co jeśli przykucnęłaby w takich spodniach, a one bezczelnie pękłyby w szwach? No wstyd na całe osiedle. Ba, przypał na całą Yokohamę. I wtedy nawet seksowna bielizna wyglądałaby żałośnie.
- Jeśli tak bardzo przeszkadza Ci ten widok, to nie ma problemu. Przynieś moje spodnie. Specjalnie dla Ciebie je założę, tylko nie zdziw się jak później zostaniesz wysłany do apteki po żurawinę. - to nie takie żarty z tym wilkiem. Lekarka nigdy nie chorowała, ale również przywiązywała dużą wagę do zdrowia. Piła herbatki z imbirem, stosowała specjalną dietę i biegała codziennie po jakieś dwie godziny. Właśnie dzięki treningom jej sylwetka była szczupła, a gołe nogi mogły zwrócić uwagę niejednego mężczyzny. Rzecz jasna oprócz Gerarda. Esme zdecydowała, że po tym wszystkim namówi Louise by zabrała ojca do okulisty. Wciśnie jej jakąś historię o podejrzeniu jaskry czy innych pierdołach, a wtedy jasnowłosy będzie miał za swoje.
- Hiro jest przewodniczącym rady, ale są również inni. Jest zbyt cwany by „załatwić” mnie bez świadków. Pewnie czeka mnie jakiś proces, może zechcą sprawdzić moją prawdomówność. Jeśli przedstawione przez nich dowody im nie wystarczą, zawsze mogę wcześniej poprosić jakąś dobrą duszę o usunięcie tej części wspomnień. Albo ich zmianę. - już wcześniej myślała o takiej opcji. Póki sprawy nie zaszły tak daleko wielokrotnie analizowała każdy możliwy scenariusz. W jej rodzinie były już przypadki gdzie tacy jak ona zostali zdemaskowani. Poniekąd to dlatego bliscy na przestrzeni wieków zostali wybici, a magia w większości umarła wraz z nimi.
- Następczyni? - znów pomyślała o swojej córce, która przecież nie była winna błędom szalonej matki. Esmeralda wiedziała, że w Ally również obudzi się kiedyś ten rodzaj magii, a wtedy mała może zostać z tym całkiem sama.
- Nikogo takiego nie ma i nie będzie. Jestem ostatnia z rodu. - przez lata dopracowała swoje kłamstwa do perfekcji. Sama chciała wierzyć w to, że córce nic nie grozi, ale właśnie z przyczyn bezpieczeństwa wyrzekła się dalszego macierzyństwa. Hiro nie wiedział i nigdy się nie dowie. Nie dotarł również do mentorki rodu, a to oznaczało, że nie wszystko jeszcze stracone.
- Jesteś silnym łowcą, ale oboje wiemy, że on… nie jest łatwym przeciwnikiem. Nawet nie znamy jego mocy, nie mamy pojęcia czego się po nim spodziewać… Wiem, że jest bezwzględny i bardzo cwany. Nie chcę żebyś z nim zaczynał i do CHOLERY USZANUJ TO. To jak ostatnia pierdolona wola zmarłego, więc przestań mi tu pieprzyć dyrdymały. Nigdzie nie pójdziesz. Choćbym miała Cię tu… zatrzymać siłą. - zaraz rozpocznie się walka na gołe klaty, ale żadne z nich nie wyglądało na skore do zmiany zdania. Po raz enty lekarka pożałowała swojego długiego jęzora. Co powiedziałaby Louisa na wieść, że ojciec popędził na samobójczą misję? I w takich chwilach pomysł z kaloryferem znowu nabierał sensu.
- Grigorij nie wie o liście gończym i lepiej, żeby się nie dowiedział. Nie zamierzam stawiać na nogi Oświaty tylko dlatego, że zgubiłam gdzieś po drodze rozwagę. Zrozum Gerard, naprawdę dużo o tym myślałam i jestem już pogodzona z losem. Ludzie mający bliźniacze umiejętności do moich nie dożywali nawet trzydziestego roku życia… Ja wiedziałam co mnie czeka. - taka była prawda. Historia rodziny kryła w sobie wiele ciemnych historii, gdzie matki traciły swoje córki, a łowcy dobre łowczynie. Taka była kolej rzeczy, a jeśli po drodze Esmeralda mogła odmienić czyjeś życie, należało być tylko dumnym.
Wiedziała, że nie wyperswaduje tego pomysłu Gerardowi, bo on podjął już decyzję. Mogła spróbować go zatrzymać i tak też uczyni. Zwykle tęgi umysł w tej chwili był sparaliżowany i niezdolny do obmyślenia podstawowego planu.
- Jeśli nie zrezygnujesz pójdę do niego sama. Jutro. - szantaż nie był dobrą metodą, ale może to mogło ostudzić zapał jasnowłosego.
Oddając się chwili lekarka nie pomyślała, że przez to dziwne zrządzenie losu ta dwójka mogłaby się do się zbliżyć. Jakoś nie była przygotowana na deklarację, miłość aż po grób i obietnice, że jedno drugiego nie opuści aż do śmierci. Jakaś część w jej ciele jasno powtarzała, by to zatrzymać. Nie brnąć dalej i absolutnie nie przywiązywać się do nikogo. Ale… Gerard nie mógł tego traktować poważnie, prawda?
Westchnęła cicho kiedy jego dłoń ominęła materiał bielizny i dotknęła ciała. Dotyk mężczyzny od zawsze wprawiał ją w stan, który trudno opisać jednym słowem. Jej apetyt rósł wraz z każdym kolejny ruchem. Przytrzymała zębami jego wargę, bawiąc się nim i podjudzając. Piersi również zareagowały na wędrującą dłoń, dlatego chwilę po ich  dotknięciu mógł poczuć rosnące pobudzenie. Początkowo nie dotarła do niej propozycja zmiany scenerii na te jakże upojne chwile. Pewnie zostaną mu na szyi malinki, ale nie dbała o to. Nie teraz.
- Prowadź. - szepnęła wprost do jego ucha i oplotła jego ciało nogami. Nie dała mu czasu na odpowiedź, bo szybko odnalazła jego usta, racząc go głębokimi pocałunkami. Nie przeszkadzało jej, że wziąłby co trzeba na środku przedpokoju, pralce, stole kuchennym, czy innym dziwnym miejscu. Byli tutaj razem. Sami… i prawdopodobnie odcięci od świata na dobre paręnaście godzin.

_________________
Powrót do góry Go down
Gerard
Łowca Wampirów
Łowca Wampirów
avatar

http://vampireknight.forumpl.net/t1105-gerard-trizgane http://vampireknight.forumpl.net/t3348-gerard#71804
Zarejestrował/a : 31/07/2013
Liczba postów : 356


PisanieTemat: Re: Posiadłość Trizgane.   Pią Gru 22, 2017 3:01 pm

– Esmeraldo, jest mi coś dłużny. Uczynił coś niewybaczalnego i zamierzam mu o tym przypomnieć, dlatego nie podniesie na mnie ręki.
Był tego pewien, ale nie chciał wyjaśniać łowczyni skąd się wzięła ta jego pewność. Uznał, że to nie była jej sprawa, w końcu niewiele ich łączyło. Może odczuwali wzajemnie do siebie przyciąganie, może coś miało zakiełkować między nimi na jedną noc – taka chwila zapomnienia należała się przecież każdemu.  Jednak nie chciał się przed nią spowiadać z przeszłości, odsłonić akurat teraz wszystkich kart. Wiadomo, gdyby faktycznie połączyło ich coś głębokiego, stałego, nierozerwalnego, wtedy nie chciałby i nie mógłby mieć przed nią żadnych tajemnic. Ona też przecież miała przed nim tajemnice – istnienie swojej malutkiej córki. I wcale nie robiłby jej o to nigdy wyrzutów, to była jej decyzja i doskonale by ją rozumiał. Sam postępował tak samo, ale to ze względów bezpieczeństwa. Łowcy byli na tym punkcie przewrażliwieni, nie ma się czarować.
– Wiesz doskonale, że nie jestem taki bezbronny, żeby bez walki poddać się… przykucia do kaloryfera.
Oczywiście nie tylko o to mu chodziło. Tyczyło to się również wszelkiego zamknięcia łowcy w jakimś pomieszczeniu, aby, według niej, nie uczynił niczego głupiego. Podjął już swoją decyzję i nie zamierzał go zmieniać, bo Esmeralda mu zabroniła. Nie miała nad nim praktycznie żadnej władzy. Zresztą nawet gdyby przekonała obecnego dowódcę do tego, żeby zakazał Gerardowi czynić jakieś kroki w tej sprawie, to… byłby niesubordynowanym łowcą i go po prostu nie usłuchał. Nawet, gdyby groziło to wydaleniem ze służby. Trudno. Miał teraz cel, którego się uchwycił jak tonący brzytwy.
Skinął głową, dając jej znak, że wie, iż to właśnie Hiro został obecnym przewodniczącym. Poprzedniego zbyt dobrze nie znał, wiedział tylko, kto nim jest, znał jego dane personalne i w sumie tyle. Nie spotkał go chyba ani razu, ale to dlatego, że ten ród szlachetnokrwistych po prostu nie stanowił żadnego problemu dla łowców. Tak, takie rody też się zdarzały. Zresztą łowcy kiedyś interesowali na przykład Yuki, istna anielica – ponoć. Słyszał nawet, że Azel się w niej podkochiwał. Ale jak to się skończyło, to już nie miał pojęcia. Zresztą nie mógł mieć pewności, aby te pogłoski były prawdziwe.
– Nie jestem specjalistą, ale… czy mieszanie w ludzkim umyśle jest bezpieczne? Mózg nie zacznie czegoś wypierać i nie stracisz na przykład pamięci krótkotrwałej?
Słyszał oczywiście o kasacji lub zmianie wspomnień u ludzi nie koniecznie przy pomocy zdolności wampirów. A że nie bardzo wiedział, który sposób łowczyni miała na myśli, to wolał sobie uzupełnić tę wiedzę – człowiek w końcu uczy się całe życie.
– Nie jest, to prawda. Ale może dzięki temu poznamy jego moce i będziemy mogli przygotować się na wszystkie ewentualności. Naprawdę sądzisz, że dowódca nie domyśla się, jak cennym jesteś łowcą dla oświaty i że od tak pozwoli Ci odejść? Byłby głupcem, gdyby to uczynił, a wątpię w to szczerze. Choć go nie znam.
Taka była prawda, bowiem spotkał Grigorijego może ze dwa czy razy, z czego ani razu z nim osobiście nie rozmawiał?
– Ty i ja… to przecież nie cała oświata.
Uciął jej w pół słowa, gdy znów zaczęła twierdzić, że nie chce ingerować w to całej oświaty. Gerard przecież przed nikim na razie nie odpowiadał, mógł póki co działać na własną rękę, nawet jeśli potem dowódca uzna, że dopuścił się czegoś nieodpowiedniego, nieregulaminowego, nieprzepisowego i postanowi go wyrzucić. Brał również i taką możliwość pod uwagę. Zawsze mógł się wytłumaczyć tym, że postradał zmysły i nadal uważa, że to on jest dowódcą. Tsa.
– Nie zamierzam zrezygnować. Jeśli tak bardzo chcesz, to śmiało, idź, Esmeraldo. Najwyżej spotkamy się razem przed drzwiami zamczyska.
Skąd mogli wiedzieć, że akurat przed zamczyskiem Testamenta go zastaną? Gerard nieco już znał rozkład zamku, był gościem swojego dawnego sługi z raz, góra dwa razy, ale pamięć łowcy była naprawdę dobra i może nie wpadną przypadkiem do komnaty Gabrielli czy Barabala… A zatem postanowione – Gerard będzie musiał się spotkać z Hiro jak najszybciej i dowiedzieć się, na czym Esmeralda stała. Aż poczuł przypływ adrenaliny!
Gerard również zaczął reagować na obecność i dotyk, ale także pocałunki Esmeraldy. Zresztą mogła to poczuć na swoim udzie i łowca wcale się tego nie wstydził. Była to całkiem naturalna reakcja – mogłaby się zacząć martwić, gdyby nie było u niego żadnej… reakcji.
Białowłosy zaczął się zatem wspinać po schodach, nie przestając obcałowywać rudowłosej. Jego dłoń wciąż pieściła pierś młodej kobiety. Miała takie miękkie piersi, że aż nie mógł się doczekać, żeby nie skosztować i nie sprawdzić ich smaku. Dawno nie był w takim stanie i od bardzo dawno nie pozwalał sobie na taką bliskość z drugą kobietą. Czyżby wreszcie przestał traktować to jak zdradę jego zmarłej żony? Kiedyś miał nadzieję, że powróci do nich chociaż w postaci wampira, ale teraz nie chciałby jej skazać na takie przekleństwo i musiałby ją po prostu zabić, by skrócić męki.
Łowca dotarł wreszcie do ostatnich drzwi w korytarzu na piętrze i pchnął je stopą, by wejść do środka. Po chwili Esmeralda mogła już poczuć miękkość pościeli pod sobą. Dłoń mężczyzny, która do tej pory spoczywała na jej piersi pod biustonoszem, wysunęła się stamtąd i zadarła sweter właścicielki aż pod szyję. Nie zamierzał przejmować się jego zdejmowaniem, jeśli chciała, mogła to uczynić samodzielnie. Jemu wcale nie przeszkadzał, póki mógł go bezwstydnie unieść ku górze i odsłonić jej wdzięki. Szybko odpiął biustonosz, bo ten przecież więził jej piersi, które na pewno nie były z tego powody szczęśliwe. Zresztą nie potrafił zrozumieć, po co kobiety nosiły takie ustrojstwa… Stanik powędrował w górę, pod jej szyję, dołączając do dzielnego, acz zbędnego swetra, który pewnie zarumienił się ze wstydu. Wargi Gerard spoczęły wreszcie na spragnionych pieszczot sutkach, leciutko je zagryzając i ssąc na przemian. Na dodatek wcisnął się między jej nogi, przyciskając ku kobiecie swe ciało, ale nie czynił tego w sposób uciążliwy czy nachalny. Chciał, żeby po prostu odczuwała jego… bliskość, khm. Jeśli też chciała zmienić swoją uległą w tej chwili pozycję, to też nie zamierzał się sprzeciwiać. Zresztą mogła teraz podziwiać kunszt Louisy oraz jego blizny spoczywające na klatce piersiowej. Ale… kto by się teraz przejmował takimi pierdołami? Gerard też nie zwracał uwagi na jej blizny, które pokrywały jej ciało. Drugą dłonią pieścił jej brzuch i biodra. Miała taką miękką skórę, że nabrał ochoty na poocieranie się policzkiem o tę skórę. Co też uczynił. Wypuścił na chwilę spomiędzy warg jej sutka, aby po prostu położyć głowę na jej brzuchu i rozkoszować się jego miękkością.
– Jesteś taka piękna…
Wyrwało mu się, gdy drugą wolną dłonią cały czas gładził jej biodro.

_________________
Powrót do góry Go down
Esmeralda
Moderator
Moderator
avatar

http://vampireknight.forumpl.net/t1678-esmeralda-green http://vampireknight.forumpl.net/t1704-esmeralda-green http://vampireknight.forumpl.net/t2181-esmeralda http://vampireknight.forumpl.net/t3301-esmeralda#71193 http://vampireknight.forumpl.net/t2074-esmeralda http://vampireknight.forumpl.net/f31-posiadlosc-greenhall
Zarejestrował/a : 05/03/2015
Liczba postów : 1885


PisanieTemat: Re: Posiadłość Trizgane.   Pią Gru 22, 2017 6:01 pm

Co za uparty łoś był z tego Gerarda. Dobrze wiedział, że rozmowa z Hiro nie miała już sensu i zapewne przyniosłaby tylko skutek odwrotny do zamierzonego. Nie sądziła by wampir odpuścił tej sprawie. Była pewna, że szlachetny nie tylko zainteresuje się nią jeszcze bardziej, ale również odpowiednio uraczy Gerarda. Gra nie warta świeczki. Ot co.
- Skoro już raz coś takiego uczynił to nie zawaha się przed powtórką. - słowa mężczyzny dawały do myślenia. Co mógł zrobić Hiro, by aż zawrzeć niejaki pakt z łowcą? Do tego ponoć prawdziwy, bo nie oszukujmy się, ale ten wiekowy cap nie działał bez przyczyny. Nie był dzieckiem błąkającym się we mgle któremu wystarczyło pomachać tuż przed nosem cukierkiem. Myślał, a to stanowiło najmniej trwałą obietnicę współpracy.
- To on przemienił Zacka? - choć Gerard głęboko strzegł tajemnic swojej rodziny, Esmeralda nie potrafiła się powstrzymać od dalszych pytań. Pewnie usłyszy, że nic jej do tego i aby w końcu zamknęła kłapiącą jadaczkę. Ciekawość była silniejsza od wizji wkurzonego blondasa. Bo co jej zrobi? Nakrzyczy? Usadzi w kącie? Proszę Was! Jedynym sposobem by się dowiedzieć, to po prostu zapytać…
Przy własnym rodzaju magii lekarka nie potrzebowała krwi stwórcy, dlatego nigdy wcześniej nie drążyła tematu gdy przyszło jej kogoś odwampirzyć. A jeśli nie syn, to kto… żona? Łowca wspominał o śmierci ukochanej, ale rudowłosa odsunęła od siebie tą myśl. Po co ktoś taki jak Hiro miał zabić kobietę łowcy?
- Jasne że wiem. Ale jeśli będzie trzeba spiorę Ci tyłek. - żeby sobie nie myślał, że niski wzrost i drobna sylwetka odbierają możliwości spuszczenia solidnego manta. Esmeralda była urodzonym wojownikiem, ale jeśli by było trzeba… rzecz jasna w ostateczności i przez totalny przypadek… sprzedałaby mężczyźnie końską dawkę jakiegoś przemiłego specyfiku. Może sen by mu dobrze zrobił i usunął ze łba te dziwne pomysły.
- Tylko bez obaw, nie rozpowiem w Oświacie, że baba pokonała pana Trizgane. Raczej. - puściła mu oko licząc, że ta gęstniejąca atmosfera przestanie zataczać nad nimi czarne chmury. Przy tak upartych charakterach kłótnie były czasem nieuniknione, co nie znaczyło, że nie można spróbować ich unikać.
Esme nie poszłaby na skargę do szefa. Bez przesady! Grigorij w jej oczach był świetnym dowódcą, ale znał ją i wiedział do jak szalonych czynów jest zdolna. Niejednokrotnie próbował odwieźć ją od pomysłów, a ona w wielu przypadkach i dla świętego spokoju ulegała. To nie był dobry sposób na życie i łowiecką działalność.
- Nigdy tego nie praktykowałam, ale to zależy od sposobu usunięcia wspomnień. Kiedy działamy chirurgicznie nie możemy w nich przebierać. Człowiek staje się takim… warzywem bez emocji i zaplecza pamięci. Inaczej to wygląda gdy ktoś potrafi to zrobić magią… Są ludzie potrafiący ponoć wybrać dane elementy i ukryć je bądź zastąpić nowymi. O taki rodzaj mi chodzi. Wtedy mogłabym być wiarygodna w swoich zeznaniach nawet w momencie gdy chcieliby użyć mocy mentalnej. - wtedy poprosiłaby o usunięcie części o rodzinie „pamiętając” jedynie że wszyscy nie że wszyscy nie żyją. Całkowicie ukryłaby istnienie swojego dziecka i nie przyznała się do tego, że rytuał potrzebuje więcej łowców by mieć szansę powodzenia. Właściwie to już dawno powinna popracować nad rozwojem swojej magii. Zrobić coś, by zamiast gromadzić się z innymi w ciasnych piwnicach, opuszczonych domach i świątyniach… przemieniłaby kogoś samodzielnie. Bez świadków. Bez zagrożenia, że zaraz nadejdą wampiry. Dlaczego wcześniej nie próbowała? Przecież od dawna wampiry kategorii E i D przestały sprawiać jej jakąkolwiek trudność przy rytuale.
- Nie jesteśmy związani wieczystą przysięgą. Powiem mu że wracam do swojej macierzystej Oświaty. Wobec tego argumentu nie będzie mógł wyrazić sprzeciwu. - pozostawał problem jak nakłonić Oświatę brytyjską do potwierdzenia tej wersji zdarzeń. Jeszcze przed rokiem Esmeralda odrzuciła propozycję tamtejszego dowódcy na zaszczytne stanowisko pomocnika zastępcy głównego medyka, które zapewne załatwił jej własny ojciec. Cóż, odmowa nie wywarła dobrego wrażenia, ale możliwe, że już o tym zapomnieli.
- Ty i ja nie, ale kiedy ostatnio poprosiłam szefa o pomoc… wysłał bardzo wielu łowców. Za wielu. - rozciągnęła sweter pokazując mu lewe ramię, na którym wciąż znajdowały się paskudne zasinienia i ślady zadrapań.
- Tylko dlatego. Prosiłam o snajpera bo miałam na ogonie dwóch… dwa wampiry. To żadne wyzwanie dla łowcy, a on potraktował moją prośbę bardzo poważnie. Nie chcę by inni musieli dla mnie walczyć. - w swoim opowiadaniu pominęła fakt, że Ci dwaj to wampiry krwi szlachetnej. Nie wiedziała jak zareaguje na to wszystko Gerard, ale nie sądziła, by ta wiadomość miała szczególną istotność.
- Jest jakikolwiek sposób na to byś zrezygnował z tego pomysłu po dobroci? - bez walk, tarzania się w kisielu i innych dziwnych pół płynach. Naprawdę nie chciała niepotrzebnego rozlewu krwi, a spotkanie z Hiro to nie randka w cukierni przy słodkim ciastku. Już raz była gościem w zamczysku Testamenta i te wspomnienia nie niosły ze sobą nic miłego. To tam po raz pierwszy spotkała Przewodniczącego, który nie wiedział jeszcze że osoba na którą wyda list gończy znajduje się tutaj… tuż pod jego nosem.
Pieszczoty jakimi obdarzał ją Gerard stawały się coraz śmielsze i jasno mówiły w jakim kierunku zmierza ta cała zabawa. Nie przeszkadzało jej to – wręcz przeciwnie. Jedyne czego mogła się krępować to własne ciało, które zdaniem lekarki było bardzo dalekie od ideału. Ale kto by liczył blizny czując na sobie dotyk mężczyzny o którym zapewne marzyło większość kobiet.
Oparła skrzyżowane nogi o jego pośladki po raz kolejny drżąc miękkością jego warg. Jej dłonie szybko przeniosły się na plecy, gdzie centymetr po centymetrze mogła badać ciało łowcy. Nie trzeba było długo czekać na reakcję. Kiedy tak bawił się jej piersiami kobieta zacisnęła paznokcie na jego skórze, znacząc ją kolejnymi zadrapaniami. Nie panowała nad sytuacją… Jak nastolatka przeżywająca swój pierwszy raz, tak długo wyczekany i przegadany kilkakrotnie z równie napalonymi przyjaciółkami.
- Tylko po co Ci te spodnie… - komplement sprawił, że rosła w duchu. Była przecież kobietą i wbrew temu co mówią, lubiła być chwalona. Dłonie przeniosły się do rozporka, by rozpiąć go szybkim i zdecydowanym ruchem. Przez chwilę zawahała się czy posunąć się dalej, bo od tej decyzji nie było już odwrotu. No ale raz się żyje! Zdjęła mu te spodnie, pomagając sobie nogą. Teraz miał na sobie tylko ciemną bieliznę pod którą zaraz po tym zanurkowała dłoń Esmeraldy. Kobieta miała nadzieję, że czeka tam prawdziwy CHUJOGROM, nie zaś miły i lekko speszony miś wymagający dodatkowego rozbudzenia. Ujęła jego męskość, bawiąc się nią i pieszcząc jedną dłonią. Drugą wplątała we włosy łowcy na wypadek gdyby przyszło mu się rozmyślić i spróbować uciec.

_________________
Powrót do góry Go down
Gerard
Łowca Wampirów
Łowca Wampirów
avatar

http://vampireknight.forumpl.net/t1105-gerard-trizgane http://vampireknight.forumpl.net/t3348-gerard#71804
Zarejestrował/a : 31/07/2013
Liczba postów : 356


PisanieTemat: Re: Posiadłość Trizgane.   Pią Gru 22, 2017 9:57 pm

Gerard nie był łosiem, wypraszam sobie, bowiem nie miał żadnej partnerki, która mogłaby z niego zrobić rogacza (tak, te zwierzęta też miały rogi, chociaż bardziej łopaty). Oczywiście, że nie było sensu już poruszać tematu Hiro, bowiem łowca podjął decyzję i jej po prostu nie zmieni. Ta cecha naprawdę ich łączyła, choć nie zawsze było to takie dobre, jakby ktoś mógł pomyśleć. Gerard zamierzał sprytnie go wypytać, zbadać grunt, a nie od razu wyjechać z tekstem „odpierdol się stary kacapie od Esmeraldę, bo rozjebę w perzynę ten Twój pierdolony Zamek”, czy jakoś tak. Wolał działać znacznie subtelniej i na dzień dobry przywalić wampirowi z bazooki… A tak na poważnie, to nie zamierzał mówić wprost o Esmeralde na samym początku, a na pewno nie zdradzić łowczyni, że czyni takie rzeczy wampirom przy użyciu swoich zdolności.
– Esmeraldo, on nie jest zaślepionym i mściwym wampirem jak Samuru. Ma nieco inną naturę, ale potrafi być brutalny.
I to bardzo brutalny, o czym przekonał się na własnej skórze, a raczej na ciele małżonki. Nie chciał jednak tego zdradzać. Nawet, gdyby zapytała wprost, skłamałby. Domyślał się bowiem jej reakcji, wtedy jeszcze bardziej zaczęłaby protestować i możliwe, że faktycznie wstrzyknęłaby coś staremu dziadowi, żeby go ululać. A to byłoby bardzo niesprawiedliwe rozegranie i nierówny bój.
– Nie… jego przemienił Samuru.
Zerknął na nią i przyjrzał jej się uważnie. Czy teraz wreszcie zrozumiała, dlaczego była mu tak wdzięczna za to, co uczyniła dla Zacka? Nie tylko przywróciła mu człowieczeństwo, ale i ukarała jego oprawcę, czego Gerardowi jak do tej pory się nie udało. Zręcznie też uniknął pytania o śmierć swojej żony. Wiedział, że jest bystra i zbyt szybko mogłaby połączyć fakty w całość. Mogła już się nawet domyślać, ale nie chciała ranić łowcy, więc udawała, nazwijmy to, głupią.
– Co prawda nie podnoszę ręki na ludzkie kobiety, ale jeśli trzeba będzie, to też Ci wleje. W ten Twój pół goły tyłek.
Nie, nie, nie bawił się w Greya. Takie zabawy go nie interesowały. Chyba… W końcu jego ostatnią kobietą była zmarła żona, a ona była raczej „tradycjonalistką” i bogobojnie wychowaną kobietą i gdyby nie fakt, że była buddyjką, można by rzec, że uznawała seks tylko po katolicku.
– Wiem tylko, że wampiry potrafią manipulować we wspomnieniach, nie wiedziałem, że istnieje magia z tym związana. Chyba dość rzadki talent i w sumie rzadko przydatny.
Chociaż właśnie w takich chwilach okazywało się, że takie osoby były potrzebne niemal jak na gwałt. Gerard nie znał w swoim otoczeniu żadnego żywego łowcy, który miałby takie zdolności. Można by je jednak idealnie wykorzystać przeciwko wampirom, które by się schwytało. Wówczas Esmeralda stałaby się niemal nietykalna i nawet gdyby Hiro zlecił przejrzenie jej umysłu, niczego mu nie wywnioskował. Ale nadal… mógł to wszystko spreparować. I właśnie takiego oszustwa zamierzał się wystrzec.
– Mhmm… A on zgłosi się do Twojej macierzystej oświaty w celu potwierdzenia, wysłania dokumentów i zakończenia transferu. No doprawdy, niemal idealne kłamstwo.
Jakby czytał jej w myślach, tyle że sam przechodził przez taki transfer. Jego macierzystą oświatą była ta we Francji, ale kilka lat temu postanowił przybyć do Japonii, by osiedlić się tutaj na stałe i przyjechać w ślad za Louisa, która to przybyła tutaj, aby odnaleźć Zacka i poznać kraj matki. Japonia tak jej się spodobała, że postanowiła osiedlić się tutaj na stałe w posiadłości matki.
– Nie chcę wnikać w jego kompetencje. Może… podchodzi do tego osobiście, a nie tylko zawodowo.
Nie pytał, zasugerował. W końcu nie powinno go interesować życie prywatne znajomej po fachu.
– Cóż, ilość wampirów nie ma znaczenia, dopóki w grę nie wchodzi ich status krwi. Może uznał, że jesteś w większym niebezpieczeństwie, niż Ci się wydaje. Ty odpowiadasz głównie za szpital, on odpowiada za przeprowadzanie akcji i wybieraniu odpowiednich do nich ludzi. Nie, nie umniejszam Twoich zdolności bitewnych.
Dodał od razu, gdyby zamierzała mu to zarzucić i zanim zaczną się o to kłócić. Zresztą, gdy tylko przybyła do tej oświaty i kiedy on jeszcze dowodził, wysłał ją prosto do szpitala, co brzmiało niemal jak „kobiety nadają się tylko do rodzenia dzieci, a ich miejscem jest kuchnia”. Jakie to było seksistowskie. Tyle że wtedy nie znał jeszcze jej umiejętności, nie miał czasu, by się o nich czegoś więcej dowiedzieć.
– Nie, nie ma żadnego sposobu, bym zrezygnował. Właśnie teraz mam niepowtarzalną okazję, aby coś wreszcie zrobić.
Koniec. Kropka. Powiało grozą!
Gerard nie zareagował na zadrapania, jakie pozostawiła na jego skórze na plecach. Przywykł do takich ran, często odnosił cięższe w starciu z wampirem. Mruknął coś jednak, ściskając mocniej jej lewą pierś, ale nie tak, żeby zwinęła się z bólu. Spokojnie, nie ugniatał w końcu ciasta, a dotykał pierś kobiecą. Zresztą stęsknił się za taką pieszczotą, dlatego starał się być delikatny, bo nie pamiętał ile sił wkładać w pewne pieszczoty i… czynności. To właśnie Gerard czuł się znów jak nastolatek. Niespokojny i zbyt popędliwy, żeby wreszcie dotrzeć tam, gdzie marzył znaleźć się każdy hetero facet. Nie obił tego od… bóg wie kiedy. Nawet nie chciał się nad tym zastanawiać!
– Służyły ochronie przed Tobą…
A po cóż innego miałby spodnie na tyłku? Zresztą zaraz wylądowały na podłodze, a łowczyni już dzierżyła w dłoni nieco inny oręż niż zazwyczaj, chyba.
- Pasuje Ci taka… broń.
Nie ma to jak suchar w wykonaniu Gerarda. Klękajcie narody przed próchnicą tego pana! „Broń” była gotowa do użycia, więc nie musiała się niepokoić, że czekały ją dłuższe prace ręczne nad CHUJODRONEM. Sam zresztą wsunął dłoń pod materiał majtek, szukając najwrażliwszego punktu w tym miejscu. Tym samym spoglądał na reakcję kobiety, kiedy jego środkowy palec wsunął się do jej wnętrza… Nie pchał łapsk na siłę, wystarczyło jedno jej słowo albo gest. I właśnie w tym momencie o czymś pomyślał. Nie miał przecież kobiety od bardzo, ale to bardzo, dawna. Nawet jeśli miał jeszcze jakieś prezerwatywy, to były już od piętnastu lat przeterminowane, ha! No brawo, Gerard, stary pierdzielu. Nie chciał ryzykować i sprawdzać swój refleks mistrza, bo mógł być obecnie wyjątkowo niesprawny.
Odsunął się od niej nieco, oparł na łokciu i wycofał swoją dłoń z jej majtek. Wcale by mu nie przeszkadzało, gdyby odkrył na nich nieco wilgoci.
– Esme, bierzesz jakieś tabletki? Bo jeśli nie, to mamy mały problem.
Miał nadzieję, że zrozumie, w czym tkwił problem… Przecież nie powie: "sorry, ale mam przeterminowane kondomy".

_________________
Powrót do góry Go down
Esmeralda
Moderator
Moderator
avatar

http://vampireknight.forumpl.net/t1678-esmeralda-green http://vampireknight.forumpl.net/t1704-esmeralda-green http://vampireknight.forumpl.net/t2181-esmeralda http://vampireknight.forumpl.net/t3301-esmeralda#71193 http://vampireknight.forumpl.net/t2074-esmeralda http://vampireknight.forumpl.net/f31-posiadlosc-greenhall
Zarejestrował/a : 05/03/2015
Liczba postów : 1885


PisanieTemat: Re: Posiadłość Trizgane.   Sob Gru 23, 2017 12:07 am

Sposoby stosowane przez Gerarda wciąż pozostawały dla rudowłosej obce. To prawda, że razem pracowali. Spotykali się głównie na łowieckich zebraniach, ale zarówno umiejętności jak i styl walki mężczyzny był przed nią nieodkryty. Przecież Gerard nie zabrał jej na żadną akcję, bo kto wówczas siedziałby w laboratorium? Kisił się tam i czekał, aż jakaś zbłąkana dusza raczy się pojawić. Jeszcze żeby prosił o zbadanie próbek, ale to też było jego zdaniem niepotrzebne. Nie wątpiła w to, że był dobrym dowódcą, a zatem i wyszkolenie łowieckie plasowało się u niego na poziomie wyższym niż u zwykłych szaraków. Ale nosz cholera…  Mimo szczerych chęci nie mogła uwierzyć w fakt, że próba rozmów z Hiro przyniesie cokolwiek dobrego.
- Tak, ale on nie umie rozmawiać. Zamydli Ci oczy, a potem i tak zrobi na opak. - to się nazywało usypianiem czujności. Skąd mogła wiedzieć, że taki stary lis (skoro łosiem podobno nie jest, a jest) jak Gerard nie da się tak łatwo wyprowadzić w pole. Już nawet nie licząc samej blokady umysłowej którą de facto dysponował. Esmeralda tego nie wiedziała. W przekopanych kartotekach medycznych były informacje o przebytych chorobach, złamaniach i nawet ewentualnych wirusach. Nikt nie prowadził spisu umiejętności i magii, nie wpisywał wykształcenia, doświadczenia, ani informacji ile centymetrów w obwodzie liczy palec czy dupa.
Przyjęła do wiadomości to, że Samuru przemienił Zacka w wampira. W sumie mogła się tego spodziewać, bo Hiro był jaki był, ale raczej nie zostawiał swoich „dzieci” na poziomie najniższej bestii. Krew E była bowiem najniższą w hierarchii, a większość nieszczęśliwców była skazana na życie w szaleństwie i wiecznym głodzie.
- Jesteś tego taki pewien?  - rzucała mu wyzwanie, a może była to średnia udana próba flirtu. Zawsze też mogła strzelić fochem uważając, że Gerard widzi w niej pierwszego lepszego słabiaka. Ale nie tym razem.
- I nie jest goły. Proponowałam że mogę się ubrać ale miałeś to krótko mówiąc w zadzie. - ot! Nie było to do końca grzeczne, lecz Ile razy jeszcze odniesie się do tej niefortunnej sytuacji. Jeśli tak chciał zobaczyć albo dotknąć niech po prostu powie! Ile by oszczędzili podchodów i nieporozumień gdyby zrobił to w końcu lub przyniósł te walone spodnie. Chyba że koncepcja marszu po żurawinę zręcznie odwiodła go od pierwotnego zamiaru.
- W mojej rodzinie istniały kiedyś przypadki osób potrafiących odblokowywać utracone wspomnienia. To było też idealne w przypadku przesłuchań… pomyśl tylko… ktoś stawia opór, a ty tylko przykładasz dłoń… i widzisz niemal wszystko. Znasz odpowiedź na każde pytanie nim jeszcze zdążyłeś je zadać. Jeśli coś takiego jest możliwe, to wymazywanie wspomnień tym bardziej. Magia daje duże możliwości. - nigdy nie przyszło jej do głowy by zamiast rytuału zacząć zgłębiać „lustrzaną” sztukę. Nie odnalazłby w tym siebie, ten talent mimo że na swój sposób ciekawy, dla niej wydawał się nudny. Bez dreszczyku emocji, tej piekielnej adrenaliny napędzającej do działania.
- Więc powiem że potrzebuję urlopu. Chcę się ustatkować i odpocząć od tego wszystkiego. Chyba nie zajrzy mi do łóżka, co? - to nie był taki zły pomysł. Mogłaby wyjechać, zaszyć się gdzieś i udawać, że nic wielkiego się nie zdarzyło. Przez pewien czas darowałaby sobie odwampirzania, więc żaden ślad nie mógłby na nią nie prowadzić. A gdy jeszcze nałoży blond perukę? Szaleństwo, kosmos i burżuazja w płynie. Faktycznie to mniej ryzykowne kłamstwo, bo sprawdzenie wiarygodności pierwszej wersji zajęłoby dowódcy dosłownie chwilę. A wtedy… no nie byłby zadowolony. Wręcz wkurwiony.
- Osobiście? Szczerze wątpię. Bardzo słabo się znamy. - jak niegdyś Gerard i Esmeralda. Nie przeszkodziło to jednak by gdy zaszła potrzeba zabrał rudą do siebie. Nawet zaproponował coś na rozgrzanie, kąpiel i łóżko w pokoju gościnnym. Czy ktokolwiek podejrzewał blondasa o takie odruchy?
- Chciał dobrze, masz rację. Ale dałabym sobie radę. - chciała w to wierzyć i nawet szło całkiem nieźle dopóki jakiś młokos nie uszkodził blachy samochodu pazurzyskami. Jej ukochanego, wychuchanego, czyściutkiego autka. Nikt takiego nie miał w tym zafajdanym aucie, a teraz Freedy spoczywał gdzieś na złomowisku. Esmeralda wciąż nie pogodziła ze stratą najlepszej bryki w mieście, a dzisiejsza przygoda z wypożyczonym złomem tylko dodatkowo wzmocniła czarę goryczy.
- A ty wierzysz we mnie, Gerard? Wierzysz w to, że sobie poradzę?- zapytała w końcu. Szkolił łowców więc znał ich potencjał. Kiedy przechodziła z rodzimej Oświaty musiał przecież dostać jej akta i złożyć magiczny podpis w stylu „tak, biorę ją”. Zawsze mógł przecież nie zgodzić się na transfer i zasugerować przeniesienie do innej części świata gdzie bardziej potrzebują takich jak ona.
- Więc nie pozostawiasz mi wyboru. Nie bądź zdziwiony jak obudzisz się rano w kajdankach. - nigdy z nim nie spała, więc skąd biedaczka mogła wiedzieć jak lekki jest jego sen. Lekarka miała ze sobą większość ekwipunku, więc zawsze istniała możliwość niechlubnego wspomagania ze strony darów farmakologii.
- Ale zrobię Ci pyszne śniadanko na pocieszenie. Nie zginiesz z głodu i pragnienia. - dodała na wypadek gdyby wizja uziemienia wzbudziła w nim niepokój. Nikt nie przepadał za statecznością i brakiem wykonania jakiegokolwiek ruchu. Szczególnie łowca.
A tą grozę niech sobie w buty wsadzi, to będzie trochę wyższy. HA. Nie żeby był za niski, nie potykał się jeszcze o framugi. Chyba.
Ach, chciał się chronić. Przed nią.
- Boisz się mnie? - zaśmiała się i przygryzła lekko jego wargę. Czego się obawiał? Oboje byli przecież dorośli i nie robili nic złego. W ich domach nie czekali stęsknieni partnerzy. Dorosłe dzieci mężczyzny także nie wymagały większej opieki.
- Całkiem… przyjemny kaliber. Podoba mi się. - żeby nie powiedzieć, że dobrze leży w ręce. Reakcja dolnych partii ciała mężczyzny mogła jej tylko schlebiać… Żarty żarcikami, ale kiedy jego dłoń powędrowała pod materiał bielizny, kobieta mimowolnie wygięła się jak struna. Z jej warg dało się usłyszeć cichy pomruk zadowolenia, co aż się prosiło by nie przestawać i… dalej brnąć w temat jak na prawdziwego mężczyznę przystało. Jakież było jej zawiedzenie kiedy przerwał i powoli wycofał swoją dłoń. Kobieta była rozgrzana i jak to mawia młodzież… chętna, co jasno określał też poziom wilgoci. Ale miał rację, zapomnieli o czymś.
- Ja… Mam trochę inny organizm… one na mnie nie działają jak na inne kobiety. - przyznała z lekkim zawstydzeniem i wycofała swoją dłoń. Usiadła na łóżku podciągając sweter. Koronkowy stanik leżał teraz na łóżku, bo nie zamierzała go przy nim ponownie zakładać. Głupio jej było przyznać, że sama od jakiegoś czasu nie ma partnera, więc nie faszeruje się sklepową chemią. Bo i po co?
- Mam trochę leków, mogę… spróbować zrobić coś w stylu tabletek po. Przepraszam, to głupie. Przepraszam Cię. - wstała z łóżka pewna, że już nic z tego. Trochę się zagalopowali, a i tak nici ze wszystkiego jeśli nie mieli żadnych zabezpieczeń. Kiedy się denerwowała zaczynała chodzić po pokoju i tak też uczyniła. Zatrzymała się w końcu przy oknie widząc w szybie swoje odbicie. Była nieco potargana, ale nie potrzebowała lustra by widzieć zaróżowioną skórę. Nie musiała dotykać swojego ciała żeby mimo małej wtopy wciąż czuć obecne podniecenie. Tylko… chujogroma trochę szkoda. Wszak tak ładnie leżał w dłoni, a ona się prawie przyzwyczaiła.

_________________
Powrót do góry Go down
Gerard
Łowca Wampirów
Łowca Wampirów
avatar

http://vampireknight.forumpl.net/t1105-gerard-trizgane http://vampireknight.forumpl.net/t3348-gerard#71804
Zarejestrował/a : 31/07/2013
Liczba postów : 356


PisanieTemat: Re: Posiadłość Trizgane.   Sro Gru 27, 2017 11:21 am

– Spotkałaś kiedykolwiek Hiro?
Zadał jej pytanie, nie odpowiadając na jej zarzuty względem szlachetno krwistego. Gerard nie wątpił, że wampir jest bezwzględny, ale nie kierował się złudzeniami czy fałszem. Na tym świecie istniały jeszcze pewne wartości, którymi tak stare wampiry się kierowały i łowca wiedział, że cokolwiek by się nie działo, akurat ten wampir względem niego nie będzie stosował ciosów poniżej pasa. Był o tym przekonany, nawet jeśli nie potrafił mu wybaczyć. I nie zrobi tego. Zbyt długo go znał. Nie zamierzał zatem się poddawać w tej kwestii. Postanowił już, że spotka się z wampirem i tak też uczyni. Zamierzał pierw jednak skontaktować się z nim, wybrać neutralny grunt pod to spotkanie. Odpada zatem zamek, jego skromna japońska posiadłość i publiczne miejsca odpadały. Wiedział też, że szlachetnokrwisty pojawi się sam, jeśli ten go tylko o to poprosi.
– Domyślam się, że daje dużo możliwości.
Nie spotkał nigdy nikogo, kto potrafiłby „przywrócić” wspomnienia. Jak można przywrócić coś na własnym umyśle, skoro nie pamięta się, że to coś zostało usunięte? A jeśli to faktycznie było możliwe, to już nie było sensu korzystania z umiejętności wymazywania wspomnień, skoro one i tak zostaną przywrócone. Poza tym, kim w taki razie była jej rodzina? Posiadali już wszystkie umiejętności całego świata? Nie potrafił pojąć nawet tego, kim dokładnie jest sama Esmeralda, jej zdolności, magii. Wiedział, że potrafiła bez problemu przemienić wampira w człowieka albo też odwampirzyć i przywrócić dawne człowieczeństwo bez użycia krwi wampira. Gdzie nawet Cross, jako stary i potężny łowca, jeden z najlepszych, nie potrafił tego uczynić bez krwi. Magia krwi w jego przypadku była zapewne tylko wyuczona i poświęcił na to wiele lat. A nigdy nie potrafił dać gwarancji na udany wynik magicznego „zabiegu”.
– Ta „wymówka” byłaby znacznie lepsza. W końcu i ja zrobiłem sobie przerwę i mi jakoś nie zagląda do łóżka. A co, chcesz się ustatkować? Możesz przecież zawsze pomyśleć nad alibi, żeby to wszystko było prawdziwsze.
Myślał o kimś konkretniejszym? Wówczas jeszcze nie, bo nie zamierzał pchać się na udawanego partnera łowczyni, tylko po to, aby miała swoje małe alibi przed dowódcą. Nigdy nie pochwalał kłamstw i oszustw, ale czasami nie mogło być inaczej.
Skinął głową, gdy stwierdziła, że słabo się znają. Możliwe, nie ingerował w to. Sam przecież nie znał w ogóle dowódcy, więc nie wydawało mu się to dziwne.
polor=olive] – Ty, sama jedna, przeciwko dwóm wampirom? Nie wątpię w Twoje zdolności, ale wampiry im starsze i wyższe krwią, tym trudniejsze do pokonania w pojedynkę. Nawet dla kogoś naprawdę będącego legendą. Postąpiłbym tak samo, jak on, wierz mi. W oświacie istnieje pewna niepisana hierarchia. Każdy pionek jest wartościowy, ale ze względu na niektóre nieco bardziej „utalentowane” jednostki, ich wartość jest potrojona i należy ich chronić za wszelką cenę. Czasami bez tych najwartościowszych, nie ma kim walczyć przeciwko najniebezpieczniejszym.[/color]
Czy może będzie zdolna teraz to pojąć? Nie była przecież dla oświaty tylko kolejnym medykiem. Odwróciła losy Samuru, zlikwidowała największe zagrożenie ludzkości i wcale by się nie zdziwił, gdyby to jego rodzina w końcu dowiedziała się o tym incydencie i jeszcze ruszyli w pościg za nią…
– Nie wiem. Nie widziałem, jak walczysz. Twoje zdolności skupiają się głównie na medycynie, na magii krwi, czy jakkolwiek się to nazywa inaczej, nie ważne. Nie byłem nigdy w angielskiej oświacie i nie wiem, jak tam wyglądają szkolenia. Na pewno każdy łowca poradzi sobie z najsłabszymi jednostkami.
Odpowiedział dyplomatycznie, ale zgodnie z prawdą. Przy takich wampirach, z jakimi zadarła, nie wystarczy spryt i inteligencja. A oświata potrzebowała ówcześnie medyka i przeglądając akta, skupił się na poszukiwaniach najlepszego w tej materii. Zawsze brał najlepszych. Nie obchodziły go wówczas jej zdolności bitewne, bo od tego miał innych łowców, przeszkolonych, wyuczonych i adekwatnych magią do poszczególnych zadań. Dla niego jej magia poza szpitalem oświaty była niepotrzebna. Wówczas dopiero rozpoczynała swoje praktyki nad magią odwampirzenia.
– Zazwyczaj… nie sypiam.
Odrzekł bez ogródek. Nie groźne mu zatem były jej słowa. A na pewno jakoś by sobie poradził, coś by wymyślił. W końcu nie raz kiedyś tam kończył w kajdankach.
Nie bał się jej, ale też nic nie odpowiedział. Gdyby miał się obawiać jakichś domowników – byłby to Zack. Kontakty z synem były dość ciężkie i młody mężczyzna mógł uznać, że ojciec po prostu się pociesza albo zapomniał o swojej zmarłej żonie. Tyle że od jej śmierci minęło dwadzieścia lat. Przez ten czas dochowywał jej wierności. Nie miał prawa do własnego szczęścia? Albo do ponownego przeżywania młodzieńczości?
Też się zawiódł i wiele go kosztowało, żeby się opanować i wycofać. Musiał pomyśleć o jakimś ohydnym murzynie, żeby jego myśli nastawione na kochanie się z namiętną i piękną rudowłosą go opuściły. Nie chciał w końcu ryzykować i zostawiać po sobie taką „pamiątkę”. Wątpił, żeby jeszcze kiedykolwiek łowczyni zamierzała się do niego odezwać, spojrzeć na niego albo potraktować znów jak kochanka.
Skinął głową i dostrzegł jej zawstydzenie.
– Czemu się wstydzisz? Żadne z nas tego nie przewidziało.
Wzruszył ramionami, jakby nic się nie wydarzyło. Przecież nie zamierzał jej zmuszać do niczego! Gerard uniósł brwi, kiedy zaczęła mu coś tam opowiadać o tym, że może skonstruować tabletki. Dla niego to znów była czarna magia, nie śledził przecież nowinek pod kątem „bezpiecznego seksu”, bo było to zbyteczne, aż do teraz…
– Nie wiem, czy chcielibyśmy ryzykować, skoro masz inny organizm. Takie pamiątki bywają…
Po prostu nie chciał zostać źle „zapamiętany”.
– Poza tym… istnieją jeszcze inne rzeczy, niż tylko seks…
Nie mówił niczego wprost, ale kiedy łowczyni wstała, niemal będąc zrezygnowaną, chwycił ją za rękę i znów ku sobie pociągnął. Nagle pomyślał o tym, żeby… przeszukać pokój Zacka. O Louisie nawet nie chciał myśleć. Była przecież dzieckiem (co z tego, że miała dwadzieścia jeden lat? Dla niego zawsze będzie dzieckiem i liczył, że na tej medycynie nie dowie się, skąd się biorą dzieci!) i szczerze wątpił, żeby znalazł tam prezerwatywy (naiwność ojca). Ale Zack… w nim ostatnia nadzieja!
– Możemy… poszperać po pokoju mojego syna. Może znajdziemy tam coś odpowiedniego.
A potem spoczną na jego łóżku i postarają się o rodzeństwo dla Zacka, hahaha!

_________________
Powrót do góry Go down
Esmeralda
Moderator
Moderator
avatar

http://vampireknight.forumpl.net/t1678-esmeralda-green http://vampireknight.forumpl.net/t1704-esmeralda-green http://vampireknight.forumpl.net/t2181-esmeralda http://vampireknight.forumpl.net/t3301-esmeralda#71193 http://vampireknight.forumpl.net/t2074-esmeralda http://vampireknight.forumpl.net/f31-posiadlosc-greenhall
Zarejestrował/a : 05/03/2015
Liczba postów : 1885


PisanieTemat: Re: Posiadłość Trizgane.   Sro Gru 27, 2017 8:26 pm

Hiro nie tylko był bezwzględny. Bez wątpienia należał do grona osób, które zapadają w pamięć wzbudzając bardzo mieszane odczucia.
- Przypadkiem, ale tak. - spojrzała na niego zastanawiając się czy to go w jakiś sposób zaskoczy.
- To było w zamku. Pamiętam, że nie był zadowolony z tej wizyty, ale za wszelką cenę starał się być uprzejmy. Jednak wtedy on nie wiedział, że odwampirzam na terenie Yokohamy… - przypomniała sobie ściśniętą ze ze złości twarz kiedy znalazła się w jego własnym osobistym i całkiem nieźle wyposażonym laboratorium. Już wtedy śmierdział jej na kilometr, lecz nie wiedziała do końca kim był i jaką pełni funkcję. Była żółtodziobem w tych rejonach Oświaty. Osobą nie rzucającą na siebie choćby krzty podejrzenia, bo kto oskarży filigranową damę, o pogodnym spojrzeniu i (tylko dla wtajemniczonych) nie zamykającą się od wredoty jadaczką. Teraz ta historia stanowiła tylko odległe wspomnienie, ale Esmeralda nawet nie chciała myśleć, co by zrobił Hiro… gdyby wiedział. Trafiła do zamczyska przez przypadek, albo raczej upór i niebywałą zdolność przyciągania do siebie kłopotów.
Nie kontynuowała tematu magii. W jej rodzinie było wielu utalentowanych łowców, ale  przy tej profesji nie było to niczym niezwykłym. Jedni potrafili prześcignąć wiatr, wytworzyć płomienie, bądź też inne cuda na kiju… Wbrew pozorom jej bliscy nie różnili się od członków innych starych rodów.
- Tak, pewnie. Najpierw musiałabym znaleźć łosia który by ze mną wytrzymał. Świetny żart, Gerard, doprawdy. - no cóż, nie ma co ukrywać, że rudowłosa miała iście ognisty temperament. Była uparta, przez co niekiedy broniła swego zdania jak rasowa lwica! I ta wredota… Święty by nie wytrzymał, a tu padają jakieś sugestie odnośnie ustatkowania. Dobre sobie!
- Nikt poza Tobą nie wie o moich problemach. Byłabym ostatnią szują gdybym wiedząc o zagrożeniu próbowała pakować się teraz w związek. - przecież już ustalili że dni rudowłosej zapewne są policzone. Nie mogłaby tak po prostu znaleźć kogoś i dla własnego egoizmu czy też przykrywki spieprzyć komuś życie. Była samotna jak palec i nawet przyjaciele nie mogli wypełnić pustki po osobie na które czekało specjalne miejsce gdzieś tam w jej sercu.
- Co w tym dziwnego? Tak wyszło, ale w moim przypadku miałam… naprawdę wiele szczęścia i solidny zapas pocisków antywampirzych. W sumie… chyba znasz jednego z nich. Pamiętam kartotekę którą założyłeś. - w wolnych chwilach nie tylko stalkowała karty zdrowia łowców, ale i spis wampirów dostępny w oświacie. Po części dzięki temu wiedziała czego się można spodziewać po agresorze i na ile sobie pozwolić. Gorzej z towarzyszącym dla Ringo młokosem… Gdyby nie on Esmeralda być może uniknęłaby walki i ocaliła swój ukochany i jedyny w swoim rodzaju samochód.
- Mówisz jak dowódca. - co w wolnym tłumaczeniu oznaczało: „Przestań przynudzać stary pierdźlu”. To nie tak, że była nieświadoma zagrożenia, ale kolejne pouczania wcale nie sprawią że następnym razem postąpi inaczej. Wystarczyło, że Grigorij zaprosił ją już na rozmowę i była niemal pewna, że poruszy tą feralną walkę. Tak, nawet już widziała to oczami wyobraźni.
- Nie szkolono mnie w tamtejszej Oświacie. - sprostowała na wypadek gdyby pomyślał, że nie miała co robić tylko biegać w kasku i ochraniaczach za jakimś osiłkiem. Przyjmowała za normalne, że edukacją jej i rodzeństwa zajął się ojciec. Obecnie łowca, który do reszty rzucił się w wir farmakologii i innych nowinek medycznego świata.
- Może kiedyś pokazałbyś mi kilka chwytów. Zobaczyłbyś jak walczę i ocenił… - przy okazji zebrałbyś wpierdziel w te stare i dawno nierozruszane kości.
Gdy przybyła do Yokohamy bała się poprosić o wspólny trening, ale teraz… teraz wszystko się zmieniło. Gerard znał większość wampirów tutejszego półświatka, a jego wiedza mogła okazać się bardzo przydatna.
- Masz problemy ze snem? - zainteresowała się. Skąd mogła wiedzieć, że opijał się jak ten świnior wampirzą krwią i to ona dawała mu takiego kopa. Mogła mu strzelić teraz wykład o konsekwencjach braku snu na organizm, ale wówczas bardzo szybko by pożałował, że ją tu zaprosił.
- W razie czego mam ze sobą co trzeba. - praktycznie nigdzie nie ruszała się bez apteczki, ale tym razem miała w plecakach prawie pół szpitala. Gerard więc dobrze trafił i jeśli tylko zajdzie taka potrzeba… uśnie jak aniołek na białej chmurce. O, jeszcze go kocykiem okryje, żeby nie płakał na zimowe chłody.
W przeciwieństwie do jasnowłosego Esmeralda nie myślała teraz o murzynach. W jej myślach kłębiło się wiele wątpliwości i wstyd… Rozrastający się, trudny do ukrycia i opanowania.
- Wyszłam na… - dziwkę? To chciała powiedzieć? Ciekawe co Gerard o niej myślał i czy rzeczywiście w tym momencie wyglądała tak żałośnie jak się czuła. Żadne z nich tego nie przewidziało, ale stało się, trudno. Jedyne co mogła zrobić, to udawać, że nic się nie stało, bądź wynająć kogoś by obojgu wymazał wspomnienia z ostatniej godziny życia. Albo najlepiej trzech – żeby nie pamiętać, że się spotkali.
- Nigdy nie robiłam tego tak... spontanicznie z żadnym łowcą. Nie wiem co we mnie wstąpiło. - seks z łowcami był o tyle chujowy, że prędzej czy później spotkają się w Oświacie i przyjdzie im razem pracować. Lekarka nie uznawała bliskości bez zobowiązań z kolegami po fachu, szczególnie jeśli owi panowie pełnili tam jakieś wyższe funkcje. Co z tego, że Gerard już od pierwszego wejrzenia wzbudzał niesamowite emocje… Jego słowa zupełnie wytrąciły rudowłosą z równowagi, a kiedy wspomniał o innych rzeczach niż seks, a następnie o poszperaniu w pokoju syna… coś w niej pękło.
- Nie będę zabierać Twojego czasu. Jeśli możesz pokaż mi ten pokój o którym wspominałeś. Wezmę szybki prysznic i się położę. - dłońmi skubała rękawy swojego swetra. Było jej naprawdę BARDZO wstyd. Czasami żałowała, że nie uczyła się magii pozwalającej zniknąć, co w tym przypadku było czymś ważniejszym niż głupie odwampirzanie. Wiedziała że dla niego jest tylko nic nie znaczącą panienką, której wspomnienie zniknie szybciej niżeli mogło się pojawić.
- Pójdę po… pó.. pójdę posprzątać po kolacji. - wyjęła rękę z jego dłoni i w tempie małego samochodu wybiegła z pokoju i zbiegła na dół. Nie chciała żeby ją teraz oglądał bo po co miałby wiedzieć, że jej zależy? Na nim. Na tym starym pierniku o fantastycznym ciele i całkiem trzeźwym umyśle.
Będąc na dole schowała do lodówki resztki obiadu i posprzątała tak by zatrzeć po sobie ślad jakiejkolwiek obecności.
- Jezu Esme, kobieto. - westchnęła zastanawiając się gdzie jest to cholerne wino. Zwłaszcza, że w dłoniach dzierżyła już nawet korkociąg. Postanowiła przemycić butelkę na górę i wypić boską ambrozję przed snem i sama. Nie dzieląc się z nikim.

_________________
Powrót do góry Go down
Gerard
Łowca Wampirów
Łowca Wampirów
avatar

http://vampireknight.forumpl.net/t1105-gerard-trizgane http://vampireknight.forumpl.net/t3348-gerard#71804
Zarejestrował/a : 31/07/2013
Liczba postów : 356


PisanieTemat: Re: Posiadłość Trizgane.   Czw Gru 28, 2017 9:40 pm

Najwyraźniej Esmeralda miała okazję poznać się z mroczniejszą częścią wampira. Gerard… również miał styczność z tą osobowością, co było naprawdę zadziwiające. Ten wampir jako jeden z niewielu cechował się jeszcze czymś na kształt honoru. Co prawda nie spotkał go już od jakiegoś czasu, ale wątpił, żeby nagle się coś zmieniło. Był zdolny do morderstwa, szczególnie, kiedy zadrze się z jego rodziną. Miał szalony umysł. Wiedział, że zajmował się czymś… szalonym w swoich podziemiach, ale Gerardowi nigdy nie udało się ustalić nad czym pracował. Może to i lepiej?
– Żaden wampir nie jest zadowolony, kiedy nakrywa się nad czymś, co woli żeby pozostało tajemnicą. Widzisz, ale starał się być na swój sposób uprzejmy. Inni z rodu, gdyby dobrze poszło, nie wysłuchaliby Cię i wystawili za drzwi.
Wiedział o czym mówi, naprawdę. Chociaż Gerard nigdy nie był w tym laboratorium, mógłby się jedynie domyślać reakcji Esmeraldy na widok tego całego wyposażenia. Zapewne była w siódmym niebie i więcej jej do szczęścia nie było potrzeba.
Musiałaby znaleźć łosia? Właściwie to jeden łoś stał przed nią, no ale przecież nie bierze się ochłapów, które są od tak rzucane, czyż nie? Przecież to był jakiś wybrakowany facet, tylko najwyraźniej nie wiadomo w czym, skoro nie chciałaby takiego łosia.
– To nie był żart.
Nie znał łowczyni jeszcze tak, aby oceniać ją tak surowo, jak to ona czyniła, ale na pewno była butna i potrafiła postawić na swoim. To tylko podkreślało, jak silny miała charakter. Poza tym miałaby idealne alibi, tyle że wiedział, że nie byłaby w stanie wykorzystać jakiegoś nieuświadomionego naiwniaka.
– Właśnie, ja wiem o Twoich problemach.
A czy to nie ona mówiła coś o chodzeniu na randki, żeby nie czuć się samotnym? Czyżby Esmeralda należała do tych, którzy byli hipokrytami?
– Tak się składa, że nim byłem, więc mówię jak dowódca.
Tak, Gerard nie zorientował się, że słowa łowczyni mówiły zamknij japę, leszczu, bo przynudzasz, był święcie przekonany, że to była wręcz pochwała! Co zrobić, taki człowiek. Można jedynie udać się kościoła i zmówić za niego paciorek.
– Nie ma mowy, nie zdradzę Ci swoich tajemnic bitewnych.
Będzie ich strzegł aż po grób i koniec kropka! Nie podzieli się nimi z żadnym „żółtodziobem”, co to, to nie.
– Niestety tak. Poniekąd to wina wampirze krwi, ale też dużej ilości kawy, energetyków i sposobu życia. Teraz odwykłem od spania i śpię po parę godzin.
Cała prawda! Nie zamierzał się jednak faszerować żadnymi lekami, bo nie był przecież do nich przekonany. Niech lepiej trzyma te swoje specyfiki z dala od niego. Gerard radził sobie bez nich i dalej będzie radził!
Uniósł nieco brwi. Nie wiedział za kogo się uważała i nie bardzo rozumiał, o co tej kobiecie znowu chodzi.
– Na kogo?
Zapytał, a jego mina mówiła tyle, że naprawdę nie bardzo wiedział, o co chodzi. Zresztą odsunęła się od niego, zachowała dystans i uciekła od niego. A gdyby mogła, to pewnie gołymi rękami odkopałaby ten cholerny śnieg i uciekła, gdzie pieprz rośnie. I już przestali przypominać dr. Queen i Saliego! Miał minę nietęgą. Przyglądał jej się i… nie potrafił zrozumieć, o co tej kobiecie chodziło. Przed chwilą jeszcze rzucała mu się na szyję, a teraz chciała uciec stąd jak najdalej, zaszyć się gdzieś i najlepiej nie pokazywać mu na oczy. Teraz… czuł się winny temu wszystkiemu, no naprawdę! Wprawiła biednego chłopa w ogłupienie i wodziła go w sumie za nos.
– Cóż, ja nie miałem żadnej kobiety od śmierci żony. Tym bardziej niczego nie planowałem…
Palnął nim zdążył pomyśleć, ale naprawdę nie wiedział w czym rzecz i czego od niego w końcu chciała. Możliwe, że sama nie wiedziała, dlatego nie chciał ciągnąć jej za język. Gerard też nie uznawał seksu bez zobowiązań, w końcu nawet po śmierci żony dochowywał jej wierności, chociaż to mogło być i głupie. Ale takie miał wartości, w końcu przyszedł na świat ponad sto lat temu.
– Możesz sobie wybrać pokój, który Ci się podoba…
Zaczął unikać jej wzorku. Nie uważał, żeby zabierała mu czas, ale nawet gdyby to powiedział, raczej nie posłuchałaby. Była uparta, dlatego wolał się nie odzywać. Nie widział na razie sensu w tym, żeby na siłę ją zatrzymywać. Najwyraźniej się rozmyśliła albo po prostu stwierdziła, że był dla niej o wiele za stary, chociaż wyglądał na czterdziestkę. W następnej chwili już jej nie było w pomieszczeniu, a Gerard wpatrywał się osłupiały w miejsce, w którym parę minut temu jeszcze stała. Położył się ponownie na łóżku i oparł głowę na ramieniu, spoglądając w jakże interesujący sufit. Nagle zdał sobie sprawę, że w sumie… nie zjedli tej kolacji. Przerwały im te dziwne dźwięki. Na pewno już wystygła, ale jego brzuch odezwał się głośno, składając zażalenie za zaniedbanie.
Wstał i postanowił zejść na dół, trzymając w dłoni coś, co… należało do niej. Mogła nawet się do niego nie odzywać, ale jakieś zimne resztki tego rolowanego kurczaka to by w sumie zjadł. Tak, głodnego mężczyznę przywiało do kuchni. Nie żeby myślała, że to ze względu na nią zszedł na dół…
– Tak właściwie… to dlaczego schowałaś kolację, której w sumie… nie zjedliśmy?
Zapytał, przystanąwszy w kuchni. Właśnie przyłapał ją na tym, że poszukiwała wina, a w dłoni dzierżyła korkociąg, choć chwilę temu dzierżyła coś innego. Przyglądał jej się przez chwilę, jakby nie bardzo wiedząc, co powiedzieć. Mogła zobaczyć, że za plecami trzymał jej biustonosz.
– Jeśli Cię czymś uraziłem… Od dawna nie miałem praktycznie żadnej styczności z kobietami.
No bo co miał biedak myśleć? Zaraz wyjdzie, że ją do czegoś przymuszał albo, co gorsza, planował zgwałcić!

_________________
Powrót do góry Go down
Esmeralda
Moderator
Moderator
avatar

http://vampireknight.forumpl.net/t1678-esmeralda-green http://vampireknight.forumpl.net/t1704-esmeralda-green http://vampireknight.forumpl.net/t2181-esmeralda http://vampireknight.forumpl.net/t3301-esmeralda#71193 http://vampireknight.forumpl.net/t2074-esmeralda http://vampireknight.forumpl.net/f31-posiadlosc-greenhall
Zarejestrował/a : 05/03/2015
Liczba postów : 1885


PisanieTemat: Re: Posiadłość Trizgane.   Czw Gru 28, 2017 11:26 pm

Pracownia Hiro rzeczywiście mogła zrobić spore wrażenie i niejeden dałby się pokroić, aby móc pracować na takim sprzęcie. W tamtym momencie Esmeralda nie myślała o drogim sprzęcie i próbówkach. Jej głowę zaprzątały myśli jak u licha się tam znalazła, dlaczego na to pozwoliła… i gdzie są drzwi. Znajdowała się na jego stole operacyjnym i choć sam Hiro się nią na szczęście nie zajął, to wspomnienie nie należało do najmilszych. Lekarka wielokrotnie myślała o tym czy wampir jest zły, że przepuścił taką okazję i od tak po prostu pozwolił jej odejść. Ludzkiej kobiecie, w dodatku dość wytrzymałej jak na standardy takiego ciała.
- To nie było do końca tak jak myślisz. Ktoś mnie tam przyniósł po tym jak… zaatakowali mnie w moim domu. Tak, moja wina. Nie musiałam nazywać wampira kategorii A Frankersteinem, ale no… po prostu mi się jakoś tak wyrwało. Hiro był zaskoczony bo nie spodziewał się że ktoś ośmieli się skorzystać z jego laboratorium bez pytania. - nie mogła się zgodzić z jego stwierdzeniem. Wampir może i starał się zachować pozory uprzejmości, ale jego oczy zdradzały coś innego. Z kolei taki Barabal… ten to dopiero miał klasę i maniery. Esmeralda zdecydowała, że pominie dalsze opowieści nie pogrążając się bardziej w oczach mężczyzny. Wszak właśnie przyznała, że „zapomniała” zdać raportu z ataku kiedy Gerard był jeszcze dowódcą. Nie żeby dla Grigorija była tak wylewna! Doświadczenie mówiło, że lepiej pominąć pewne niewygodne kwestie. Ale teraz nie był już dowódcą i nie mógł dać jej pouczenia ani klapsa na goły zad.
- Tak? To jak sobie to wyobrażasz? - geniuszu, strategu i myślicielu!
Opcja którą podał mogła załatwić problem z dowódcą, ale w żaden sposób nie zagłuszyłaby jej własnych wyrzutów sumienia. Trudno przecież ukryć rzekomy związek, a jeszcze trudniej wytłumaczyć hyclowi, że to wszystko to tylko głupia farsa. Jeszcze jej nie pokręciło do reszty by marnować życie komukolwiek za wyjątkiem siebie. Miała wiele wad, to prawda, ale potrafiła myśleć o innych.
- Ale ty mnie nie wydasz. - może i wiedział o jej problemach, lecz nie był typem osoby która mogłaby zaszkodzić. Był niemal legendą wśród łowców… Osobą godną zaufania, nie zaś byle jakim pionkiem węszącym coś dobrego w donosicielstwie. Przez myśl jej nie przeszło, że to on… mógłby być jej alibi. Nie sądziła, że ktoś taki byłby w ogóle stanie się nią zainteresować. Bo jak to tak. On? Nią? Chyba jakiś żart!
- Tak, pamiętam. Prawie zaniemówiłam widząc Cię po raz pierwszy. - powiedziała by po chwili przetrawić własne słowa. Jednak długi jęzor nie należał do cech szczególnie pożądanych. Po cichu liczyła, że nie zrozumie tej aluzji i nie podciągnie tematu. Jeszcze wyjdzie na jakąś napaloną laskę co to zamiast pracować gapi się na dowódcę.
- Nawet jeśli Twoje rady mogłyby mi kiedyś uratować życie? - trochę szkoda tej odmowy. Nie była pewna czy Gerard posiadał jakichkolwiek uczniów i jaki był jego stosunek do tego tematu. Ale kilka lekcji i chwytów… naprawdę nie mógłby zdradzić choć trochę tych swoich tajemnic?
- Zbadam Cię i zrobimy jakieś ziółka na sen. Nie może być tak że prawie wcale nie śpisz. - ha! Postanowione. Louisa nie bawiła się raczej w małą zielarkę, a Gerard chcąc nie chcąc wciąż pozostawał członkiem Oświaty. Obowiązkiem Esmeraldy było jego zbadanie i udzielenie fachowej medycznej porady.
- I nie przyjmuję żadnej odmowy. - dodała na wypadek gdyby przyszła mu do głowy próba wykrętu.
Na kogo, na kogo… Czy naprawdę musiała mu to wszystko tłumaczyć? Zamiast spędzać czas na czyszczeniu broni mógłby poczytać jakiś podręcznik o logice kobiet, kolorowy magazyn, cokolwiek!
- Nie chcę żebyś miał o mnie złe zdanie... - w głowie miała już dziesiątki epitetów których mógłby użyć. Nie zrozumieli się, albo raczej każde z nich tkwiło we własnym uporze. Aż trudno uwierzyć w szczerość słów że od śmierci żony nie był z żadną kobietą. Lekarka nie zdążyła mu odpowiedzieć, bo narastające poczucie wstydu sprawiło, że opuściła pomieszczenie. To nie była dobra decyzja. Powinna zostać, wyjaśnić mu i spróbować załagodzić tę sytuację. Ale ona uciekła… Mogła być świetnym medykiem i dobrym łowcą, lecz w sprawach uczuciowych nadal brakowało jej pewności siebie.
Właśnie skończyła sprzątać kiedy się pojawił. Zauważyła to co miał w dłoniach i modliła się, żeby przypadkiem policzki nie zdradziły tego wstydu i zażenowania.
- Myślałam że nie będziesz już jadł. Dla mnie jest już za późno na kolację, ale jeśli ty jesteś głodny… wrzuć sobie do mikrofali jeśli nie chcesz jeść zimnego. - skąd mogła wiedzieć że przypomni mu się wzgardzona wcześniej kolacja. Najchętniej wzięłaby to wino i czmychnęła by pogrążyć się we własnych myślach.
- Chciałam tego bo naprawdę uważam Cię za świetnego mężczyznę. Co miałam Ci powiedzieć? Że mi się podobasz? Staram się to przekazać od kurwa kilku miesięcy, a ty nic. Dopiero dziś coś zaskoczyło, a jednak odniosłam wrażenie że… nie traktujesz mnie poważnie. Nie zależy mi tylko na szybkim numerku i dobrej zabawie. Przykro mi że obawiasz się „pamiątek”. Kiedy mnie pocałowałeś... myślałam... chciałam myśleć, że poczułeś coś więcej. - dobra, teraz to się pewnie wkurzy, ale kij tam! Powiedziała co myślała! Przecież nie mógł wiedzieć, że Esme miała już jedną taką "pamiątkę" i właśnie przez to została sama. Nie czekając na jego reakcję wyjęła z torby wino i odkorkowała je.

_________________
Powrót do góry Go down
Gerard
Łowca Wampirów
Łowca Wampirów
avatar

http://vampireknight.forumpl.net/t1105-gerard-trizgane http://vampireknight.forumpl.net/t3348-gerard#71804
Zarejestrował/a : 31/07/2013
Liczba postów : 356


PisanieTemat: Re: Posiadłość Trizgane.   Pią Gru 29, 2017 11:54 am

Nie zamierzał oczywiście w żaden sposób bronić szlachetnokrwistego – wampir to wampir i nic tego nie zmieni. Może oczywiście oprócz Esmeraldy, która potrafiła odmienić zły urok. Gerard nie potrafił wyobrazić sobie ile to miałoby znaczyć dla takiego wampira zmiana nagła zmiana w człowieka, bo… sam nigdy nie stał się wampirem. Mógł jedynie wyobrażać sobie, jakby się czuł w innym ciele i o zmienionym umyśle, nastawionym jedynie na spożywanie krwi. Byle jakiej, z byle kogo, pierwszej lepszej napotkanej ludzkiej istoty.
– Rozumiem. Raczej nie chcesz opowiadać o spotkaniu pierwszego stopnia w zimnych podziemiach Hiro. Ale z drugiej strony… jak Ty byś się czuła, gdyby do Twojego laboratorium, tajnego, ukrytego niemal przed całym światem, w którym prowadzisz swoje badania, powiedzmy nad… Twoimi zdolnościami, zakrada się wampir, który przyprowadza swojego rannego ziomka i na Twoim odkażonym, pachnącym i czyściuteńko białym stole operacyjnym przeprowadza operacje nad śmierdzącym, zakrwawionym wampirzyskiem? Wątpię, żebyś tryskała radością. A, i nie chodziło mi o to, że Ty śmierdziałaś czy coś, ale wampiry raczej nie pachną…
No oby się nie obraziła, bo w sumie nie do końca przeanalizował te podobne do siebie, hipotetyczne zdarzenie. Mógł jednak nie nadmieniać, że wampir capił, bo może faktycznie uzna to za obrazę?
– Normalnie? A jak inaczej można to sobie wyobrażać? Im bardziej zacznie się kombinować, tym większe prawdopodobieństwo, że nas wyśmieje. A przecież ja od ostatniego czasu nie odwiedzam oświaty, więc tym bardziej mam czasu jak lodu na Antarktydzie.
Więc budowanie związku w czasie jego rzekomej „emerytury” nie było wcale takim poronionym pomysłem. Jednak nie zamierzał zmuszać łowczyni do nowego alibi. Sama musiała tego chcieć, bo przecież nikogo na siłę się nie uszczęśliwi.
– A dlaczego miałbym Cię wydać?
W jej głosie nie słyszał zapytania czy zwątpienia, po prostu stwierdziła, że by jej nie wydał. Bo jaki miał cel? Hycel i wampiry go nie interesowały, nie był jeszcze skorumpowany, żeby jednoczyć się z wampirami przeciwko łowcom. Nie popierał nawet tych, co współpracowali z wampirami, żeby polować na niebezpieczne wampiry. Krwiopijcom nie wolno ufać i właśnie tego nauczył się przez te wszystkie lata.
– Dlatego nie chcę żadnych badań i ziółek. Nie jestem jakimś pedziem, żeby pić pokrzywę i trawę…
Chciała z niego zrobić króliczka, który będzie pił grzecznie i potulnie jakieś napary ziołowe? Może jeszcze niech w nocy podmieni mu broń na marchewki? Ciekawe, co będą te marchewki wystrzeliwać… Natkę pietruszki? Zatem już jej odmówił. Nie trafi na stół żadnego lekarza, oprócz oczywiście Louisy. Po prostu im nie ufał.
– Czemu miałbym mieć o Tobie złe zdanie…
Gerard naprawdę nie potrafił nadążyć za tokiem jej rozumowania. To wszystko działo się w irracjonalnym tempie i miał wrażenie, że to dzieje się gdzieś obok niego. Nie potrzebnie wyszedł z całą inicjatywą. Był za stary na pewne sprawy damo-męskie i już dawno to zrozumiał, teraz tylko zostało to brutalnie potwierdzone.
– Tak, jestem cholernie głodny.
Skinął też głową na jej słowa, żeby odgrzał sobie w mikrofali. Nie pozostało mu zatem nic innego, jak podejść do lodówki. Nie miał żadnych problemów ze znalezieniem tego, czego szukał, bowiem było tam pusto. Stało jakieś mleko, parę przegniłych marchewek i może spleśniałe jabłko… Wyjął porcję swojej kolacji, przełożył na talerz i bez ceregieli wstawił do mikrofali na jakieś dziesięć minut.
– Chciałaś, nie chciałaś. Uciekłaś spanikowana. Nie musisz się przed niczym przecież tłumaczyć, Esmeraldo. Nie chcę, żebyś myślała, że zamierzałem Cię do czegokolwiek zmuszać.
Szarmancki do samego końca! Naprawdę pomyślał, że zmusił ją do zaniesienia ją na górę, położenia na własnym łóżku i kopulowania jak króliki!
– Esmeraldo, mam dwójkę dzieci, byłbym hipokrytą, gdybym stwierdził, że nie ich nie znoszę. Naprawdę wątpię, że chciałabyś w chwili Twojego największego zagrożenia zostać na dodatek matką.
Może teraz jeszcze o tym nie myślała, może źle przeanalizowała jego słowa, ale naprawdę wątpił, żeby chciała w takim momencie życia być w ciąży, martwić się o płód, a potem rodzić. Poza tym nie wiedział, że tak właściwie miała już swoje dziecko. No bo skąd? Nie czytał w myślach.
– Esmeraldo, jestem starym dziadem… Może tym lepiej, że uważasz, że nie poczułem niczego więcej.
Naprawdę był święcie przekonany, że taka kobieta jak ona, nie spojrzy na niego, jak na kogoś innego niż dowódcę czy starego łowcę. Wyjął wreszcie swoje jedzenie z mikrofali, która zaczęła piszczeć jak stara baba na widok nagiego faceta i usiadł przy stole. Łowczyni w tej samej chwili odkorowała wino.
– Może zechcesz mnie poczęstować i potowarzyszyć mi?
Wskazał widelcem na wino, kiedy zasiadał właśnie do stołu. Zupełnie jakby to, co działo się w jego sypialni było zaledwie snem...

_________________
Powrót do góry Go down
Esmeralda
Moderator
Moderator
avatar

http://vampireknight.forumpl.net/t1678-esmeralda-green http://vampireknight.forumpl.net/t1704-esmeralda-green http://vampireknight.forumpl.net/t2181-esmeralda http://vampireknight.forumpl.net/t3301-esmeralda#71193 http://vampireknight.forumpl.net/t2074-esmeralda http://vampireknight.forumpl.net/f31-posiadlosc-greenhall
Zarejestrował/a : 05/03/2015
Liczba postów : 1885


PisanieTemat: Re: Posiadłość Trizgane.   Pią Gru 29, 2017 8:51 pm

Zadziwiał ją. Esmeralda nigdy nie sądziła, że ktoś taki jak Gerard mógłby ująć się za wampirem. Nie znając go lepiej zawsze uważała go za osobę twardo stąpającą po ziemi i pełną pogardy dla tych z którymi przyszło im się zmagać. Nie był tylko brutalem biegającym ze spluwą i miażdżącym wrogów swoją obojętnością. Analizował, był na swój sposób odpowiedzialny, a jego słowa bardzo często dawały wiele do myślenia.
- Nie byliśmy tam sami. Do tej pory mam wrażenie, że nad czymś tam pracował. - nie zapomni widoku zadziwionego chłopca stojącego obok. Kim był? Mogła tylko przypuszczać, ale z pewnością nie był chory. Może Gerard miał rację i źle się stało że tam trafiła. Ale czasu nie cofnie.
- Moje super tajne laboratorium ma zabezpieczenia o jakich Ci się nie śniło. W innym wypadku każdy podlotek mógłby tam wejść i zwęszyć wszystko moje tajemnice. Ale rozumiem co masz na myśli i się z tym zgadzam. Niechętnie wracam do tych wspomnień, bo nie jestem z tego zadowolona. - przemilczała fakt, że to jej własnej i wspaniałej pracowni zgarnęła ją grupa wampirów. Do tej pory miała żal za rozwalony stół którego burmistrz nie odkupił tak jak obiecał. Dom w lesie nie był żadną fortecą, a zwykłym urokliwym miejscem do którego wracała by odpocząć.
- Nas? Czyżbyś proponował mi udawane małżeństwo dla alibi? - w sumie gdyby u niej zamieszkał i choć od czasu do czasu bywał w domu… pozwalał się dotknąć (pod kątem medycznym oczywiście!). Grigorij nie wtrącał się jawnie w życie swoich łowców, ale Esmeralda miała wrażenie, że przed dowódcą trudno cokolwiek ukryć. Jego lodowe spojrzenie nigdy nie zdradzało emocji, przez co był bardzo trudnym partnerem do jakiejkolwiek próby kłamstwa. Z drugiej strony chwilowe odejście od Oświaty nie nakładało na nikogo śmiertelnego grzechu. Możliwe że naprawdę potrzebowała odpoczynku i wakacji na Majorce. A tam… jedynie słońca, olejku do opalania i drinków podawanych w połówkach kokosa. Z parasolką, tak, obowiązkowo!
- Po prostu wiem że byś tego nie zrobił. W innym wypadku nie powiedziałabym Ci tego co już zdążyłeś usłyszeć. - wzruszyła ramionami. W przeciwieństwie do jego nieskromnej osoby ona miała do niego zaufanie. Był w końcu dowódcą. Dbał o łowców i nie przypominała sobie by kogokolwiek z nich zawiódł.
- Uważasz że tylko pedały piją ziółka? Dlaczego nie dasz mi szansy i nie pozwolisz bym mogła od czasu do czasu pomóc? Nie wierzysz w moje umiejętności, czy o co Ci chodzi? Tylko przestań pieprzyć mi że leczy Cię córka, bo oboje wiemy, że Louisa dopiero się uczy. - brzmiało to jak delikatny wyrzut, ale co miała zrobić, skoro wciąż się przed nią bronił? Bał się dotyku obcej kobiety? Esmeralda była prawdziwą profesjonalistką i w swoim życiu widziała już setki różnych pacjentów. Mężczyzna mógł się do niej zwrócić z każdym problemem i nie ważne czy chodziło o sam kaszelek czy straszną impotencje.
- Zresztą powiedziałam już że nic mnie to nie interesuje i jak zrobię ten napar, to masz go cholera wypić. Przecież nie chcę Cię otruć! - ani odurzyć żeby później niby przypadkiem zaciągnąć go do łóżka lub ciemnej piwnicy. No trochę wiary w ludzi, Gerard!
Naprawdę nie rozumiał dlaczego się speszyła i odsunęła? Nie był pierwszym lepszym z  ulicy z którym seks byłby tylko przygodą… Bez zobowiązań, bez emocji, nawet bez tej walonej gumki. Przejmowała się nie tylko swoim wyglądem, ale również tym jak mógłby odebrać tą nagłą… chcicę. I nie, nie chciała go wodzić za nos. W najśmielszych snach nie przewidziałaby że ich oboje mogłoby połączyć cokolwiek innego niż zwykła rozmowa w barze. Przy piwie. Jak para znajomych rozmawiających ze sobą z grzeczności.
To jego zdanie, więc niech sam sobie odpowie. Mógł przecież uznać ją za łatwą, nieatrakcyjną, bądź też znaleźć dziesięć innych powodów przez które mogłaby się speszyć. Zdecydowanie podryw w klubie był łatwiejszy. I nie bolał, bo jak do tej pory nigdy nie przyszło jej się spotkać z rozczarowaniem.
- To smacznego. - przez moment chciała mu nawet podgrzać to jedzenie, ale niech nie myśli że jej zależy, albo co gorsza… czuje się jak jego gosposia! Mężczyzna zaraz gotów był jej zarzucić, że przecież nie szukał nikogo na etat pani domu i jest tutaj tylko gościem. W dodatku na jedną noc. Przez przypadek i dziwne zrządzenie losu.
- Czasem ucieczka jest łatwiejsza niż bezpośrednie starcie w ferworze emocji. I nie mówię tutaj o walce z wampirami. - niechętnie podniosła wzrok napotykając jego spojrzenie pod którym znów stawała się maleńka. Bała się, że w oczach mężczyzny dostrzeże coś czego nie chciała zobaczyć. Jakaś litość albo pogarda. Na pewno nic pozytywnego.
- Ależ oczywiście że nie. Mówisz tak jakbym co najmniej chciała Cię złapać na dziecko. -  czego oczywiście nie chciała. Choć dała swojej córce niemal wszystko, z ciężkim sercem musiała zrezygnować z dalszego spełniania się w roli matki. Nigdy, przenigdy nie mogłaby sobie wybaczyć jeśli przez jej własną głupotę i brak rozwagi Ally mogło coś się stać. Dopóki Hiro nie wiedział o dwuletniej latorośli lekarki, Esmeralda czuła się względnie spokojna.
- Mylę się? - powoli odpuszczała dochodząc do wniosku, że nie warto zawracać mu głowy. Jak wytłumaczyć inaczej tą jego obojętność i fakt, że mógł teraz cokolwiek przełknąć! Po tym wszystkim! Z łowczyni wciąż nie zeszły emocje, a on… siedział sobie w tych gaciach, przymierzał się do jedzenia wzgardzonego wcześniej żarcia i niczym się nie przejmował. Że już o opadniętym… opadniętych emocjach nie wspominając! No świetnie. Skoro wciąż powtarzał że jest stary, może powinna umówić go z własną babką?
- Niech Ci będzie. - dała za wygraną i poszła po kieliszki. To niebywałe, że tak dobrze odnalazła się w jego kuchni. Przebywała w niej zaledwie godzinę i już wiedziała gdzie znaleźć wszystkie potrzebne przedmioty. Postawiła przed nim szkło i nalała wina tak by prędko nie upomniał się o dokładkę.
- Ale oddaj mi to co moje. Założę go z powrotem. - zarys jej piersi pod oczkami swetra nie był raczej widokiem którym chciałby się uraczyć. Lekarka odebrała porzucony wcześniej biustonosz i oddaliła się kawałek od łowcy. Stojąc tyłem do niego zdjęła sweter odkrywając pół nagie ciało i koronkowe majtki pod którą tak zręcznie potrafiła się wślizgnąć jego ręka. Nałożyła na siebie niezbyt wygodny materiał i dopiero na to narzuciła ponownie sweter.
- Myślałam, że mężczyźni nie przepadają za winem. - wprawiła w ruch swój kieliszek obserwując wirujący w nim alkohol. Dopiero po chwili zanurzyła usta w swoim trunku starając się za wiele nie patrzeć na swojego towarzysza. Niech je w spokoju, a o żonę… zapyta go później. O!

_________________
Powrót do góry Go down
Gerard
Łowca Wampirów
Łowca Wampirów
avatar

http://vampireknight.forumpl.net/t1105-gerard-trizgane http://vampireknight.forumpl.net/t3348-gerard#71804
Zarejestrował/a : 31/07/2013
Liczba postów : 356


PisanieTemat: Re: Posiadłość Trizgane.   Sob Gru 30, 2017 5:40 pm

Gerard nie ujmował się za wampirami – przeważnie. Kiedy jego córka została przemieniona w wampira, o czym niestety dowiedział się znacznie po fakcie, przygotowywał się do tego, że będzie zmuszony nawet ją… zabić. Tak, przygotowywał się do tego psychicznie, starając się podejść do tego czysto profesjonalnie. Jednak uczucia dawały o siebie znać i odkładał swoje postanowienie na odleglejsze terminy, aż w końcu wkroczył Marcus, który obiecał, że coś wymyśli. Tak, to w sumie on uratował Louisie życie. Zdobył krew Ringo, pertraktując z nim i zgłosił się do Crossa. Gerard nie wierzył, że to kiedykolwiek się stanie, ale jego malutka córeczka (nie, nie była wcale dorosła!) zyskała na powrót człowieczeństwo. Potem przytrafił mu się Zack, którego też dopadła ta sama przemiana. W międzyczasie poznał Testamenta i stwierdził, że nie zawsze wampiry są, jakie są z własnego wyboru czy przekonania. A Hiro był po prostu specyficzną jednostką. Wcale go nie bronił. Nie zamierzał. Był mordercą i to niczego nie zmieniało. Nie mógł mu wybaczyć pewnych spraw.
– Wierze na słowa, że ma zabezpieczenia. Chodziło mi właśnie bardziej o analogię tej całej sytuacji.
Cieszył się, że zrozumiała go bezbłędnie. Najwyraźniej zaczynali nadawać na tych samych falach i udało mu się nie urazić jej. Jeszcze tego brakowało, żeby walnęła focha z przytupem!
– Wiesz no, może nie byłby taki udawany.
Przecież wszystkie te papierki by podpisali, mogliby zrobić jakieś przyjęcie weselne, gdyby faktycznie chciała – on sam się na tym nie znał i pewnie przyszedłby w stroju polowym, więc nawet i strój dla niego mogłaby wybrać. Byle nie w misie i jednorożce…
– Ziółka są dla pedałów…
Powtórzył mrukliwie, spoglądając na nią spode łba w taki sposób, jakby kazała wypić mu kompost z krowiego łajna, wmawiając mu, że to pomoże na potencje…
– Zawsze ona mnie leczyła albo zszywała, dla mnie to nie ma znaczenia, czy ma dyplom czy nie…
Już kilka razy dawał jej się zszywać, więc naprawdę nie rozumiał jej zarzutu, że Louisa dopiero się uczyła. Miała naprawdę niebywały talent, według niego.
– Jestem mężczyzną, to słabość dawać się leczyć. A już na pewno badać i pić… zielsko.
Nie chciała go chyba pozbawiać męskości? No może i był stary i zdziadziały, ale zostawmy mu trochę tej godności!
Gdyby rozumiał, dlaczego się speszyła i odsunęła, nie dawałby przecież sygnałów, że jest inaczej. Może ją czymś uraził, coś głupie zrobił, dotknął nie tak, jak chciała albo za bardzo martwił się, że mógłby skonstruować jej dziecko. Chociaż gdyby się tym nie przejmował, to też byłoby źle! Bo przecież taki stary, a nieodpowiedzialny. Kobietom naprawdę ciężko dogodzić. Gerard też nie praktykował miłości bez zobowiązań. Przez większość czasu związany był z jedną kobietą, to ją kochał, miał z nią dzieci i te inne romansowe brednie.
– Wybacz, ale… naprawdę nie mogę zrozumieć tej ucieczki. Czyżbyś żałowała, że pozwoliłaś mi się pocałować?
Chciał po prostu wiedzieć, co kłębiło się w jej głowie. Ciężko mu było ją zrozumieć. Nie miał przecież doświadczenia w kontaktach damsko-męskich.
– A Ty zachowałaś się tak, jakbyś miała pretensje, że pomyślałem o tym, żeby nas przed tym uchronić. Gdybym nie pomyślał, też byłoby źle…
Burknął nad talerzem. No bo… jak tu nadążyć! A mógł przełknąć to wszystko, bo był po prostu głodny. Przez żołądek do serca, nie znała tej złotej zasady? Poza tym od dawna nie jadł naprawdę normalnego jedzenia, a nie śmieciowych mrożonek o smaku zgniłego kaktusa – nie żeby kiedykolwiek jadł, ale tak jakoś…
– Bardzo smacznego.
Nigdy nie był jakiś rozmowy, nie wspominając o jego bogactwie komplementów, ale danie mu smakowało, chociaż może tego nie pokazywał. Zdawała też sobie pewnie sprawę, że nawet gdyby było spleśniałe, surowe, rozgotowane czy przesolone i tak by zjadł. Ale liczy się fakt, że powiedział, co myślał.
– Oddam. Za wykupne.
I ukrył przed nią biustonosz! Więc mogła go wziąć, odejść na boczek, a tym bardziej założyć! Znaczy mogła. Później. Za wykupne.
– Naprawdę tak bardzo go potrzebujesz?
Zerknął na nią przeciągle, przeżuwając spory kawałek soczystego mięsa.
– Jestem Francuzem. W żyłach mam wino, nie krew. Dlatego nie daję się badać, o.
No, chciała wiedzieć, to teraz wie! Ale jeśli chciała to faktycznie sprawdzić, to będzie musiała obejść się smakiem. Ale dowcip, nie? Obejść się smakiem, haha!

_________________
Powrót do góry Go down
Esmeralda
Moderator
Moderator
avatar

http://vampireknight.forumpl.net/t1678-esmeralda-green http://vampireknight.forumpl.net/t1704-esmeralda-green http://vampireknight.forumpl.net/t2181-esmeralda http://vampireknight.forumpl.net/t3301-esmeralda#71193 http://vampireknight.forumpl.net/t2074-esmeralda http://vampireknight.forumpl.net/f31-posiadlosc-greenhall
Zarejestrował/a : 05/03/2015
Liczba postów : 1885


PisanieTemat: Re: Posiadłość Trizgane.   Sob Gru 30, 2017 7:37 pm

Esmeralda nie wiedziała o wcześniejszym wampiryzmie Louisy. Dziewczyny pracowały ze sobą od niedawna, przez co rzadko schodziły na tematy prywatne. Lekarka nie znała zatem większości przyzwyczajeń swojej uczennicy, jej gustu względem chłopców ani sytuacji rodzinnej. Wiedziała że jej ojcem jest Gerard, ale mimo wielokrotnych prób nawiązania rozmowy… nie zdecydowała się zapytać o mężczyznę.
W podejściu do wampirzych spraw łowcy dzielili się na dwie grupy. Zabijających je praktycznie bez wyjątku oraz współpracujących. Esme niewątpliwie należała do drugiej grupy, bo według niej każdy wampir miał szansę na powrót do człowieczeństwa. Nie kategoryzowała innych i właśnie dla dobra ogólnego doszkalała swoje umiejętności. Jej magia mimo że podobna, różniła się od umiejętności Crossa. Żywej legendy świata łowców.
Rozumiała analogię którą jej przedstawił. Lekarka od zawsze trajkotała jak najęta i zdarzało się jej wpleść do rozmowy dodatkowe przemyślenia. Nie żeby kogoś interesowało życie prywatne łowczyni, ale taka już była. Dlaczego miała się obrazić? Przecież była kobietą inteligentną i wyzwoloną! Nie jakąś tam feministką tupiącą stale obcasem. W przeciwieństwie do większości kobiet buty były również jej bronią, bo nie ma nic bardziej przydatnego niż szpilka mogąca uratować przed atakiem wampira.
- Tak, rozumiem to. A właśnie… może zaproszę Cię kiedyś do siebie, wtedy opowiem o szczegółach tamtej sytuacji. Jeśli zechcesz...- drugie spotkanie? Czyżby? Gerard wydawał się dość interesujący, dlatego jeśli tylko podchwyci temat może czuć się mile widziany w jej leśnej posiadłości. Poza tym mieszkała niedaleko, więc jeśli mężczyzna postanowi kiedyś pobiegać, to zamiast wypizdowia z dźwiękiem aut w tle, mógłby wybrać jakąś leśną ścieżkę. Cicho, względnie spokojnie i jak zdrowo!
- Ja… wbrew pozorom jestem katoliczką. Nie mogłabym swingować własnego małżeństwa. Poza tym co w momencie gdy zechcesz się ustatkować na poważnie? Z kimś innym. - wiadomo, jeśli ślub to miłość i ćwierkające wokół ptaszki. Esmeralda już nawet nie marzyła o białej sukni i pięknym bukiecie polnych kwiatów. W jej życiu nie było miejsca na takie ekscesy, bo kto wie ile jej jeszcze go zostało? Gdyby jednak myślała o takich dobrodziejstwach losu… byłoby przyjemnie mieszkać z takim Panem mężem, jadać z nim wspólnie posiłki, przytulić się albo chociaż czasem wyżalić. Nie chciała udawać podpisując papierek i żyjąc jak dotychczas. Sama, otoczona egzotycznymi zwierzętami i roślinami. Bez Pana męża u boku i małych nóżek tuptających po całym domu. Czuła że to nie jej życie i nie ma do niego prawa. Ale Gerard chyba się nie obrazi? Była mu wdzięczna za troskę i tak odważną propozycję. Martwił się? Możliwe, że naprawdę chciał pomóc. Nie sądziła, że mógłby widzieć się w tym na poważnie i z równym zaangażowaniem dopełniać niektórych małżeńskich obowiązków.
- Masz mnie za szeptuchę która wyciągnie garnuszek i zacznie nad ogniem gotować wywarki? Nie każę Ci nacierać ziółkami zmarzniętych nóżek albo przemywać skórę z obawy przed złą energią tego świata.  - powiedziała z lekkim naburmuszeniem. Co jest niby pedalskiego w piciu ziół? No nie mogła zrozumieć, co za uparty typ z tego Gerarda!
- Nie powiedziałam że dyplom ma znaczenie. Louisa jest bardzo zdolna i szybko się uczy. Ale… wciąż nie wie jeszcze wszystkiego. Pomyśl że mogłaby się obwiniać gdybyś się zgłosił z problemem z którym ona nie mogłaby sobie poradzić. Dlaczego mi nie ufasz? - nawet nie chciała myśleć jak by się czuła dziewczyna gdyby Gerardowi coś się stało po jej praktykach. Mogła świetnie szyć i składać złamane kości, ale co w momencie konieczności podania jakichś leków? Studenci nie mieli możliwości wypisywania recept, nie sądziła też by Lou była w stanie stworzyć jakiś wspaniały miks, bo przecież jej OJCIEC NIE JEST PEDAŁEM I NIE PIJE ZIÓŁEK NA CUDOWNE UZDROWIENIE.
- Zauważyłam że jesteś mężczyzną. Marudzisz jak typowy facet. - patrzcie go, teraz to już nie tylko roślinki są be, ale także samo leczenie. To że ktoś osłucha jego klatę nie sprawi, że zostanie mu to wyryte na czole. Serio.
- Masz jakieś złe doświadczenia z lekarzami, czy co? - bo jak inaczej to wytłumaczyć? Esmeralda obstawiała, że Gerard trafił w przeszłości na jakiegoś rzeźnika nie potrafiącego nawet porządnie utrzymać skalpela.
- Nie żałuję tego pocałunku. - naprawdę pragnęła tej bliskości i powoli zaczęło do niej dochodzić, że niepotrzebnie tak zwiała. Mogła obrócić to wszystko w żart i uniknąć tej całej szopki. Wtedy może nie miałby o niej złego zdania, nie analizowałby co dzieje się pod tą rudą i szaloną kopułą.
- Przepraszam. Spanikowałam. - spuściła wzrok by w myślach gorzko żałować za swoje wszystkie wtopy. Gdyby przyznawano ordery przypału, Esmeralda byłaby prawdziwym zwycięzcą. Choć raz.
- Powiedziałeś, że są przecież inne rzeczy niż seks… Nie chciałam być nachalna. Tak jak mówiłam, nie robię tego z łowcami bez zobowiązań. Przeraziłam się jak na mnie spojrzysz kiedy… to wszystko się skończy. Jak przyjdzie nam się spotkać w pracy. Co o mnie pomyślisz? Wiem, że zachowałeś trzeźwy umysł, a ja Cię za to ukarałam tą ucieczką. - w normalnych warunkach nie powiedziałaby mu tego wszystkiego. Pierwszy raz od dłuższego czasu zdobyła się na szczerość, nie próbując po drodze żadnych wykrętów. Ley byłby z niej dumny.
- Nie liczyłam, że zaraz po tym padniesz na kolana i oświadczysz że czujesz coś… więcej. Wiem że jestem dla Ciebie tylko znajomą i WIEM, że prawdopodobnie rano stąd wyjdę, a my zobaczymy się dopiero za kilka miesięcy. Przypadkiem. Jak zwykle zresztą. - to wszystko ją przerosło. Sama nie wiedziała czy wierzy w to, że Gerard nie miał żadnej kobiety, ale nie miało to już znaczenia. W jego oczach była pewnie naiwną kretynką, która nie dostała swojego lizaka (bez skojarzeń xD).
- Lubię gotować ale rzadko kiedy to robię. - z braku czasu i osoby dla której mogłaby serwować różne rarytasy. W ciszy zerkała jak dojada swoją porcję i była mu nawet poniekąd wdzięczna że sprawił jej tą przyjemność i zdecydował się zjeść porzuconą wcześniej kolację. W końcu dla niego siedziała w tych garach.
Że co? Jakie wykupne?
Ruda spojrzała na niego jakby próbując znaleźć jakieś potwierdzenie. Prawie się zakrztusiła winem, ale może się przesłyszała, bo jakże to tak przetrzymywać biustonosz jako zakładnika. No come on!
- Tak bardzo Ci się spodobał? - miał więcej w obwodzie klatki ale zdecydowanie mniej w samych cyckach, więc raczej go nie założy. Chyba że na głowę!
- Jaka jest cena...wykupu? - zaintrygowało ją to. Nie spodziewała się po nim takiego ruchu i gdyby nie uważała się za osobę nieatrakcyjną, mogłaby pomyśleć, że on ją podrywa.
- Nienawidzę chodzić w tym dziadostwie i w domu staram się tego unikać. To znaczy u siebie, nie w gościach. - jedyny wyjątek stanowiły staniki sportowe które bardzo sobie chwaliła. Nie krępowały tak ruchów, ale mimo wszystko podtrzymywały jak trzeba, żeby piersi nie skakały podczas biegania.
- Do tej pory nie miałam dobrego doświadczenia z Francuzami, ale ostatnio udało mi się nauczyć tego języka. Gdybyś chciał pogadać kiedyś w swoim ojczystym… to ja bardzo chętnie. Tylko nie śmiej się na początku z mojego akcentu! - francuskiego nauczyła się dla Leyasu, by raz na zawsze wyeliminować jego żarty z tego, że on coś mówi, a ona nie rozumie.
Wstyd powoli zaczął odchodzić, co oznaczało, że wino było dobre. Esmeralda dolała sobie trunku do kieliszka i wstała z krzesła.
- Chcesz dokładkę? - zapytała widząc jak talerz mężczyzny opustoszał. Naprawdę był głodny, ale to dobrze, jedzenie przynajmniej się nie zmarnuje. Obeszła stół popijając po drodze wino by w końcu się zatrzymać tuż obok niego.
- Niewygodne te Twoje krzesła. - powiedziała i… klapnęła tyłkiem na jego kolanach. Jedną dłoń zarzuciła mu na szyję, a drugą… jak gdyby nigdy nic popijała dalej wino.

_________________
Powrót do góry Go down
Gerard
Łowca Wampirów
Łowca Wampirów
avatar

http://vampireknight.forumpl.net/t1105-gerard-trizgane http://vampireknight.forumpl.net/t3348-gerard#71804
Zarejestrował/a : 31/07/2013
Liczba postów : 356


PisanieTemat: Re: Posiadłość Trizgane.   Sro Sty 03, 2018 12:59 pm

– Mógłbym wybrać się na wieczorne bieganie. Mówiłaś, że mieszkasz niedaleko. A może pokazałbym Ci parę interesujących chwytów.
Pomyśleli chyba o tym samym – mógłby wybrać się mały trening wytrzymałościowy i w drodze powrotnej zajrzeć do swoją „sąsiadki”. Może nie mieszkali dom w dom, ale też nie dzieliły ich od siebie mile pustyni albo oceanu.
– Moja… była żona też była katoliczką. Nie zapowiada się na to, żebym się kiedyś miał „na poważnie ustatkować”.
Bo i po cóż? Miał patrzeć jak jego kolejna małżonka jest mordowana? Był wówczas nierozważny, zostawił ją samą w domu, z dwójką małych jeszcze dzieci, więc nie miała żadnych szans, skoro musiała je chronić. Była gotowa poświęcić swoje życie za nie, więc to też uczyniła. Dlatego też stronił od kobiet. Bał się gdzieś głęboko w sobie, że los powtórnie obdarzy go uśmierceniem bliskiej mu osoby. Dlatego on też nie myślał o ślubie, uważał, że jest już po prostu za stary na takie rzeczy. A wiedział, że kobiety traktują to takie sprawy bardzo poważnie, a z tego żartować nie można. Nie chciał, żeby myślała, że jest po prostu lekkoduchem. Nie widział się już w roli „męża”, bo raz zawiódł. Nie tylko zmarłą małżonkę, ale i własne dzieci, bo zostały półsierotami.
– Coś w tym stylu… A co, nie masz gara i nie mieszasz w nim ziółek?
Przecież jakoś te herbatki, nawet ziołowe, trzeba wykonać, czyż nie? Gerard wyobrażał to sobie, jako mieszanie zielonej breji, dodawanie kurzych łapek, martwego szczura, koziego serca i oczu kruka do wielkiego, bulgoczącego gara nad paleniskiem. Cóż, wyobrażał sobie medyków w skórze wiedźm…
– Po prostu nie daję się leczyć i już.
To taki argument podobny do tych kobiecych: „nie, bo nie”, które mają taki sam sens i wydźwięk, czyli – żaden. Nie to że jej nie ufał, akurat jej, nie ufał żadnemu szamanowi z dyplomem lekarskim. Miał po prostu taki charakter. Za jego „młodości” lekarze byli cholernie drodzy, rzadko się zdarzali na zadupiach, ciężko było takiego sprowadzić do domu, więc starano się wówczas radzić sobie bez takiego zbytku. Nikt nie miał też czasu ani sposobności, żeby jeździć do miasta po lekarza dla zwykłego katarku. Lekarz popatrzyłby na pacjenta, postukał się po czole i wyszedł z kwitkiem z domostwa…
– Nie masz przecież za co przepraszać.
Wzruszył ramionami, bo przecież nie miała za co. Nie potrafił jedynie zrozumieć dlaczego zwiała, ale teraz przynajmniej przyznała się, że po prostu spanikowała.
– Nie chciałem, żebyś odczuła jakikolwiek… nacisk z mojej strony. Jakbym miał na ciebie spojrzeć po tym? Jesteśmy dorośli. Ale może dobrze się stało, bo najwyraźniej odczuwałabyś takie wyrzuty sumienia, że zapragnęłabyś zapaść się pod ziemię aż po jądro ziemi.
Oczywiście bez skojarzeń. Z drugiej też strony rzadko bywał „w pracy”, więc akurat ten problem byłby rozwiązany. Ona głównie zajmowała się badaniami w swoim szpitalu oświatowym, a Gerard i tak rzadko odwiedzał oświatę. Możliwe, że „w pracy” spotkaliby się dopiero na jakimś zebraniu łowców, gdyby białowłosy zechciał się w końcu na jakimś pojawić.
– O czym Ty mówisz? Spotkaliśmy zaledwie ze dwa, może trzy razy, z czego pierwsze spotkanie nie należało do… najszczęśliwszych. To Ty byłaś tą oschłą i obojętną.
Więc jakie uczucia miałoby między nimi zakwitnąć, skoro nawet nie było na to sposobności.
– Nie mieliśmy przecież odpowiednio dużo czasu na… cokolwiek właściwie. Nie wspominając o lepszym poznaniu się, czy daniu sobie… możliwości na cokolwiek „więcej”. Ja zresztą jestem cholernie kiepski w sprawach damsko-męskich. Gdybyś była wampirzycą, wiedziałbym, co zrobić. Tyle, że wtedy skończyłabyś z kulką między oczami, a raczej nie o to w tym wszystkim chodzi. Chyba…
No bo skąd on mógł wiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi, skoro nie chodzi dziad jeden na jakieś randki?
– Więc skoro nienawidzisz takich ustrojstw, to po co nosisz?
Co do wykupu, oczywiście zignorował ten temat. No bo co? Gerard miałby zażyczyć sobie erotycznego tańca? Tak, na pewno. Jeszcze dostałby od niej po ryju. On przecież ponoć taki nie był.
– Eh bien, je ne suis pas un poète, donc je ne sais pas si tu apprendrais le français.
Skoro chciała, to niech się teraz głowi i zastanawia, czy się czegoś nauczy, czy nie... (google tłumacz górą !).
Gerard dolał im jeszcze wina do obu kieliszków. Nie było to najgorsze wino, ale mijało się ono z winami francuskimi, niestety.
– Jeśli chcesz, mogę Cię poczęstować winem prosto z Francji.
Jak każdy Francuz miał w zanadrzu kilka...dziesiąt...set butele wina w swojej piwniczce, czekające na specjalną okazję. Chociaż dobrego wina nie trzeba bić pod jakąś konkretną okazję. Nie przeszkadzało mu też w ogóle, że postanowiła usiąść mu na kolanach. Pewnie zaraz znów się czegoś przestraszy, tylko tym razem dokąd ucieknie? Na dwór? Tyłek jej zmarznie.

_________________
Powrót do góry Go down
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Posiadłość Trizgane.   

Powrót do góry Go down
 
Posiadłość Trizgane.
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 21 z 23Idź do strony : Previous  1 ... 12 ... 20, 21, 22, 23  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Vampire Knight :: Poza Miastem :: WIOSKA-
Skocz do: